Biologia Przekonań

Dzisiaj przedstawię niedawno przeczytaną książkę autorstwa Bruce’a Liptona pt. „Biologia Przekonań” – wydanie drugie z 2015 r. (pierwsze powstało w 2005 r., ale nie ukazało się w Polsce). Podtytuł książki brzmi „Uwolnić moc świadomości, materii i cudów”. Wymyślił go Gregg Braden.


Książka ta zawiera przełomowe, wręcz można powiedzieć rewolucyjne informacje, które w skrócie poniżej przedstawiam. Autor dowodzi w niej, że to nie geny determinują to jacy jesteśmy, ale środowisko. To sygnały odbierane przez nasze komórki ze środowiska włączają lub wyłączają różne geny (przez środowisko nie należy rozumieć tylko natury, ale także mieszkanie czy dom i to co mówią i robią rodzice w naszym dzieciństwie). Odkrycie autora spowodowało powstanie nowej dziedziny nauki – epigenetyki, która zajmuje się właśnie oddziaływaniem środowiska na życie nasze i innych organizmów. Bardzo dużą rolę w naszym życiu odgrywa także nasze myślenie i nasze przekonania. Oprócz tego bardzo istotne jest to, że z badań wynika, że biologia i ogólnie rzecz biorąc życie jest powiązane z fizyką kwantową. Dzięki temu Bruce Lipton powiązał naukę z duchowością.

Najpierw kilka słów o autorze. Bruce Lipton jest biologiem komórkowym. Doktorat uzyskał na Uniwersytecie Wirginii w Charlotesville w USA. W swoich badaniach skupiał się na mechanizmach molekularnych regulujących zachowanie komórki. Badał proces klonowania komórek macierzystych. Wniósł on znaczący wkład w zbliżenie nauki i duchowości. Jest autorem pionierskiej koncepcji tzw. Nowej Biologii, którą wykładał studentom biologii i medycyny. Udostępnił też swoje kursy medycyny szerszej publiczności poprzez prowadzenie popularyzatorskich odczytów.

W Przedmowie i wstępie autor pisze jak został biologiem komórkowym i jak dokonała się jego przemiana. Najpierw był jednym z wielu naukowców biologów. Nie wierzył w istnienie Boga i świata duchowego i wyznawał dogmaty naukowe jakie mu wpojono na studiach medycznych. Pewnego dnia stał się „heretykiem”, który podważył naukowe dogmaty o tym, że geny determinują to jacy jesteśmy i teorię Darwina o ewolucji jako walce o przetrwanie i procesie przypadkowym. Czując wypalenie zawodowe i mając problemy finansowe oraz rodzinne autor podjął wyzwanie nauki biologii komórkowej studentów medycyny na uczelni na Karaibach. Pod wpływem tamtejszej przyrody, w której dostrzegł harmonię, a nie walkę, zaczął zmieniać swoje poglądy. Pewnej nocy przyszła mu do głowy koncepcja Nowej Biologii. Bardzo interesujące. Mamy tu też zapowiedź tego o czym będzie mowa w książce.

Rozdział pierwszy, zatytułowany jest „Nauki płynące z szalki Petriego”. Najpierw małe wyjaśnienie – szalka Petriego to okrągły, szklany spodek, na którym umieszcza się pożywkę i prowadzi hodowlę kolonii bakterii.
Rozdział ten mówi o współpracy komórek i nie tylko. Autor rozpoczyna od opisu tego jak uczył studentów na Karaibach. Gdy zaczynał ich uczyć ich wiedza była bardzo słaba. Na koniec kursu wszyscy zdali egzamin, mimo iż wielu z nich było mało zdolnych. Pod wpływem tego co autor im mówił o współpracy komórek postanowili także i oni współpracować, wzajemnie sobie pomagając co zaowocowało zdaniem przez nich wszystkich egzaminu.
Autor zerwał z ortodoksyjną nauką i stworzył koncepcję zgodnie z którą komórki przypominają miniaturowe ludziki. Obala tym samym nasz religijny dogmat, że tylko my ludzie potrafimy myśleć.
Jak pisze autor – każda komórka eukariotyczna (zawierająca jądro) posiada odpowiednik naszego szkieletu, skóry, mięśni i innych układów naszego ciała w tym mózg. Jest ona w stanie przetrwać samodzielnie, więc jest inteligentna. Dowodzą tego doświadczenia laboratoryjne. Np. gdy do kolonii komórek na szalce Petriego autor wstrzyknął substancje odżywcze to zaobserwował pod mikroskopem jak komórki przybliżają się do nich i pobierają je. Gdy zaś innym razem wstrzyknął truciznę, to komórki oddalały się od niej najbardziej jak to tylko było możliwe. Umiały więc rozpoznać dobre i szkodzące im substancje. Autor podaje więcej przykładów do tego cytując publikacje naukowe.
Z czasem komórki spostrzegły, że organizując się w grupy mają większe szanse na przetrwanie. Powstały grupy komórek odpowiedzialne za konkretne funkcje np. trawienia, wydalania, odbioru sygnałów ze środowiska itp. Taka współpraca zapewniała większą efektywność i szansę przetrwania niż każdej komórce osobno. Tak powstały organizmy wielokomórkowe, a potem bardzo złożone jak pies czy człowiek, który składa się z ok. 50 bilionów komórek. Mamy tu także trochę informacji o alternatywnej do Darwina koncepcji ewolucji francuskiego biologa Jeana Baptisty Lamarcka. To on był faktycznym twórcą ewolucjonizmu. Pierwszy przedstawił ją jako fakt naukowy ok. 50 lat wcześniej niż Darwin. Twierdził on, że organizmy nabywają cech adaptacyjnych koniecznych do przeżycia w zmieniającym się środowisku i przekazują je swojemu potomstwu. Jego koncepcja opierała się na współpracy komórek, a nie rywalizacji. W wyniku nagonki Kościoła Katolickiego, a potem też środowiska naukowego tak Lamarck jak i jego koncepcja poszły w zapomnienie. Dziś badania naukowe udowadniają, że to Lamarck, a nie Darwin miał rację. Autor pod koniec rozdziału cytuje różne artykuły z badań przeprowadzonych po 2005 r. na ten temat.
Jest tu też trochę innych ciekawych informacji np. że geny przekazywane są, jak odkryto niedawno, nie tylko w obrębie gatunku, ale i między gatunkami.
Mamy tu też wywody autora na temat tego jak koncepcja ewolucyjnej rywalizacji i religijnej doktryny o czynieniu sobie Ziemi poddanej przez ludzi doprowadziła nasz świat do stanu bliskiego katastrofy i zagłady życia na Ziemi. Jest to interesujące i ogólnie się zgadzam, ale nie jest to istotne dla koncepcji Nowej Biologii.

Rozdział drugi rozdział ma tytuł „To środowisko, głupcze!” i przedstawia to, że to nie geny, ale środowisko w którym żyjemy determinuje to jacy jesteśmy. Na początku rozdziału autor pisze, że nawet Darwin to przyznał. W 1876 r. w liście do Moritza Wagnera napisał, że nie docenił roli oddziaływania środowiska w procesie ewolucji. Jednak zwolennicy Darwina to zignorowali uważając, że Darwin na starość zwariował.
Następnie mamy sporą część rozdziału poświęconą białku jako budulcowi życia. Autor przedstawia nam rolę białek, to w jaki sposób geny służą do ich wytwarzania i o aminokwasach będących elementami składowymi białek. Jest tu też mowa o wiązaniach peptydowych między aminokwasami i o wzajemnym oddziaływaniu elektromagnetycznym ładunków połączonych aminokwasów. Decydują one o kształtach (konformacjach) białek zgodnie z zasadą z fizyki, że ładunki różnoimienne się przyciągają, a jednoimienne odpychają.
Białka są źródłem życia. Do wykonywania zadań takich jak oddychanie, trawienie czy kurczenie mięśni komórki zaprzęgają energię ruchu cząsteczek białka. Kształt cząsteczki białka (konformacja) oddaje stan równowagi między ładunkami elektromagnetycznymi aminokwasów budujących jej kręgosłup. Gdy układ ładunków dodatnich i ujemnych w cząsteczce białka się zmieni wtedy kręgosłup cząsteczki białka ulegnie zmianie i dopasuje się do nowych warunków zmieniając konformację. Rozkład ładunków w cząsteczce białka może się zmienić pod wpływem wielu czynników i procesów, m.in.: przez wiązanie cząsteczek czy związków chemicznych (np. hormonów) a także w wyniku oddziaływania pól elektromagnetycznych emitowanych np. przez telefony komórkowe czy inne urządzenia. Zatem jak widać technologia 5G stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia, gdyż na pewno będzie wpływać na zmianę układu ładunków w cząsteczkach białek w naszym organizmie.
Dalej mamy informacje o tym, że białka w komórce współpracują ze sobą przy realizacji określonych funkcji fizjologicznych łącząc się w zespoły zwane ścieżkami. Autor wyjaśnia zasadę działania ścieżek przez zastosowanie analogii do starego, nakręcanego zegarka z trzema zębatkami, w którym ruch pierwszej zębatki wprawia w ruch drugą, a ta z kolei trzecią. Jak zauważa autor w procesie ruchu i w ścieżkach DNA nie odgrywa roli.
Potem autor pisze o Projekcie Poznania Genomu Ludzkiego. Okazuje się, że wyższość ludzi nad innymi organizmami nie wynika wcale z liczby posiadanych genów, jak do niedawna uważano. Przykładowo tak mysz jak i człowiek mają po ok. 25 tysięcy genów, a nicień składający się z zaledwie 969 komórek ma ok. 24 tysięcy genów. Później po dokładniejszych badaniach ustalono, że mysz i człowiek mają nawet mniej, bo po ok. 19 tysięcy genów.
Dalej autor krótko pisze o tym, że biologią nie rządzą geny i podaje tu zasadniczy dowód. Otóż jak wiadomo żaden organizm, w tym i jednokomórkowy, nie może funkcjonować bez mózgu. Według obecnej nauki mózgiem komórki jest jądro komórkowe, w którym zawarte jest DNA. Zatem jeśli to prawda, to po usunięciu jądra komórka powinna obumrzeć. Tymczasem gdy przeprowadzono taki eksperyment okazało się, że komórka wciąż żyła, ruszała się i wykonywała swoje funkcje życiowe normalnie. Usunięcie jądra spowodowało tylko, że straciła zdolność do podziału i naprawy ubytków białka. W skutek tego obumarła szybciej niż zwykła komórka, ale żyła jeszcze długo po usunięciu jej jądra. To nie jądro jest więc mózgiem komórki. Jest nim błona komórkowa, ale o tym mówi szczegółowo rozdział 3.
Potem mowa jest o epigenetyce, czyli nowej nauce badającej wpływ środowiska na żywe organizmy. Nauka ta postuluje inny model kodowania białek: od sygnału ze środowiska przez białka regulatorowe do DNA i dalej przez RNA do wytworzenia białka. Oprócz tego różnica jest też taka, że sygnał płynie nie tylko w jedną stronę, ale także i w drugą, choć z mniejszą intensywnością, co pozwala na naprawę czy modyfikację DNA w pewnych przypadkach, gdy zachodzi potrzeba.
Dowodem na to, że doświadczenia życiowe rodziców kształtują genetyczne cechy ich dzieci jest doświadczenie z myszami agouti. Badania te wykazały, że zmodyfikowanie środowiska może przezwyciężyć, przynajmniej częściowo, skutki negatywnej mutacji genetycznej u myszy. Myszy agouti mają żółte futerko i są bardzo otyłe przez co chorują na cukrzycę, raka i choroby serca. Gdy pewnej grupie ciężarnych samic agouti podawano z pożywieniem suplementy: kwas foliowy, witaminę B12, betainę i cholinę urodziły one myszy znacznie mniej otyłe i z brązowym futerkiem. Badania te opublikowano w 2003 r. w czasopiśmie Molecular and Cellular Biology.
Na koniec rozdziału mamy jeszcze informacje m.in. o tym, że tylko 2% genomu to geny kodujące białka przy podziałach komórkowych.  Pozostałe 98% zwane ciemnym DNA jest jednak także ważne. Np. stwierdzono że w przypadku nowotworów w ciemnym DNA wystąpiło ponad sto mutacji. Projekt ENCODE ustalił rolę ciemnego DNA w organizmie. Jak ustalono ponad 80% ciemnego DNA odpowiada za proces wytwarzania i łączenia białek kodowanych przez geny. Spełnia więc ono także bardzo ważne funkcje.
Na koniec mamy jeszcze trochę o końcówkach genów kodujących białka zwanych telomerami i o tym dlaczego ulegają one skróceniu z każdym podziałem komórki. Finalnie prowadzi to do ograniczenia liczby możliwych podziałów komórek do ok. 50, co wyznacza długość naszego życia. Jednak jak się okazuje istnieje sposób na odtworzenie długości telomerów. Tym zajmuje się enzym zwany telomerazą. Jednak aktywność telomerazy zależy od jakości naszego życia. Np. ćwiczenia fizyczne, właściwa dieta, pozytywny stosunek do życia, szczęście w życiu osobistym, a zwłaszcza miłość do samego siebie wzmagają aktywność telomerazy i tym samym wydłużają nasze życie. Jak się okazuje na aktywność telomerazy wpływa także nasze życie płodowe i to w dzieciństwie – np. przemoc domowa czy palenie papierosów przez matkę podczas ciąży wpływa na zmniejszenie aktywności telomerazy u dziecka.

Rozdział trzeci ma tytuł „Magiczna membrana” i dotyczy błony komórkowej, która jak odkrył autor stanowi faktyczny mózg komórki. Usunięcie jej prowadzi do natychmiastowego obumarcia komórki. Błona ta jest bardzo cienka – na tyle, że jej elementy składowe widoczne są dopiero pod mikroskopem elektronowym, umożliwiającym powiększenie 100 tyś. razy! Budowę i sposób funkcjonowania komórki autor objaśnia stosując analogię do chleba z masłem, wydrążonymi w środku oliwkami i nadzieniem paprykowym na talerzu. Kulinarnie może nie brzmi to najlepiej, ale nie o to tu chodzi. Prosty eksperyment z użyciem ww. składników pokazuje sposób działania błony komórkowej. Potrzebne są dwie złożone kromki chleba i gruba warstwa masła pośrodku (ok. 1 cm powinno wystarczyć). Na razie bez oliwek. Przyjmujemy, że jest to fragment błony komórkowej. Teraz polewamy wierzchnią kromkę odrobiną zabarwionej polarnej cieczy (autor o rodzaju cieczy chyba zapomniał – gdy weźmiemy ciecz niepolarną np. benzynę, to jako rozpuszczalna w tłuszczach pokona ona barierę tłuszczową, a nawet rozpuści masło i analogia jest wtedy do niczego). Barwnik przesącza się przez chleb i zatrzymuje się na warstwie masła, które jako tłuszcz stanowi barierę dla polarnej cieczy. Gdy teraz zrobimy taką samą kanapkę, ale w warstwę masła powtykamy oliwki z nadzieniem i bez nadzienia mamy model pełnej błony komórkowej. Gdy teraz polejemy taką kanapkę barwną cieczą wynik będzie inny. Po dotarciu do warstwy masła ciecz trafiając na oliwkę z nadzieniem zatrzyma się podobnie jak poprzednim razem. Jednak, gdy ciecz natrafi w warstwie masła na wydrążoną oliwkę bez nadzienia wykorzysta ją jako kanalik do przedostania się przez warstwę tłuszczu, a następnie dotrze do dolnej kromki i przesączy się przez nią, spływając na talerz. W tej analogii talerz jest odpowiednikiem cytoplazmy (w niej znajdują się „organy” komórki – cytoplazma to jakby odpowiednik naszej jamy brzusznej).
W eksperymencie z kanapką każda polarna (nierozpuszczalna w tłuszczach) ciecz przesączy się przez wydrążoną oliwkę bez nadzienia. W przypadku komórki jest inaczej. W rzeczywistości błona komórkowa, a więc i ta „oliwka” jest selektywna i przepuszcza do wnętrza komórki tylko niektóre cząsteczki (np. substancji odżywczych) czy sygnały.  Gdyby przepuszczała wszystko (jak w eksperymencie z kanapką) lub nie przepuszczała niczego szybko by umarła. To bowiem byłoby tak jakbyśmy my jedli i pili wszystko co nam wpadnie w ręce (np. metanol czy granulki do udrażniania rur) albo też mieli zaklejone usta i nie jedli i nie pili niczego. Szybko byśmy umarli.
Chleb i masło to odpowiedniki fosfolipidów, które stanowią jeden z dwóch głównych składników błony. Drugim składnikiem są białka (oliwki w analogii z kanapką). Dalej autor szczegółowo omawia fosfolipidy i białka oraz ich działanie. Kluczowe jeśli chodzi o błonę komórkową jest to, że tzw. białka integralne błony komórkowej są 2 rodzajów. Jedne są receptorowe, a drugie efektorowe. Te pierwsze to jakby narządy zmysłów komórki odpowiadające naszym oczom, uszom, nosowi i kubkom smakowym. Gdy trafia do nich substancja odżywcza lub jakiś ważny sygnał (np. fala świetlna) umożliwiają mu przejście (autor opisuje dokładnie ten mechanizm). Te drugie zaś odpowiadają za właściwą reakcję komórki na odebrany sygnał czy substancję. Działając zespołowo białka receptorowe tworzą swoisty mechanizm „bodziec-reakcja” tak jak w przypadku odruchów bezwarunkowych u nas. Znaczenie białek integralnych błony komórkowej odkryto niedawno, bo w ciągu ostatnich 35 lat (w książce autor pisze o ostatnich dwóch dekadach, ale dotyczy to pierwszego wydania książki z 2005 r.)
Zasada działania białek integralnych błony komórkowej wskazuje, że to nie kod genetyczny, lecz interakcja komórki ze środowiskiem steruje zachowaniem komórki. Matryce DNA w jądrze komórki odpowiadają natomiast za rozrodczość komórki, tj. zdolność do podziału. Błona komórkowa jest więc mózgiem komórki, a jądro to gonady. Białka receptorowe to jakby świadomość komórki, a efektorowe odpowiadają za działanie.
Dalej autor pisze jak doszedł do tego, że błona komórkowa to ciekłokrystaliczny półprzewodnik, zawierający bramki i przenośniki. Ciekłokrystaliczny, bowiem fosfolipidy mają zdolność ruchu, a podczas tego ruchu zachowują uporządkowaną strukturę. Dokładnie tak jak ciekłe kryształy. Białka są jak półprzewodniki, bo przepuszczają tylko niektóre substancje czy sygnały. Bramki i przenośniki to białka receptorowe i efektorowe. Zatem błona komórkowa jest odpowiednikiem mikroprocesora (chipa), który jest właśnie krystalicznym półprzewodnikiem zawierającym bramki i przenośniki.
Skoro chip można zaprogramować, to działającą w analogiczny sposób komórkę także! A skoro komórkę to i zespół komórek, czyli nas ludzi! Tym programowaniem sterują głównie sygnały środowiskowe. Boleśnie możemy się o tym przekonać oglądając reżimową, ogłupiającą telewizję czy korzystając z innych mediów głównego ścieku lub z takich rozrywek jak kino.
Na zakończenie mamy żalenie się autora że nauka nie podzieliła jego koncepcji działania komórki. Mamy też trochę o cholesterolu, który jest ważnym składnikiem błony komórkowej. Spełnia ważną rolę: zapewnia błonie taką sztywność, aby wytrzymała fizyczny napór cytoplazmy, a jednocześnie była na tyle elastyczna, aby zapewnić możliwość ruchu komórce. Cholesterol wpływa też na zdolność błony do odbierania informacji ze środowiska i reagowania na nie. Mamy też kilka stron o tym, że cholesterol nie jest przyczyną miażdżycy i że faszerowanie ludzi toksycznymi statynami jest absurdem. Dla mnie to nic nowego, ale dla wielu osób może to być zaskoczeniem.

Kolejny, czwarty rozdział pt. „Nowa fizyka” jest według mnie najważniejszy w całej książce jak i w Nowej Biologii. Dotyczy fizyki kwantowej i tego jak wiąże się ona z biologią. W mediach i na blogach alternatywnych często się słyszy czy czyta o dobrych wibracjach lub wysokich wibracjach oraz złych wibracjach albo niskich wibracjach, ewentualnie o dobrej lub złej energii. Ten rozdział wyjaśnia o co tu chodzi. Wymaga jednak pewnej znajomości fizyki kwantowej, na której opiera się wszechświat. Postaram się w skrócie wyjaśnić o co chodzi, choć dla wielu osób może to nie być łatwe.
W szkole podstawowej uczono nas tzw. fizyki newtonowskiej, tj. że wszystko co jest na Ziemi składa się z materii i uczono nas praw rządzących tą materią (np. zasad dynamiki Newtona). Jeśli poszliśmy do liceum to dowiedzieliśmy się, że istnieje też fizyka kwantowa, która podaje prawa rządzące jednostkową cząstką, z której składa się materia, czyli atomem. Ten zaś dzieli się na elektrony krążące wokół jądra oraz protony i neutrony w jądrze. Te z kolei składają się z kwarków. Taki jest materialistyczny model atomu. Jednak zapewne poznaliśmy wtedy także słynny wzór Einsteina E = m*c^2 (energia równa jest masie pomnożonej przez kwadrat prędkości świata). Z ww. wzoru wynika, że materia jest równoważna energii. I jak się okazuje każdy atom oprócz materii „składa się” także z energii. Mówi się wtedy o dwoistej, korpuskularno-falowej, naturze atomu, czyli materialno-energetycznej. Energia ta manifestuje się w postaci drgań albo inaczej mówiąc wibracji. Wszystko co materialne wibruje w tym także my i nasza planeta. Tak naprawdę to materia jest jakby po prostu związaną, zagęszczoną energią. Jest to inna jej forma. Kwantowy model atomu to po prostu energia. Nie widać na nim nic. „Coś” powstałe „z niczego”.
Oficjalna nauka twierdzi jednak, nie wiem dlaczego, że zasady fizyki kwantowej odnoszą się tylko do pojedynczych atomów, a nie do układów złożonych z wielu atomów, czyli np. ludzi, zwierząt, kamieni, Ziemi itd. Jeżeli to zakwestionujemy i przyjmiemy, że korpuskularno-falowa natura dotyczy wszystkiego co materialne wówczas wiele rzeczy nam się wyjaśni. Przykładowo lecznicze działanie niektórych dźwięków czy zabiegów radiestezyjnych, które oficjalna nauka odrzuca i uważa za bzdury.
Wibracje to inaczej drgania harmoniczne. Opisane są one różnymi skomplikowanymi wzorami z kątami i funkcjami trygonometrycznymi – tzw. funkcje falowe. Nie będę się w to zagłębiał, bo niej jest to dla nas ważne. Jak kogoś to interesuje niech sobie przestudiuje jakiś podręcznik z fizyki dla szkół wyższych. Ważne dla naszych dalszych rozważań będą dwie rzeczy. Pierwsza z nich to cykliczność i powtarzalność sekwencji wykresu funkcji opisującej drganie (wibrację) – podobnie jak w przypadku wykresu funkcji np. f(x) = sinx. Druga ważna rzecz, a właściwie dwie rzeczy to amplituda drgań i okres drgań. Amplituda to różnica między minimum i maksimum drgania, a okres drgań określa po jakim czasie znowu pojawi się maksimum lub minimum. Dla lepszego zobrazowania poniżej zamieszczam, za Wikipedią, przykładowy wykres ruchu drgania harmonicznego:


Zależność wychylenia ciała drgającego harmonicznie od czasu. A – amplituda drgań, T – okres drgań, t – czas, x(t)- zależność drgań od czasu (opisana wzorem matematycznym tzw. funkcją falową).
Niestety to jeszcze nie koniec lekcji fizyki. Teraz powiemy o tym co to jest interferencja i o jej dwóch rodzajach: konstruktywnej i destruktywnej.
Interferencja zachodzi wtedy gdy mamy dwie fale, które się na siebie nakładają. Przykładem mogą być dwa kamyki wrzucone do wody blisko siebie. Zależnie od tego jakie są to kamyki i kiedy je wrzucimy fale jakie powstaną na wodzie będą się nakładać w różny sposób. Co prawda tam mamy do czynienia z okręgami, ale analogia zachodzi. Gdy kamyki będą miały te same masy i wrzucimy je do wody w tym samym czasie fale jakie spowodują na wodzie nałożą się tak, że się wzmocnią i powstaną większe kółka. Gdy zaś kamyki będą miały różne masy i/lub wrzucimy je do wody w różnym czasie będą się one wygaszać i powstaną mniejsze kółka.
Jak to się ma teraz do naszych wibracji? Bardzo podobnie. Gdy spotkają się dwie fale o tej samej amplitudzie i okresie drgań wówczas powstała w wyniku ich nałożenia fala będzie miała amplitudę dwa razy większą niż każda z nich z osobna przed nałożeniem. Okres drgań się nie zmieni. Jest to tzw. interferencja konstruktywna. I to jest tzw. dobra wibracja albo wysoka wibracja.
Gdy zaś spotkają się fale o różnych amplitudach drgań (minima i maksima ułożone przeciwnie) wtedy po ich nałożeniu się na siebie nastąpi ich częściowe lub całkowite wygaszenie – amplituda drań się zmniejszy lub drganie w ogóle zaniknie czego obrazem na wykresie jest linia prosta. To jest tzw. zła wibracja albo niska wibracja. Poniższa animacja pokazuje na czym polegają oba rodzaje interferencji.

Jak to się ma do „szarlatańskiej” radiestezji? Otóż skoro wszystko co materialne ma energię i wibruje to nasze komórki także. Jeśli np. mamy raka to komórki zdrowe mają inną wibrację niż komórki nowotworowe. Jeżeli znajdziemy ich amplitudę i okres drgań i podziałamy na nie za pomocą jakiegoś urządzenia drganiami o odpowiednio większej amplitudzie (minima i maksima muszą być w tych samych miejscach) wówczas wywołamy interferencję konstruktywną. Jeżeli generowana przez urządzenie fala będzie miała wystarczająco wysoką amplitudę w wyniku interferencji nastąpi powstanie fali o tak dużej amplitudzie, że komórka nowotworowa tego nie wytrzyma i się rozleci. To podobnie jak z kryształem. Gdy zadziałamy na niego dźwiękiem o odpowiednio wysokiej amplitudzie drgań współbrzmiących z drganiami cząsteczek kryształu to spowoduje to powstanie tak dużych drgań, że wyzwolona przez nie energia spowoduje rozerwania wiązań atomowych w krysztale i się on rozpryśnie.
Można też zadziałać inaczej stosując interferencję destruktywną. Jeśli zadziałamy falą o tej samej amplitudzie ale tak, że maksimum jednej fali jest tam gdzie minimum drugiej dojdzie do całkowitego wygaszenia obu fal. W takim przypadku wibracja komórki nowotworowej będzie zerowa i komórka zginie z braku energii. Na tym polegają „czary”. I takie urządzenia pod koniec XIX i na początku XX wieku istniały i dawały podobno dobre efekty leczenia wielu chorób. Niestety około 1920 roku zaczęła się era chemicznych pseudoleków, która trwa do dziś, a energetyczne metody leczenia uznano za herezję, zdyskredytowano i usunięto z praktyki lekarskiej. Nie dałoby się przecież na tym zarobić, a „leki” trzeba brać całe życie. Pacjent wyleczony, to klient stracony.
Jednak ta „szarlatańska” metoda jest czasem stosowana w oficjalnej medycynie! Usuwa się za jej pomocą np. kamienie nerkowe, które rozkrusza się na małe kawałki łatwo wydalane potem z moczem.
Inaczej można też powiedzieć o falach jako o niewidzialnym promieniowaniu energetycznym. Rejestrując to promieniowanie można określić która tkanka jest zdrowa, a która chora. Tak działa mammogram. Ciemne pola w obrazie to tkanki w których są zmiany nowotworowe.
W tym rozdziale mamy także informacje o tym, że jak stwierdzono przepływ informacji w naszym organizmie nie jest liniowy (jak zakłada konwencjonalna medycyna), ale nieliniowy – holistyczny, kwantowy. Każdy element wymienia informację z każdym i jest z nim jakoś powiązany. Dla zobrazowania tego autor pokazuje mapę wzajemnych oddziaływań małego zbioru białek w komórce muszki owocówki. Np. jedno z białek jest wykorzystywane w metabolizmie i jest związane z determinacją płci. Podobnie, tylko dużo bardziej skomplikowanie jest u ludzi. Gdy zadziałamy jakimś chemicznym preparatem na komórkową ścieżkę syntezy jakieś substancji (np. cholesterolu) nie zmniejszymy tylko syntezy tej substancji, ale także zaburzymy syntezę innych, które w jej wyniku powstają (w przykładzie z cholesterolem będzie to np. koenzym Q10, który odpowiada za prawidłowe działanie mięśni, w tym serca(!) czy skwalen działający przeciwnowotworowo).  Stąd tak duże liczby różnych, często ciężkich, powikłań powstających w wyniku długiego przyjmowania chemicznych preparatów (nie piszę leków, bo one niczego nie leczą).
Przykłady interferencji konstruktywnej i destruktywnej w praktyce? Proszę bardzo. Np. gdy idziemy ciemną ulicą w nocy i czujemy jak słabniemy albo gdy się czegoś przestraszymy czy z kimś pokłócimy i gorzej się potem czujemy. To jest interferencja destruktywna („obniżenie wibracji”). Gdy zaś np. pochodzimy boso po trawie przez godzinę czy wpadniemy na jakiś genialny jak nam się wydaje pomysł. Wtedy czujemy energetycznego „kopa”. To jest interferencja konstruktywna („podniesienie wibracji”).

Rozdział piąty pt. „Biologia i wiara” i dotyczy także rzeczy bardzo ważnej – znaczenia wiary w naszym życiu. W szczególności chodzi tu o wyzdrowienie z choroby. Zależnie od tego w co wierzymy mamy efekt placebo – gdy wierzymy w wyleczenie lub efekt nocebo, gdy nie wierzymy w wyleczenie albo inaczej mówiąc wierzymy w niewyleczenie. Jednak autor pisze także o nieco innej wierze np. o pozytywnym myśleniu.
Na początku mamy opisany przypadek gdy młody brytyjski lekarz Albert Mason w 1952 roku popełniając błąd w diagnozie wyleczył 15-letniego chłopca z nieuleczalnej (wg konwencjonalnej medycyny) rybiej łuski za pomocą hipnozy. Lekarz był przekonany, że leczy brodawki. Po kilku sesjach hipnozy, podczas których lekarz po wprowadzeniu chłopca w trans mówił mu że skóra się zagoi i będzie zdrowa i różowa, ciężkie zmiany skórne na skórze chłopca zniknęły niemal całkowicie. Gdy później dowiedział się, że to była „nieuleczalna” choroba kolejnych osób nią dotkniętych nie zdołał już wyleczyć hipnozą. Przestał wierzyć, że to jest możliwe. Wcześniej i pacjent i lekarz wierzyli i się udało. Sama siła umysłu pokonała „nieuleczalną” chorobę.
Potęgę ludzkiego umysłu i siłę wiary autor udowadnia też na innym przykładzie. Podaje, przypadek z czasów, w których Robert Koch i Ludwik Pasteur stworzyli teorię zarazków, którą dziś powszechnie się uznaje (z małymi modyfikacjami). W XIX wieku jednak było inaczej i jeden z przeciwników tej teorii był tak mocno przekonany o jej błędności, że koniecznie postanowił ją obalić. Dokonał rzeczy jak się wydaje szalonej: wypił szklankę wody zawierającej bakterie vibrio cholerae, wywołujące według Kocha cholerę. Ku wielkiemu i powszechnemu zdumieniu „szaleniec” nie zaraził się tym groźnym patogenem i nie zachorował na cholerę. Tym samym faktycznie wykazał fałszywość teorii Kocha i Pasteura. Zasady prawdziwej nauki są bowiem takie, że jeden kontrprzykład (przykład czy przypadek sprzeczny z teorią) obala teorię. Jednakże zostało to przez naukę zignorowane i w 2000 r. w piśmie Science przypadek ten skwitowano tak: „Z niewyjaśnionych powodów nie wystąpiły u niego objawy, lecz mimo to nie miał racji!” Otóż przyczyna jest jasna – siła wiary i przekonania tego człowieka w niezachorowanie po wypiciu szklanki wody z zarazkami cholery sprawiła, że nie zachorował. Tak działa nasza matriksowa nauka, gdy coś nie pasuje do teorii to nie przyjmujemy tego do wiadomości i uznajemy że to nie istnieje. Jednak zdecydowanie nie polecam samemu podejmować podobnej próby! Na 99,99% się nie uda i skończy się ciężką chorobą. Wiara u tego człowieka musiała być niesamowicie silna. Porównać ją można chyba tylko z islamskimi fanatykami, którzy wysadzając się w powietrze zabijają przy tym innych, bo są pewni, że dzięki zabiciu „niewiernych” pójdą do raju.
Następnie autor pisze o pozytywnym myśleniu. Jest ono na pewno w życiu pomocne, ale w wielu przypadkach nas zawiedzie. Gdy jesteśmy ciężko chorzy, to samo powtarzanie w myślach nawet ciągle że na pewno wyzdrowiejemy i to tylko chwilowe problemy najczęściej niewiele lub nic nie da. Nasz umysł bowiem ma dwie główne składowe: świadomość i podświadomość. Ta druga odpowiada w 95% za działanie umysłu (np. za wszystkie czynności wykonywane ciągle i rutynowo np. prowadzenie samochodu), a ta pierwsza tylko w 5%. W podświadomości są „wgrane” różne programy, które trafiły tam w dzieciństwie i później np. podczas studiów czy poprzez media. Gdy mamy tam wgrany program np. „rak jest nieuleczalny i jak zachoruję to niedługo umrę” to ten program jest realizowany. Podświadomość jest bardzo silna i w sytuacji gdy to co przez świadomość próbujemy przeforsować (np. powtarzając jak mantrę, że niedługo wyzdrowieję) jest sprzeczne z odpowiednim programem w podświadomości wtedy umysł odrzuca to co mu „wciska” świadomość i nie osiągamy nic. Wpadamy wtedy najczęściej we frustrację i mówimy, że to całe pozytywne myślenie jest g… warte. Teraz mamy odpowiedź dlaczego tak jest.
Nie oznacza to jednak, że jesteśmy skazani „na dożywocie” na to co mamy „wgrane” do podświadomości. Tak jak z komputera można usunąć różne programy tak i z podświadomości również. Tym zajmuje się tzw. psychologia energetyczna. Na temat tych metod autor jednak niewiele pisze (w epilogu). Bruce Lipton podaje nazwę tylko jednej metody, którą sam wypróbował z dobrym skutkiem, tzw. PSYCH-K i pisze, że najlepiej się sprawdzi ta metoda, w którą najsilniej wierzysz.
Potem mamy część poświęconą wpływowi umysłu na ciało, czyli tzw. efekty placebo i nocebo. Efekt placebo występuje wtedy gdy wierzymy że coś nam pomoże. Autor opisuje różne przypadki „cudownych i samoistnych” wyleczeń. Np. podczas badań klinicznych leku na depresję, Effexoru, jedna z kobiet będąca w grupie porównawczej, która brała placebo (pastylkę z jakimś obojętnym środkiem np. mąką) wyleczyła się całkowicie z trwającej ok. 30 lat depresji. Gdy jej powiedziano, że brała placebo długo nie chciała uwierzyć. Badanie mózgu wykazało, że wyleczenie było faktyczne.
Efekt wiary (jak woli to nazywać autor) występuje także jak się okazuje w przypadku chirurgii. Zrobiono eksperyment z chirurgicznym leczeniem dużych zmian zwyrodnieniowych w kolanach. Część pacjentów przeszła faktyczną operację, a część jedynie pozorowaną. Znieczulono ich miejscowo, nacięto im skórę na kolanie tak jak przy normalnej operacji i zrobiono płukanie kolana na niby i założono szwy. Następnie wszystkich pacjentów poddawano standardowej terapii pooperacyjnej w szpitalu. Okazało się, że znacznie poprawił się stan nie tylko pacjentów naprawdę operowanych, ale także tych operowanych na niby. U obu grup poprawa była taka sama. Jeden z pacjentów operowanych na niby ledwo już chodził, a po „operacji” i „leczeniu pooperacyjnym” był po pewnym czasie nawet w stanie grać w piłkę ze swoim wnukiem! O tym, że zrobiono mu operację na niby dowiedział się dopiero po 2 latach.
Efekt nocebo (efekt wiary negatywnej) jest niestety podobnie silny jak ten pierwszy. Gdy lekarz powie choremu na nowotwór „ma pan/pani raka i zostało panu/pani 6 miesięcy życia” to jest to zwykle jak wyrok śmierci. Pacjent najczęściej wierzy w to i faktycznie szybko umiera. Autor podaje tu jako przykład relację jednego z lekarzy z Nashvile. W 1974 roku trafił do niego emerytowany biznesmen z branży obuwniczej. Lekarz ten rozpoznał u niego raka przełyku wówczas uznawanego za nieuleczalny. Pacjenta poddano leczeniu, ale po kilku tygodniach od diagnozy zmarł. Sekcja zwłok dała zaskakujący wynik. Okazało się, że denat miał kilka skupisk komórek rakowych i to nie w przełyku, a w wątrobie i płucach. Jak ustalono nie mogło to być przyczyną śmierci. Co zatem spowodowało zgon? Wszystko wskazuje na to, że wiara, że niedługo umrze.
Na zakończenie rozdziału autor pisze i podaje przykłady, że badania przeprowadzone w XXI wieku potwierdzają, że mózg przekłada nasze przekonania na określone, unikatowe profile chemiczne, które są wydzielane do krwi i w ten sposób rządzą losem 50 bilionów komórek naszego ciała. Zatem wpływ umysłu na ciało nie jest już ezoteryczną bajką, ale faktem. Zmiana przekonań powoduje zaś zmianę w komórkach naszego ciała. Zadaniem umysłu jest bowiem zapewnienie spójności naszych przekonań z doświadczaną przez nas rzeczywistością.

Rozdział szósty, o tytule „Wzrost i obrona” dotyczy głównie destrukcyjnego wpływu przewlekłego stresu i strachu na nasz organizm. Najpierw jednak jest mowa o dwóch mechanizmach służących przetrwaniu. Obrona wydaje się intuicyjnie oczywista i tak jest, natomiast wzrost już nie. Wzrost kojarzy nam się z rozwojem ciała i umysłu do osiągnięcia wieku dorosłego. Potem co prawda już nie rośniemy fizycznie, ale wzrost nadal zachodzi. Codziennie miliardy komórek w naszym ciele obumierają i są zastępowane przez nowe. Gdyby nie to żylibyśmy bardzo krótko. Autor jako przykład podaje, że komórki tworzące ściany naszych jelit wymieniane są co 72 h. Procesy wzrostu i obrony nie zachodzą jednocześnie. Nie można bowiem np. budować nowych komórek gdy trzeba walczyć z jakimś poważnym zagrożeniem.
Głównie jest tu mowa o procesach obrony. Kieruje nimi układ nerwowy. Dzielą się one na dwa rodzaje. Pierwszy to obrona przed zagrożeniem zewnętrznym, a drugi przed zagrożeniem wewnętrznym. Ten pierwszy znany jest często jako „walcz lub uciekaj” w sytuacji gdy np. ktoś na nas napada albo stajemy oko w oko z groźnym dzikim zwierzęciem. Autor opisuje cały mechanizm w jaki sposób organizm przestawia się z trybu wzrostu na tryb „walcz lub uciekaj”. Bierze w nim udział zespół PPN – podwzgórze, przysadka, nadnercza (wydzielają hormony mobilizujące do walki lub ucieczki). W tym trybie zahamowane zostaje działanie układu odpornościowego. Jeśli bowiem nawet w organizmie są jakieś patogeny to zagrożenie zewnętrzne, jako bezpośrednio zagrażające życiu, jest ważniejsze.
W tym trybie aktywności osi PPN negatywnie wpływa też na jasność myślenia. Logiczne wnioskowanie przebiega wtedy dużo wolniej i gorzej, bowiem niemal wszystkie zasoby energetyczne organizmu są przekierowane na motorykę.
Taki rodzaj zagrożenia występuje jednak rzadko, więc i tryb „walcz lub uciekaj” rzadko się włącza. Dużo częściej uruchamia się obrona przed zagrożeniem wewnętrznym – w sytuacji gdy jakieś patogeny dostaną się do naszego organizmu. Jest to nasz układ immunologiczny (odpornościowy). Jest on bardzo energochłonny. Można się o tym przekonać łatwo gdy mamy infekcję i związane z nią osłabienie.
Następnie jest mowa o strachu, a zwłaszcza o przewlekłym stresie jakiego większość z nas doświadcza w codziennymi życiu. Bruce Lipton obrazowo przedstawia to na przykładzie biegaczy – sprinterów szykujących się do startu. Gdy słyszą komendę sędziego „na miejsca!” klękają i opierając się na rękach wkładają stopy w bloki startowe. Następnie pada komenda „gotów!” i sportowcy przesuwają tułów do przodu i unoszą się lekko a ich mięśnie się napinają. Gdy zastygają w pozycji gotowości do biegu ich organizm wydziela adrenalinę, hormon stresu, który zwiększa siłę mięśni. Następuje oczekiwanie na komendę „start!”, a ich ciała są maksymalnie naprężone. Na zawodach komenda „start!” pada po 1-2 sekundach. W przypadku codziennego przewlekłego stresu komenda „start!” w ogóle nie pada. W naszym świecie rozpowszechniona jest postawa „gotów!”, trwająca często latami. Adrenalina cały czas buzuje w żyłach, co z czasem wyczerpuje siły. Różne lęki i zmartwienia (np. tym co będzie jak stracę pracę, a mam kredyt na mieszkanie do spłacania, jak mnie zwolnią wyląduję pod mostem itp.) które są długotrwałe sprawiają, że nasze ciała są latami pobudzane do wzmożonego wysiłku. W końcu nadchodzi moment, gdy tego nie wytrzymujemy i zapadamy na zawał, udar, raka czy inną chorobę. Jak pisze autor z badań wynika, że stres jest główną przyczyną od 75% do 90% wizyt u lekarza pierwszego kontaktu.
Przygnębiające uporczywe myśli oraz lęki związane z błędnymi przekonaniami (układy odpowiedzialne za zarządzanie stresem w organizmie nie rozróżniają czy podyktowana przez mózg reakcja jest podyktowana przez prawdziwe czy urojone zagrożenie) także powodują przewlekły stres i postawę „gotów!”.
Nie każdy stres jednak jest dla nas zły. Istnieje też dobry stres, który ma pozytywne skutki dla psychiki i fizjologii. Takim stresem jest np. uprawianie sportu wymagającego dużego wysiłku fizycznego (amatorsko np. częsta jazda na rowerze na dystansach 50-100 km czy dłuższe marsze).
Pod koniec rozdziału mamy trochę informacji o leczeniu stresu. Konwencjonalna medycyna robi to, jakżeby inaczej, za pomocą pigułek. Autor przedstawia natomiast inne metody jakie badano i uzyskano dobre wyniki. Należą do nich m.in. relaksacja ciała ( medytacja, joga, technika głębokiego oddychania), wsparcie najbliższych czy miłość. Na tą ostatnią autor szczególnie zwrócił uwagę podając przykład kobiety, Scarlett Lewis, która straciła syna Jessiego w wyniku strzelaniny w szkole. Zamiast popaść w rozpacz i obwiniać cały świat jej sposobem na pogodzenie się z tą straszną zbrodnią było głoszenie przesłania miłości. W celu przekazania jej światu założyła fundację Jesse Lewis Choose Love Foundation. Propaguje ona wśród dzieci i w społeczeństwie wybór miłości zamiast gniewu, wdzięczność zamiast postawy roszczeniowej, wybaczenie i współczucie zamiast rozgoryczenia. Zrobiła tak pod wpływem swojego syna, który w dzień tragedii przed wyjściem do szkoły napisał na tablicy w swoim pokoju „Ożywcza, uzdrawiająca miłość”.

Ostatni, siódmy rozdział dotyczy świadomego rodzicielstwa i dowodzi, że rodzice, zwłaszcza w pierwszych 6 latach życia dziecka (a także w czasie ciąży!), są jak inżynierowie genetyczni. Mają bardzo duży wpływ na dziecko, co potwierdzają badania. Często zaś tego wpływu, zwłaszcza negatywnego, nie są świadomi.
Autor zaczyna od życia płodowego. Jak podaje, z badań psychologicznych i neurobiologicznych wynika, że układ nerwowy u płodów i noworodków jest na tyle wykształcony, że mają one zdolność odczuwania i uczenia się. Mają też pamięć nieświadomą. Autor pisze, powołując się na literaturę, że jakość życia w łonie matki, w naszym tymczasowym domu, w którym przebywamy przed narodzinami, determinuje naszą późniejszą podatność na chorobę niedokrwienną serca, udar, cukrzycę, otyłość, osteoporozę, psychozę czy wahania nastroju.
Dziecko w łonie matki reagując na bodźce środowiskowe odbierane przez matkę optymalizuje swój rozwój fizjologiczny i genetyczny, przygotowując się do spodziewanych warunków. Niestety ma to też złą stronę – jeśli w trakcie życia płodowego i zaraz po narodzinach dziecko doświadcza złego odżywiania i niesprzyjającego środowiska (np. zestresowania matki) to odbije się to na dziecku negatywnie.
Następnie autor opisuje jak zmienił poglądy na temat rodzicielstwa. Przyczynił się do tego wypadek motocyklowy jakiemu uległ na Karaibach i wizyta u młodego kręgarza w akademiku, po której kręgi autora wróciły na swoje miejsce i ból szybko mu minął. Pomijając szczegóły istotne jest to, że umysł podświadomy jest dużo silniejszy niż umysł świadomy, o czym była już mowa wcześniej. Na drodze ewolucji nasze wyuczone spostrzeżenia zyskały władzę nad genetycznie zaprogramowanymi instynktami. Tu jako przykład mamy umiejętność pływania. Noworodek umie pływać w wodzie jak morświn, ale szybko tę umiejętność traci, bo jest uczony, że woda jest groźna i  jak się chce kilka lat później dziecko nauczyć pływać trzeba się sporo natrudzić.
Następnie jest mowa o programowaniu człowieka. W szczególności autor skupia się na dzieciach. Jak ustalono (badania EEG – elektroencefalografem) w wieku 0-2 lat w mózgu dominują fale aktywności mózgowej delta – o najniższej częstotliwości 0,5 Hz do 4 Hz (cykli na sekundę – okres drań powtórzony w ciągu sekundy od 0,5 do 4 razy – patrz rozdział 4). W wieku 2-6 lat dominują fale theta (4-8 Hz). W tym okresie mózg dziecka jest najbardziej podatny na sugestie, łatwo daje się programować. Nie ma tu jeszcze rozwiniętego mechanizmu obronnego, który by coś kwestionował czy nie przyjmował do wiadomości. Od 6 roku życia do ok. 12-ego dominują fale alfa (8-12 Hz) i tu już podatność na sugestie i programowanie spada, a potem pojawiają się fale mózgowe beta (12-35 Hz) utrzymujące się przez coraz dłuższe okresy, które dają stan skupionej świadomości np. podczas czytania książki. Niedawno odkryto też występujący piąty stan aktywności EEG, tj. fale gamma (> 35 Hz), które pojawiają się w fazie szczytowego wysiłku umysłowego (np. u pilota podczas wykonywania manewru lądowania).
Podstawowe zachowania, przekonania i postawy, które widzimy u rodziców, utrwalamy w podświadomym umyśle przez resztę życia, chyba że podejmiemy wysiłek ich przeprogramowania. 
A zatem należy bardzo uważać na to co się robi i mówi, zwłaszcza w przypadku małych dzieci do 6 lat. Jak usłyszymy od takiego dziecka np. brzydkie słowo na literę k, to znaczy, że przyswoiło je ono od nas. Gdy zaś powiemy np. „głupi jesteś”, „jesteś chorowitym słabeuszem”, „nigdy do niczego nie dojdziesz” itp. to dziecko wyryje to w swojej świadomości jako „niepodważalne fakty”, co potem będzie mocno negatywnie rzutować na jego samoocenę, będzie wpływać na jego postępowanie i hamować jego potencjał w dalszym życiu.
Autor zauważa, że nasze fizjologiczne procesy i wzorce zachowania dostosowują się do „prawd”, które mózg uznał za własne, niezależnie od tego, czy są to przekonania korzystne czy szkodliwe. Nie oznacza to jednak, że podświadomość to tylko zło. Jest ona bezuczuciowym archiwum, w którym przechowywane są schematy działania w różnych sytuacjach – bez wnikania w przyczyny i osądzania. To odpowiedniki programów zapisanych na twardym dysku. Mogą być dobre albo złe. Np. gdy dotkniemy ręką czegoś gorącego i się sparzymy to automatycznie cofamy rękę. To program z podświadomości dzięki któremu unikamy ciężkiego poparzenia. Bez podświadomości nie moglibyśmy funkcjonować. Dla zobrazowania wagi i potęgi podświadomości autor podaje, że w ciągu 1 sekundy podświadomy umysł przetwarza informację równoważną 20 milionom bitów informacji. W tym czasie umysł świadomy przetwarza tylko 1 bit! 
Umysł świadomy, choć dużo wolniej działający niż podświadomy sprawia, że nie jesteśmy niewolnikami naszych zaprogramowanych nawyków i możemy dzięki autorefleksji zmienić naszą reakcję czy działanie i zastąpić je innym. Dzięki niemu mamy wolną wolę. Umysł świadomy może się też cofać w przeszłość i myśleć o przyszłości, a podświadomy ogranicza się tylko do teraźniejszości. Dzięki umysłowi świadomemu możemy snuć piękne marzenia np. o życiu w miłości, szczęściu, zdrowiu i pomyślności. W tym czasie umysł podświadomy będzie zawiadywał prozaicznymi czynnościami jak np. obieranie ziemniaków do zupy.
Walka świadomości z podświadomością źle się kończy i nie należy tego robić, ale przeprogramować podświadomość. Autor podaje tu przykład australijskiego pianisty, Davida Helfgotta. Ojciec jako ocalały z Holokaustu zaszczepił w nim przekonanie, że świat jest niebezpieczny i najlepiej się nie wyróżniać, bo może go spotkać coś złego. Mimo tego David uznał, że musi się wyrwać z domu i spełnić swoje marzenie zostania światowej sławy pianistą. W Londynie na konkursie pianistycznym zagrał bardzo trudny Trzeci Koncert Rachmaninowa walcząc cały czas z podświadomością. Odniósł sukces, ale zemdlał z wyczerpania. Walka z wdrukowanym programem pochłonęła ogromną część jego energii. Skutek był taki że popadł w obłęd.
Dalej autor pisze o świadomym poczęciu i ciąży. Nie jest pewnie zaskoczeniem, że to czy dziecko zostało poczęte w miłości, pośpiechu (np. podczas imprezy), w nienawiści (np. gwałt, kazirodztwo) i czy kobieta chciała naprawdę zajść w ciążę. Jak pisze autor pierwotne ludy od tysiącleci wiedziały jak ważny jest akt poczęcia. Przed przystąpieniem do niego dokonywały rytualnego oczyszczenia ciała i umysłu.
Po poczęciu postawa rodziców także jest ważna. Jak pisze autor z badań wynika, że czy to podczas snu czy czuwania nienarodzone dzieci ciągle rejestrują każde działanie, myśl i emocje matki. Doświadczenia życia płodowego już od chwili poczęcia kształtują mózgi i kładą podwaliny pod rozwój osobowości, temperamentu i zdolności rozumowania.
A zatem nie jest prawdą to co twierdzi lewica, że do bodajże 12 tygodnia ciąży dziecko to tylko „zlepek komórek”, który nie ma żadnej świadomości i niczego nie czuje.
Poczynania ojca dziecka też mają znaczenie. Wpływa on swoim postępowaniem na matkę dziecka, a to ma wpływ na rozwój dziecka w jej łonie. Może być on rzecz jasna dobry lub zły. Dalej autor pisze, że ciągły stres matki czy choroby (np. cukrzyca) odbijają się także na dziecku jakie nosi w sobie, co także dowiedziono i podaje różne przykłady.
Dowody na znaczenie rodzicielskiego programowania obalają pogląd, że to geny w pełni przesądzają o naszych cechach, zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Nawet jeśli mamy „supergeny” i mamy duże zdolności to wychowując się w patologicznej rodzinie nie zdołamy ich rozwinąć i bez wielkiej determinacji i ciężkiej pracy niczego nie osiągniemy.
Potem mamy rozważania o świadomym macierzyństwie i tacierzyństwie. Według autora jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje w naszym życiu, z chwilą w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy za to odpowiedzialni. Nie można więc winić kogoś, że jest kiepskim rodzicem jeśli nie był świadomy tego, że źle robił. Podobnie gdy jest się rodzicem nie można w takim przypadku winić siebie za złe postępowanie.
Bruce Lipton obala mit o potrzebie specjalnego pobudzania umysłów małych dzieci np. kartami z obrazkami czy innym gadżetami. Dziecko najlepiej uczy się przez zabawę. To właśnie zabawa jest kluczem do optymalizacji osiąganych przez nie wyników.
Autor zwraca uwagę na duże znaczenie fizycznej bliskości zwłaszcza tuż po urodzeniu. Jak ustalono ma ona wpływ na poziom agresji w społeczeństwie. Niewłaściwa jest zatem praktyka odbierania matce noworodka i umieszczanie go w oddzielnej, często dość odległej sali. Innym negatywnym zachowaniem, mogącym mieć wpływ na agresję dziecka czy już dorosłego w przyszłości, jest praktyka niereagowania na płacz dziecka, bo rzekomo to za bardzo je rozpieszcza. Dotyk ma pozytywny wpływ i ogranicza skłonność do przemocy.
Autor pisze też, że ludzie są istotami bardzo odpornymi i że, jak wynika z badań rumuńskich dzieci z domów dziecka niektórym szkodliwym skutkom zaniedbania we wczesnym okresie rozwoju można zaradzić właściwą opieką, zwłaszcza gdy zapewni się ją odpowiednio szybko.
Nigdy też nie jest za późno na zmiany negatywnych zachowań nawet w wieku dorosłym. Można to osiągnąć przez oddziaływanie na podświadomość za pomocą hipnozy, konsekwentne wdrażanie nowych zachowań, terapię poznawczo-behawioralną i różne zabiegi psychologii energetycznej (tu autor odsyła do swojej strony internetowej http://www.brucelipton.com).

Na zakończenie książki mamy jeszcze epilog, który jest na tyle długi (ok. 30 stron), że można go uznać za dodatkowy rozdział. Tak jak wcześniejsze rozdziały były raczej dla ciała tak ten jest poświęcony duszy i ma tytuł „Nauka i duch”. Dla wielu osób może on być dużym zaskoczeniem czy szokiem jeśli chodzi o poruszane tematy.
Autor zaczyna od tego, że białkowe „przekaźniki” sterujące przebiegiem życia komórki są włączane i wyłączane przez sygnały płynące ze środowiska, a więc z wszechświata.
Z najnowszych odkryć naukowych wyłania się wizja świata niewiele się różniąca od najdawniejszych ludzkich wierzeń zgodnie z którymi każdy przedmiot materialny przenika duch. Szczątkowe kultury pierwotne jakie przetrwały do naszych czasów nadal uważają, że wszystko we wszechświecie stanowi jedność. Jest to spójne z wizją fizyki kwantowej, w której materia i energia są ze sobą ściśle splecione. Również koncepcja Gai – Matki Ziemi jako jednego wielkiego żywego organizmu to zakłada.
Potem mamy  rozważania na temat rozejścia się dróg nauki i ducha oraz historii jak do tego doszło. Ciekawe, ale to nic nowego.
Dalej autor pisze o tym, że jesteśmy stworzeni na obraz wszechświata, a Bogiem dla niego jest „Wszystko co jest”, czyli wszechświat. Białka odbierają sygnały z wszechświata, a my składamy się z białek, więc jesteśmy stworzeni na obraz wszechświata albo Boga. Jesteśmy dopełniaczami otaczającego nas świata. Z tego wynika zatem, że gdy zbyt mocno zmienimy nasz świat przestaniemy do niego pasować. Konsekwencje tego coraz boleśniej odczuwamy. Żyjemy w coraz większym oderwaniu od natury i płacimy za to wysoką cenę w postaci coraz liczniejszych chorób cywilizacyjnych, na które zapadamy w coraz młodszym wieku. Swoim destrukcyjnym działaniem wobec siebie jak i planety zmierzamy do zagłady. Temu zagadnieniu autor poświęca sporo miejsca, ale jest jednak optymistą, czyli podobnie jak ja.
Następnie autor skupia się na receptorach tożsamości. Są one na powierzchni każdej z naszych komórek. B. Lipton porównuje człowieka do odbiornika telewizyjnego. Nasza tożsamość to transmisja sygnału odbierana przez antenę. Antena to receptory w białkach komórek, a transmisja jest tym co odbieramy przez nie ze środowiska (wszechświata) w tym nasza tożsamość. Teraz robi się ciekawie! Otóż telewizor gdy się zepsuje nie pokazuje obrazu. To jednak nie oznacza, że sygnał z którego powstaje obraz przestał być transmitowany. Transmisja trwa nadal. Gdy naprawimy telewizor lub kupimy inny i podłączymy obraz znów się pojawi. Zatem podobnie jest z naszym ciałem. Skoro odbiera ono sygnały z wszechświata, to gdy „się zepsuje” sygnały te nadal płyną. Mimo iż nasze ciało jest martwe informacje o naszej tożsamości nie zniknęły. A zatem jeśli pojawi się kiedyś inne ciało mające ten sam zestaw receptorów tożsamościowych to będzie to ta sama osoba w innym ciele. A to jest nic innego jak reinkarnacja!
Żeby było jeszcze ciekawiej autor podaje świadectwa istnienia życia pośmiertnego dowodzące, że to nie bajki, ale prawda! Jednym z nich jest przypadek Jamesa Leningera opisany w książce „Soul Survivor”. Są też tysiące relacji o wyjściu duszy poza ciało w trakcie stanu na granicy śmierci i widzeniu wspaniałego świata „po drugiej stronie”. Jednym z nich jest np. doktor Eben Alexander, neurochirurg, ortodoksyjny racjonalista odrzucający istnienie duszy. Pewnego dnia jego mózg zaatakowały bakterie E. coli i dokonały jego spustoszenia w obszarze kory nowej odpowiadającej za funkcje poznawcze. Mózg neurochirurga zmienił się w dużej części w nabrzmiały ropą wrzód. Świadomość mu zanikła i zapadł na tydzień w śpiączkę. Potem cudownie ozdrowiał. W czasie śpiączki zaś przeniósł się „na drugą stronę”, choć z powodu zniszczenia mózgu nie zapamiętał wiele, ale doświadczył przeżyć duchowych mimo niemal wyłączonego mózgu. Kora nowa mu się zregenerowana i odzyskał wspomnienia „z zaświatów”. Tym samym stało się jasne, że doświadczenia przejścia „na drugą stronę” nie są wytworem wyobraźni mózgu jak wcześniej uparcie twierdził Alexander.
Autor podaje jeszcze jeden „absurdalny” przypadek „cudu”. Anita Mourjani zachorowała na raka i jej stan się pogarszał aż zapadła w śpiączkę, a lekarze nie dawali rodzinie większych szans na to, że się obudzi. Ona zaś opuściła ciało, widziała i słyszała wszystkie rozmowy lekarzy z jej rodziną i między sobą. Przeniosła się do niefizycznej rzeczywistości, gdzie uwolniła się od cierpienia, poczuła spokój, miłość i harmonię. Spotkała zmarłego ojca i innych krewnych i znajomych. W wyniku rozmowy z ojcem i innymi bliskimi dokonała przeglądu życia i ustaliła, że rak miał źródło w traumatycznych doświadczeniach życiowych stojących w sprzeczności z programowaniem kulturowym za młodu. Dostrzegła jak do choroby przyczyniły się lęki i niepokoje wywołane przez odejście od wpojonych zasad. Zdecydowała że wróci do ciała z powodu mocno kochającego ją męża i tak zrobiła. Obudziła się, co zdumiało lekarzy. 2 tygodnie później w szpiku kostnym nie miała śladów raka. Lekarze byli w szoku. Mówili, że to niemożliwe i  że rak musi gdzieś być – nie mógł sobie tak po prostu zniknąć i trzeba go znaleźć. Szukali, szukali i niczego nie znaleźli. Anita cudownie wyzdrowiała.
Jeśli zaś chodzi o optymizm że ludzkość i Ziemia przetrwa to autor opiera to na geometrii fraktalnej, którą w skrócie przedstawia. Naturalna się na niej właśnie opiera (np. drzewa czy liście na nich). Jest to też bardzo ciekawe, ale na tym zakończę, bo i tak już jest to dużo dłuższe streszczenie niż w założeniu miało być. Książka porusza niesamowicie wiele ważnych spraw i stąd tak wyszło.

Reasumując jest to książka bardzo wartościowa. Porusza bardzo wiele spraw, obala wiele teorii i mitów, a najważniejsze przesłanie jakie z niej według mnie płynie brzmi tak: nie jesteś zakładnikiem swoich genów! To ty sam decydujesz o swoim życiu i je kształtujesz. Sprawy duchowe poruszone w rozdziale 4 (fizyka kwantowa) i epilogu (duchowość) są także bardzo ważne. Polecam tę książkę każdemu kto poszukuje prawdy i chce podwyższyć swą świadomość.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s