Strukturyzacja wody to fakt – wypowiedź specjalisty

Wypowiedź Aleksandra Woźnego, profesora z dziedziny fizyki jądrowej na temat strukturyzacji wody. Potwierdza on, że takie zjawisko istnieje i ma istotne znaczenie dla zdrowia człowieka. Picie wody o właściwej strukturze nawadnia nasze komórki. Woda o innej strukturze tak nie działa. Stwierdzono, że zdrowe narządy są otoczone wodą o naturalnej, heksagonalnej strukturze, a chore narządy są otoczone wodą o niewłaściwej strukturze.

Fizyk dementuje to, że zagotowanie wody i jej zamrożenie po ostudzeniu powoduje jej strukturyzację. Taka czynność oddziela zwykłą wodę (H2O) od ciężkiej wody (D2O). Dla wyjaśnienia: D – deuter- izotop wodoru mający w jądrze atomu oprócz protonu jeden neutron.

Prof. Woźniak potwierdza też to co mówi Jerzy Zięba o badaniach Masaru Emoto na temat wody. Mówienie pozytywne lub negatywne do wody wpływa na jej strukturę. Podaje tutaj przykład mnicha zamkniętego w więziennej celi, któremu dawano do picia brudną wodę licząc że szybko zachoruje i umrze. Mnich ten „modlił się” do wody bardzo pozytywnie co spowodowało oddzielenie wody strukturyzowanej od brudów. Mnich ten pił tę wodę strukturyzowaną. Nie tylko przeżył i nie zachorował, ale był całkowicie zdrowy.

Na końcu filmu dowiadujemy się, że naukowcy dogłębnie zajmujący się sprawami wody twierdzą, że:

  1. Bez względu na to jakiej techniki użyjemy do przygotowania wody, musimy być pewni, że woda jest pozbawiona jakichkolwiek patogenów, herbicydów, pestycydów, hormonów, bakterii itd.
  2. Za względu na skomplikowane zjawiska jakie zachodzą na poziomie atomowym jak i kwantowym, wody nie powinno się poddawać jakimkolwiek działaniom prądu elektrycznego.

Dr Jaśkowski o wibracjach i ich wpływie na zdrowie człowieka

Film jest nagraniem jednego z czwartkowych spotkań na platformie zoom, organizowanych przez Pełnię Zdrowia przy współpracy z Nanolaboratorami Nantes.
Doktor Jaśkowski w swych wypowiedziach o wibracjach dokonał swoistej zapowiedzi imprezy, która odbędzie się 5 listopada w Filharmonii Śląskiej: PEŁNIA ZDROWIA NA STARYCH WIBRACJACH.
Cały dzień wykładów, paneli dyskusyjnych, seansów muzycznych, warsztatów dla dzieci zwieńczy koncert muzyki filmowej, wykonany przez orkiestrę FŚ na starych wibracjach 432 Hz. Będzie to pierwsza taka okazja od wielu lat, by posłuchać państwowej orkiestry w tych częstotliwościach.

Na filmie jest mowa o różnego rodzaju drganiach mechanicznych.

Rene Quinton – człowiek który zastąpił przetaczanie krwi

Poniżej artykuł Pierra Lance’a z czasopisma „Naturalnie zdrowym być”.

Rene Quinton
René Quinton


Ten człowiek ocalił życie tysiącom ludzi, w tym małym dzieciom.
Jego odkrycia mogłyby ocalić w dzisiejszych czasach kolejne tysiące.
A jednak wszystko toczy się tak, jak gdyby ów człowiek nigdy nie istniał.
„Ośrodki leczenia wodą morską”, założone przez René Quintona przed I wojną światową, działały w Paryżu, a także w Lyonie, Elbeuf, Nancy, Dunkierce, Pont-à-Mousson, Brest, Reims, Creil, Commercy, St-Denis, Dugny… oraz w Brukseli, Bougie, Aleksandrii…

W 1905 roku, gdy szerzyła się epidemia cholery, a umieralność niemowląt była ogromnie wysoka, w Paryżu podawano zagrożonym niemowlętom rocznie 100 tysięcy zastrzyków z „osoczem Quintona” (fr. plasma de Quinton). W Lyonie ta ilość dochodziła do 150 tysięcy rocznie. Paul Macouin napisał, że w tamtym okresie Lekarzy, którzy przepisywali zastrzyki z wody morskiej, było z każdym dniem coraz więcej, a Quinton szybko stał się sławny. Trzeba przyznać, że rezultaty przekraczały wszelkie oczekiwania, gdyż niemowlęta chorujące na cholerę udawało się wyleczyć w niemal każdym przypadku (…) W ten sposób tysiące niemowląt, uznanych przez szpital za nieuleczalnie chore, wyrwano z objęć pewnej śmierci.

WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OD WĘŻA
René Quinton urodził się 15 grudnia 1866 roku w Chaumes-en-Brie (Seine-et-Marne, Francja) i umarł w Paryżu 9 lipca 1925 r. W jego pogrzebie wzięły udział wybitne osobowości z dziedziny literatury, nauki i polityki. Nie tylko dlatego, że dzięki swym odkryciom właściwości wody morskiej cieszył się międzynarodową sławą, ale również z powodu jego szczególnych zasług dla lotnictwa francuskiego. W roku 1927 marszałek Franchet d’Esperey zgłosił wniosek o wybudowanie pomnika na cześć Quintona w jego rodzinnej gminie. Pomnik stanął w roku 1931, a były premier Francji Paul Painlevé w swoim przemówieniu powiedział, że René Quinton pozostawił przyszłym pokoleniom swe dzieło, przykład i lekcję.
Spójrzmy, jak wyglądała wyjątkowa kariera tego niezwykłego człowieka.

Gdy Quinton miał 29 lat, pewnego pięknego jesiennego dnia miało miejsce zdarzenie, które ukierunkowało jego umysł w stronę burzliwych badań naukowych. Przebywał wówczas w należącym do rodziny domu w Burgundii, gdy do tegoż domu przyniesiono żmiję. Była odrętwiała z zimna i nie dawała żadnych oznak życia. Pod wpływem ciepła w pomieszczeniu zwierzę odzyskało jednak swój niebezpieczny wigor. To wydarzenie było w swej banalności i skutkach podobne do wody w wannie, której siłę wyporu odczuł Archimedes, lub do jabłka, które spadło z drzewa Newtonowi na głowę. Prawdą jest bowiem, że w umyśle karmionym nieustanną refleksją nad możliwymi przyczynami różnych zjawisk jedna zwykła obserwacja może nagle zrodzić pęk hipotez i stać się podstawą wielkiej teorii. Obserwacja tego węża, który dzięki zwykłej zmianie temperatur odzyskał żywotność, pogrążyła Quintona w morzu refleksji nad kwestią temperatury idealnej dla różnych organizmów żywych. Z tych refleksji powstało zupełnie nowe pojmowanie ewolucji gatunków.

OSOBLIWA DEDUKCJA
Rok później Quinton przedłożył w Instytucie zaklejoną kopertę, w której znajdowało się streszczenie jego teorii, opatrzone tytułem Les deux pôles foyers d’origine. Origine australe de l’homme (z fr. Dwa bieguny jako początek. Południowe korzenie człowieka). Była to osobliwa dedukcja zapoczątkowana wzrostem temperatury ciała żmii. Quinton wiedział, że na ziemi było niegdyś bardzo gorąco, że temperatura stopniowo obniżała się, zaczynając od biegunów. Wiedział też, że życie na ziemi pojawiło się dopiero wtedy, gdy temperatura spadła do około 44°C. Wywnioskował z tego, że życie narodziło się na biegunach ziemi i rozprzestrzeniało się stopniowo na pozostałe szerokości geograficzne planety, w miarę jak temperatura stawała się odpowiednia do potrzeb biologicznych organizmów. Temperatura obniżała się jednak nadal i bieguny pokryły się lodem. Gady i dinozaury, czyli pierwsze wielkie organizmy żyjące na Ziemi, migrowały w kierunku równika, szukając właściwego dla siebie środowiska termicznego. Te gady, które przeżyły na obszarach mniej gorących, zapadały w sen w porze zimnej i odzyskiwały żywotność tylko latem. Powstaje jednak nurtujące pytanie. Skoro organizmy żywe są tak bardzo zależne od temperatury otoczenia, jak wytłumaczyć fakt, że większość gatunków w znaczący sposób się zaadaptowała?
Odpowiedź Quintona była na tyle wyjątkowa, że zyskał miano „francuskiego Darwina”, gdyż jego teoria znakomicie uzupełnia teorię Lamarcka i Darwina.
Biograf Quintona, André Mahé, podsumował tę teorię następująco: …Niektóre gatunki, w obliczu stopniowego ochładzania się, utrzymały wysokie temperatury i prowadziły intensywne życie. Quinton wykazał, że to nie jest przypadek ani zjawisko naturalnej selekcji, ale że życie nie chce zaakceptować ochłodzenia wymuszanego przez środowisko.

Życie chce utrzymać swe komórki w takiej temperaturze, jaka pozwala im na maksymalną aktywność, czyli w tzw. temperaturze początkowej (z początków istnienia). Dlatego nabywa umiejętność wytwarzania ciepła, podwyższania i utrzymywania temperatury własnych tkanek wyższej niż temperatura otoczenia.

W tym celu ze starych organizmów tworzy nowe. Te stare, gasnące organizmy, o coraz słabszej aktywności komórkowej, porzucane są jak wrak wyrzucany na brzeg przez falę przyszłości, jako zaznaczenie etapów zmiany.

Musimy wybaczyć biografowi zdecydowanie zbyt antropomorficzne spojrzenie na „życie”. Życie, podobnie jak natura, nie jest „istotą” i niczego nie „chce”. Życie i natura to tylko wygodne określenia, których używamy do nazywania ogółu zjawisk biologicznych.
Powiedzenie, że „życie chce utrzymać komórki…”, nie ma sensu. To komórki, jako autonomiczne jednostki myślące, dobrowolnie łączą się ze sobą i tworzą złożone organizmy. To one chcą utrzymać środowisko wewnętrzne organizmów w stanie jak najbardziej sprzyjającym witalności. Co oznacza wspomniana hipoteza o ewidentnym buncie życia przed nieuchronnym końcem? Powtórzmy raz jeszcze, że „życie” nie może „chcieć”, życie nie jest istotą, ale przejawia się w istotach żywych. Jednak faktycznie istnieje bunt, każde żywe stworzenie instynktownie buntuje się przed śmiercią.

DOGMAT ZAKWESTIONOWANY
Teoria Quintona zachwiała obowiązującym wówczas naukowym credo. Przecież uważano wtedy za pewnik, że temperatura wszystkich ssaków wynosi między 37°C a 39°C, a temperatura ptaków między 41°C a 44°C. Używam słowa „credo” (z łac. wierzę), ponieważ nikt nie zadał sobie trudu, aby te temperatury sprawdzić.

Teoria Quintona zakładała, że dolna granica temperatury ciała ssaków wynosi 25°C, a ptaków 37°C. Ponieważ Quinton był prawdziwym naukowcem, więc postanowił to udowodnić. Na początku szukał poparcia wśród znanych uczonych, którzy, jak sądził, badali już ten temat. W pierwszej kolejności zwrócił się do Charlesa Richeta, słynnego fizjologa, autora książki La Chaleur animale z roku 1889. Historia ich spotkania jest warta uwagi. Uczony przyjął Quintona bardzo uprzejmie, uważnie go wysłuchał, a następnie wszystkie jego  twierdzenia zbił jednym ciosem, odpowiadając, że to zwykłe urojenia. Ponieważ Quinton upierał się przy swoim zdaniu, Charles Richet wstał, przybierając wyniosłą pozę nauczyciela, który stara się nieukowi wbić trochę wiedzy do głowy, wziął kawałek kredy i na tablicy w swoim laboratorium napisał: „Wszystkie ssaki mają temperaturę w granicach między 37° i 39°!”. To jeszcze nic – dodał „Proszę to przepisać sto razy”. Okrutne rozczarowanie!

Na szczęście René Quinton niedługo później dostał szansę swego życia. W tym samym okresie, gdy zderzył się z pogardą „hierarchów”, poznał wielkiego francuskiego lekarza i fizjologa, twórcę chronofotografii (z której później narodziło się kino).

Etienne-Jules Marey, gdyż o nim mowa, zajmował się badaniem zjawisk fizjologicznych. Wykładał historię naturalną w Collège de France, był członkiem Akademii Medycyny i Akademii Nauk. Był znanym i bardzo szanowanym uczonym. Miał 65 lat, gdy zjawił się u niego nieznajomy 30-latek, bez żadnych tytułów uniwersyteckich, który twierdził, iż odkrył mechanizm termiczny ewolucji gatunków uzupełniający teorię Darwina. Quinton wszedł na spotkanie do Mareya o 10.30, a wyszedł o 12.15.

Marey uległ. Wyznał mu z prostotą charakteryzującą ludzi wielkich: Od dwudziestu lat badam przemieszczanie się zwierząt i zastanawiam się, jak i dlaczego to osiągnęły. A Pan mi to właśnie wytłumaczył. Marey był zafascynowany teorią Quintona, jednak zdawał sobie sprawę, że trzeba jeszcze udowodnić jej prawdziwość. Powiedział więc młodemu badaczowi: Aby zbadać to, co jest opisane na tych trzech stronach, które mi Pan przedwczoraj przeczytał, jeden człowiek musiałby spędzić całe życie.

Wkładam termometr do zwierzęcych zadków, teraz mnie szanują!
Marey zrobił wszystko, aby pomóc Quintonowi w tej pracy. Wprowadził go w środowisko naukowe, tam, gdzie wszyscy chylili czoła przed tak szacownym człowiekiem jak Marey. Przedstawił Quintona panom Milne-Edwards i d’Arsonval, umożliwił mu kontakt z księciem Monako w sprawie badań bezkręgowców, udostępnił swoje laboratorium w Collège de France i umożliwił prowadzenie pomiarów kalorymetrycznych ssaków w Jardin des Plantes. Dzięki Mareyowi Quinton mógł nareszcie rozwijać swe badania w gigantycznym tempie.

Otrzymał stanowisko asystenta w Laboratorium fizjologii patologicznej na studiach w Collège de France. Podróżował do Anglii, Niemiec, Szwajcarii, Belgii i Egiptu, gdzie wyszukiwał takie gatunki zwierząt, które miały mu pomóc zweryfikować swoją teorię. Żartobliwie pisał do swego przyjaciela Guy de Passillé: Teraz moja sytuacja jest jasna. Wkładam termometr do zwierzęcych zadków i od razu mnie szanują!.

Quinton udowodnił, że temperatura ssaków nie mieści się wyłącznie w przedziale 37–39°C, jak utrzymywał Charles Richet, ale zaczyna już od 24°C. To temperatura graniczna, jaką stwierdził u dziobaków. Wśród ptaków również są gatunki, których temperatura ciała wynosi dużo mniej niż 41°C, mimo iż tak wówczas nauczano.

ZANURZONY W „ŚRODOWISKU WEWNĘTRZNYM”
Czy ten wspaniały sukces Quintona doprowadził do oficjalnego uznania jego teorii? Dobry żart…

To byłoby przyznaniem, że jakiś samouk miał rację, a cała utytułowana dyplomami kasta była w błędzie.
To byłoby również przyznaniem, że ci uczeni z dyplomami wypowiadali się na temat temperatury ciała zwierząt, chociaż nigdy tego nie zweryfikowali.
Bez szans!

To dlatego nigdzie na żadnym uniwersytecie we Francji nie znajdziesz takiej definicji prawa stałocieplności, jak ją sformułował René Quinton. Quinton definiował to prawo następująco: W obliczu globalnego ochłodzenia, życie, które jako komórka pojawiło się w określonej temperaturze, stara się utrzymać tę temperaturę początkową (w organizmach nieustannie w tym celu pobudzanych), aby utrzymać funkcjonowanie komórek na poziomie optymalnym. To prawo ma kapitalne znaczenie dla zachowania zdrowia ludzkiego, gdyż wyjaśnia lecznicze działanie gorączki.

Gorączka to nic innego jak manifestacja możliwości termicznych organizmu, który stara się podnieść swą temperaturę do poziomu jak najbardziej zbliżonego do słynnych 44°C (temperatura na początku biologicznego istnienia). Organizm robi tak po to, aby komórki mogły rozwinąć maksimum swych możliwości i zwalczyć infekcję.

Wzrost temperatury wewnątrz ciała to wspaniały mechanizm obronny organizmu, który jest w stanie wyleczyć niemal wszystko, pod warunkiem że nie przekroczy krytycznego punktu 44°C.

Quinton powołuje się na doświadczenie na króliku przeprowadzone przez Joyleta. Królik, który ma normalną temperaturę 39°C, po zakażeniu go wąglikiem szybko umierał. Jednak idealnie radził sobie z infekcją, gdy sztucznie podniesiono mu temperaturę ciała do poziomu 42–43°C (umieszczając go w wysokiej temperaturze otoczenia).

Był jeszcze lepszy przykład. Wiele lat później, podczas drugiej wojny światowej, pewien niemiecki naukowiec francuskiego pochodzenia, profesor Henri Lampert, sam u siebie wyleczył dur brzuszny za pomocą hipertermii. Następnie udało mu się zatrzymać epidemię tej choroby, która pojawiła się w niemieckich oddziałach na froncie wschodnim, gdyż nakazał żołnierzom długie kąpiele w temperaturze 43°. Później prowadził badania wraz z profesorem Goetze i razem udowodnili, że podwyższanie temperatury ciała jest skuteczne w walce z rakiem.

Swoje wyniki opisali następująco: Gdy temperaturę ciała podniesiemy sztucznie do poziomu 39°C, komórki złośliwe zaczynają słabnąć, a w temperaturze 42°C umierają. Za to komórki zdrowe z łatwością wytrzymują temperaturę ciała 43°C. Zagrożeniem dla zdrowych komórek jest dopiero temperatura około 45°C.

Gdy René Quinton gromadził dowody dotyczące temperatury początkowej (początków istnienia biologicznego), przyszła mu do głowy nowa hipoteza, iż środowisko wewnętrzne potrzebuje do życia również chemicznych warunków takich samych jak na początku istnienia.

NIEPODWAŻALNY DOWÓD
Skoro, jak rozważał Quinton, życie zaczęło się w morzu, to skład chemiczny wody morskiej powinien być idealny dla ludzkiego organizmu.

Przed Quintonem już Claude Bernard wykazał, jak niezmiernie ważne jest to środowisko płynne, gdyż pozwala utrzymać jednostce swą fizjologiczną autonomię. Claude Bernard pisał, że istnieje prawdziwe środowisko wewnętrzne, które pośredniczy między środowiskiem kosmicznym a materią ożywioną. Dotyczy to istot najwyżej rozwiniętych, ukształtowanych jako zbiór podstawowych organów. Stałość środowiska wewnętrznego jest warunkiem wolnego i niezależnego życia. Umożliwia to mechanizm, który w środowisku wewnętrznym zapewnia utrzymanie wszystkich warunków niezbędnych do życia poszczególnych elementów. To René Quintonowi przypadł zaszczyt uzupełnić tę tezę, precyzując, iż środowisko wewnętrzne (które nazywał „środowiskiem witalnym”) to po prostu woda morska.

Quinton twierdził, że woda morska jako jedyna łączy w sobie wszystkie fizyczne i chemiczne warunki pojawienia się życia i podtrzymania życia. Musiałby jeszcze udowodnić w sposób niepodważalny, że zwykła woda morska może bez negatywnych skutków zastąpić nasz podstawowy płyn wewnętrzny, czyli krew.

René Quinton stanął przed największym wyzwaniem w swoim życiu.
Musiał udowodnić, że zwykła woda morska może bezpiecznie zastąpić podstawowy płyn naszego ciała: krew…

PIES POZBAWIONY KRWI ODZYSKUJE SIŁY DZIĘKI WODZIE MORSKIEJ!
Quinton przeprowadził eksperyment na zwierzęciu.
Szczegółowo opisał to André Mahé:

Dzień pierwszy. Pies o masie 10 kg. Nie bacząc na aseptykę, z tętnicy udowej upuszczono mu krew w ilości 425 gramów, czyli jedną dwudziestą masy ciała. Trwa to 4 minuty. Odruch rogówkowy zanika. Gdy już nie da się wycisnąć więcej krwi, rozpoczyna się podawanie wody morskiej. Iniekcja trwa 11 minut, w ilości 532 cm3 wody morskiej w temperaturze 23°. Odruch rogówkowy powraca. Uwolnione zwierzę wykazuje znaczne osłabienie. Osuwa się na podłoże, udaje mu się co najwyżej podnieść. Skóra na karku po uciśnięciu nie wraca do normalnego kształtu. Zwierzę nie może chodzić, oddech jest dyszący i bardzo krótki. Zwierzę zostaje przykryte i leży bez ruchu.

Dzień drugi. Następnego dnia, 21 godzin od upuszczenia krwi, zwierzę chodzi. Czerwonych krwinek przed rozpoczęciem eksperymentu było 6 800 000, teraz spadły do 2 900 000. Hemoglobina spadła z 19 do 12. Te dane pokazują, że zwierzę straciło olbrzymią ilość krwi.

Dzień trzeci. Stan się zmienia, rana ropieje, pojawia się gorączka 40°. Ogromny smutek i ogromne osłabienie, stan wydaje się poważny. Znaczenie eksperymentu rośnie, gdyż problem jest następujący: czy osłabiony upuszczeniem krwi organizm, który otrzymał wodę morską, będzie w stanie w obliczu infekcji osiągnąć leukocytozę?

Dzień czwarty. Stan się przedłuża, jest tak samo poważny. Jednak analiza krwi pokazuje: czerwone krwinki 3 020 000, białe krwinki 24 000, hemoglobina 16. Czyli zaszła leukocytoza. Tego samego wieczora zwierzę zjada czterysta gramów mięsa. Później szybko wraca do zdrowia.(…)

A GDYBY WYKORZYSTAĆ KREW JASZCZURKI
Pięć lat później pies nadal żył. Niestety zmarł w wyniku wypadku, dlatego nie dowiedzieliśmy się, czy pełna transfuzja wody morskiej wpłynęłaby na wydłużenie życia. W każdym razie zwierzę po zakończeniu eksperymentu było bardzo ożywione. Podobny efekt uzyskiwano we wszystkich podobnych eksperymentach. Jak gdyby organizm znajdował w morskiej wodzie źródło większej witalności niż we własnej krwi.

„Osocze Quintona” (z fr. plasma de Quinton) to woda morska izotoniczna złożona z dwóch części wody morskiej pobranej z otwartego morza i pięciu części wody źródlanej filtrowanej.

Moi Czytelnicy już na pewno się domyślają, że „osocze Quintona” mogłoby zastąpić wiele transfuzji krwi, a tym samym zapobiec aferom z zanieczyszczoną krwią. Tymczasem w wiadomościach telewizyjnych wciąż słyszymy, że niedługo zabraknie nam krwi do transfuzji.

Quinton prowadził kolejne doświadczenia, w tym jedno absolutnie kluczowe. Tym razem wziął cały wachlarz próbek krwi pobranych od różnych zwierząt (żaby, jaszczurki, królika, psa, kury) oraz od człowieka. Chciał sprawdzić, czy białe krwinki są w stanie przeżyć we krwi rozcieńczonej wodą morską. To był pełny sukces! Dla Quintona było to kompletne potwierdzenie zakładanej hipotezy.

Badacz ogłosił prawo loi de constance marine, które w wolnym tłumaczeniu można określić jako prawo ciągłości morskiej. Jego wyjaśnienie jest następujące:

Życie zwierzęce w formie komórki rozpoczęło się w morzu, dlatego kolejno pojawiające się zwierzęta dążą do tego, aby budujące je komórki utrzymywać w ich pierwotnym środowisku morskim. Dzięki temu komórki mogą funkcjonować optymalnie.

PRAWDZIWY ODKRYWCA „MIKROELEMENTÓW”
Quinton kontynuował badania chemiczne wody morskiej na tyle, na ile pozwalały na to techniczne warunki ówczesnej epoki. To właśnie jego zasługą było wyodrębnienie siedemnastu rzadkich pierwiastków, których nie spodziewano się tam znaleźć. Quinton także jako pierwszy zwrócił uwagę na to, jak ważne są te rzadkie elementy. Dlatego to on był rzeczywistym odkrywcą „mikroelementów”, pojęcia obecnie uważanego za oczywiste.

Opisał to następująco: Większość tych pierwiastków ma niewielką masę, ale z interesującego nas punktu widzenia to zupełnie nieistotne. Nie mamy żadnych podstaw, aby stwierdzić, że którykolwiek element roztworu odgrywa w nim rolę drugorzędną. Niezależnie od tego, jak niewiele go znajduje się w roztworze. Zapis jako zero i ileś miejsc po przecinku w żadnej mierze nie świadczy o tym, które elementy są mniej ważne pod względem fizjologicznym. Jako absolutny dowód, że może być odwrotnie, należy uznać sole cezu. Znajdują się zarówno w wodzie morskiej, jak w organizmie, dostrzegalne wyłącznie w analizie spektralnej. Biologiczne znaczenie soli cezu jest równe znaczeniu chloru i sodu, które wchodzą w skład 84 – 90 procent soli w roztworze.

Nie ma żadnych dowodów na to, że cez lub inna nieskończenie mała sól nie pełni w wodzie morskiej lub w organizmie jakiejś roli niezbędnej do życia. Istnieje cała mikrochemia fizjologiczna, którą dopiero zaczynamy poznawać, a która niewątpliwie pokazuje, że niektóre elementy występujące w niezwykle małych ilościach są niezbędne do życia, wyłącznie w takich małych ilościach.

KSIĄŻKA, ŚMIERĆ I ODEJŚCIE W NIEPAMIĘĆ
To była wspaniała wizja człowieka, który wyprzedzał swoje czasy. Późniejsze badania wykazały, że jego myślenie było słuszne. Żyjący współcześnie biologowie są nim oczarowani, nawet ci, którzy nigdy o Quintonie nie słyszeli, lub ci, którzy drwili z właściwości „osocza Quintona”. To co w podejściu Quintona wybija się moim zdaniem na pierwszy plan, z filozoficznego punktu widzenia, to doskonałe rozumienie czegoś, co nazywam „genialnością komórki”.

Quinton lepiej niż ktokolwiek inny zrozumiał, że maleńka żywa komórka jest prawdziwym twórcą niezliczonej ilości form życia zasiedlającego powierzchnię Ziemi. Z tego punktu widzenia Quinton idealnie uzupełniał Lamarcka i Darwina, gdyż rozpoznał, co jest prawdziwym spiritus movens ewolucji.
Lamarck naświetlił kluczową rolę indywidualnej woli w gigantycznym ruchu biologicznego rozwoju.
Darwin tę rolę zminimalizował, a za kluczowy uznał dobór naturalny.
A Quinton wykazał, że to autonomiczna wola komórki organizuje cały świat ożywiony.

W marcu 1904 roku podstawowe dzieło Quintona (L’Eau de mer, milieu organique) zaprezentowano na posiedzeniu Akademii Nauk. Autor z uzasadnionych powodów dedykował książkę osobie, która mu bardzo pomogła. Etienne-Jules Marey, gdyż o nim mowa, zmarł w wieku 74 lat, na kilka tygodni przed ukazaniem się książki. Przyjemność zaprezentowania członkom Akademii Nauk dzieła napisanego przez genialnego samouka przypadła Edmondowi Perrier. Spotkało się z tak ogromnym światowym uznaniem, że wydaje się dziś zupełnie niezrozumiałe, dlaczego Quinton został zapomniany.

André Mahé tak opisuje medialny sukces: W dziennikach, tygodnikach, miesięcznikach i czasopismach naukowych ukazało się mnóstwo artykułów na temat prac Quintona. Przewertowanie ich (nie było mowy, aby je wszystkie dokładnie przeczytać) zajęło mi ponad tydzień. Od roku 1904 na całym świecie niemal bez przerwy ukazywały się ważne i obszerne teksty ogłaszające odkrycie „francuskiego Darwina”.

Na przykład w Stanach Zjednoczonych znalazłem dwadzieścia dwie pięknie wydane publikacje (wątpię, aby Quinton wiedział o wszystkim, co na jego temat opublikowano), w prasie w Nowym Jorku, Chicago, Los Angeles, Bostonie, San Francisco, Pittsburghu i innych.

Od Stanów Zjednoczonych, przez Paragwaj, Syjam i Islandię – nie było chyba kraju (albo były nieliczne), w którym nie wydano tej światowej antologii.

W październiku 1906 roku miało miejsce „wyświęcenie” przez środowisko naukowe. Streszczenie teorii Quintona zostało zaprezentowane w Institut de France, w trakcie uroczystego posiedzenia, w którym udział brało pięć akademii. Osobą prowadzącą był Albert Dastre, sekretarz Akademii Nauk i jeden z ulubionych uczniów Claude’a Bernarda.

Dastre’owi udało się ująć w jednym trafnym zdaniu to, co łączy i zarazem odróżnia Darwina i Quintona:
Darwin uczy nas, że formy zwierzęce podporządkowują się prawu adaptacji.
Quinton uczy nas, że życiem zwierząt kieruje opieranie się adaptacji.

PRZECIWKO ARMII SPRZEDAWCZYKÓW
Sława Quintona załamała się po pierwszej wojnie światowej. Powodów było kilka, jednak po przeczytaniu fragmentu książki André Mahé domyślam się, jaka była główna przyczyna.

André Mahé, biograf Quintona, napisał: Woda morska wprowadzona do organizmu musiała więc być potrzebna w tych wszystkich przypadkach, w których środowisko wewnętrzne było z jakiejś przyczyny wadliwe, np. z powodu zatrucia chemicznego, infekcji bakteryjnej, niewydolności któregoś narządu lub niedoborów żywieniowych.

W każdym razie tutaj Quinton stoi w zupełniej opozycji do Pasteura. Twórca mikrobiologii całe życie poświęcił badaniom nad mikrobami jako czynnikami patogennymi. Quinton bazował na ogólnej koncepcji fizjologicznej, wedle której organizm jest zdrowy, jeśli nie ma w nim żadnych zakłóceń.

Terapia proponowana przez Quintona miała skłaniać organizm do obrony przed chorobotwórczymi zarazkami.

Dzięki Pasteurowi medycyna miała surowice do bezpośredniej walki z tymi namnażającymi się w organizmie zarazkami.

Dzięki metodzie Quintona medycyna będzie miała sposoby, które pozwolą organizmom przeciwstawić się tym naruszającym równowagę czynnikom. Te sposoby dadzą organizmom żywym siłę, aby je zwalczyć.

ALE Z NIEGO „CHOJRAK”
Jestem pewien, że nasi Czytelnicy już wiedzą, o co chodzi. Główną różnicą między tymi dwiema metodami nie jest sposób prowadzenia terapii. Gdyby tak było, mogłyby się wzajemnie uzupełniać. Główna różnica jest natury ekonomicznej.

Dlatego zwycięstwo pierwszej metody było tak oczywiste, jak oczywista była skuteczność drugiej metody.

Dzięki surowicom Pasteura mógł powstać potężny przemysł zatrudniający armię sprzedajnych i posłusznych naukowców, zapewniający miliardowe zyski i radosne wejście na giełdę.

Osocze Quintona zapewniało prawdziwe zdrowie, ale nikt się na tym nie mógł wzbogacić. Dlatego było skazane na zapomnienie. Jednak dopóki Quinton żył, nie było łatwo go uciszyć. Ten „chojrak” miał równie dużo zapału, co inteligencji, a jego jedynym celem było ratowanie ludzi. Od chwili gdy zrozumiał, co wspaniałego z jego odkrycia może zyskać medycyna, sam postanowił zmierzyć się z chorobami.

Podawał wodę morską wielu umierającym pacjentom. Dla nich to była ostatnia szansa. Izotoniczna woda morska wyrywała ich ze szponów śmierci! Quinton znajdując się na chwilę w paryskim szpitalu, dowiedział się, że jest tam pacjent chorujący na dur brzuszny, w terminalnej śpiączce i prawdopodobnie w ciągu dnia umrze. Szpital chętnie przekazał Quintonowi pacjenta, gdyż nie dało się go już uratować. O godzinie 11 przed południem Quinton podał mu dożylnie 700 cm2 wody morskiej izotonicznej. Uprzedził pielęgniarki, że chory odzyska świadomość i będzie chciał pić, a może nawet jeść. Następnie wyszedł, zapowiadając, iż wróci około szóstej wieczorem.
Wszyscy patrzyli na niego jak na nawiedzonego.
Gdy przyszedł wieczorem, pacjent siedział na łóżku i zagadywał pielęgniarkę.
Jeszcze rano był umierający, a wieczorem żył i miał się dobrze!
To tylko jeden z wielu przykładów.

Spektakularne sukcesy były dla Quintona zachętą, aby zrealizować plan, o którym myślał już od dawna:
Ośrodki Leczenia Wodą Morską.

Sukcesów było coraz więcej. W lipcu 1906 roku wśród dzieci wybuchła epidemia cholery. W Rueil w żłobku przebywało wówczas 18 dzieci, czworo z nich umarło w ciągu kilku godzin. Na cholerę zapadło jedenaścioro dzieci, w jedną noc straciły ponad 2 kilogramy masy ciała, a nawet więcej.
Dyrektor szybko pojechał do Quintona i przywiózł osocze.

Obecny tam lekarz zlecił wykonanie iniekcji z wodą morską u ośmiu dzieci, uznając, że dla pozostałej trójki jest już zbyt późno, ich twarze już poczerniały.

Pielęgniarka jednak uznała, że niczym nie ryzykuje i podała zastrzyki również trójce umierających dzieci.
I miała rację.
Te dzieci również przeżyły!

Spektakularne sukcesy były dla Quintona zachętą, aby zrealizować plan, o którym myślał już od dawna.
Chciał stworzyć ośrodki leczenia wodą morską, w których można by wielu pacjentom podawać izotoniczną wodę morską. Pierwszy taki ośrodek powstał w Paryżu 26 marca 1907 roku, przy rue de l’Arrivée, niedaleko dworca Gare Montparnasse.
Później powstały kolejne. W tym samym roku dr Robert Simon napisał w swym ważnym dziele pt. Applications thérapeutiques de l’eau de mer (z fr. Lecznicze zastosowanie wody morskiej): Po zaledwie trzech latach doświadczeń nikt nie jest w stanie przewidzieć, gdzie w przyszłości ukażą się granice tej metody. Ostatnie testy (dotyczyły podagry, reumatyzmu, rwy kulszowej i kokluszu) dają nam prawo sądzić, że zakres jej zastosowania będzie się rozszerzał, a jej wszechstronne działanie zapewni jej miejsce bardzo ważne, być może wiodące wśród metod terapii, jakimi dysponuje medycyna.

Jednak pewne dwa niezwykle istotne wydarzenia zatrzymały René Quintona.

FASCYNACJA SAMOLOTAMI!
W roku 1908 Santos-Dumont i bracia Wright powtórzyli doświadczenie Clémenta Adera i pierwsze samoloty wzbiły się w powietrze. Byłoby przesadą powiedzieć, że leciały, to były co najwyżej pierwsze podrygi. Jednak Quinton to wizjoner, oczami wyobraźni szybko ujrzał rozkwit lotnictwa i uległ fascynacji tą dziedziną, w innych wywołującą wyłącznie niedowierzanie. Rzeczywiście dobrze przewidywał.

Do swego przyjaciela Corpechota napisał: Będziemy świadkami cudownych rzeczy. Człowiek nie tylko będzie umiał latać po niebie w maszynach cięższych niż powietrze, ale uda mu się utrzymać w powietrzu bez silnika, na zwykłym skrzydle. Z zapałem rzucił się w wir lotnictwa. Wszyscy wiedzieli, że Francja znalazła się w pierwszym rzędzie krajów, które przyczyniły się do rozwoju aeronautyki, zresztą nadal utrzymuje to zaszczytne miejsce.

Ale czy ktoś pamięta, jakie zasługi dla aeronautyki miał René Quinton?
Oto co napisał o nim słynny pułkownik Renard: W mojej pamięci na zawsze pozostanie wzruszające wspomnienie tych heroicznych czasów lotnictwa. Jeśli ktoś w tym nie uczestniczył, bardzo trudno mu uświadomić sobie, jak ogromną rolę pełnił René Quinton. Nic nie było w stanie go powstrzymać. Był w stanie pójść wszędzie, do urzędów państwowych, do rządu, do sponsorów. Przekonywał ich i uzyskiwał to, o co zabiegał.

Czy grzechem Quintona był nadmierny woluntaryzm i rozproszenie entuzjazmu? Być może byłby w stanie jednocześnie kontynuować obie drogi, gdyby nie wydarzenie ogromnej wagi o światowym zasięgu.

W roku 1914 wybuchła pierwsza wojna światowa. Mimo iż nie musiał, nie był w wieku poborowym, Quinton stanął do walki.

Niewątpliwie z powodu wysoce patriotycznej i walecznej kultury ówczesnej epoki, Quinton zapomniał, iż służyłby sto razy lepiej swemu krajowi, gdyby kontynuował prace naukowe.

Na wojnie był kilkukrotnie ranny. Po powrocie w roku 1918 zaangażował się w promowanie lotów szybowcami. Widział w tym prawdziwe laboratorium aerodynamiki, przyszłość samolotów przyszłości. Nadmiar zajęć i skutki wojennych ran spowodowały, że organizm Quintona wyczerpał się przedwcześnie. René Quinton zmarł na atak dusznicy bolesnej w dniu 9 lipca 1925 roku, miał 59 lat.

Kilku jego uczniów, w tym Jean Jarricot, starało się utrwalić jego dzieło. Jednak terapia wodą morską coraz bardziej odchodziła w niepamięć, a na pierwszy plan wyszły ślepo uwielbiane leki chemiczne. Moda na leki wyparła falę morską…

Czy Quinton na zawsze odszedł w zapomnienie?

Nie sądzę. Jesteśmy obecnie świadkami rewolucji o szerokim zasięgu. Ludzie są coraz bardziej zaniepokojeni, widzą afery medyczne i żywnościowe, wynikające z lekkomyślności i próżności „fanatyków” chemii.

Powrót do natury będzie się w XXI wieku rozszerzał i nic nie jest w stanie tego powstrzymać. Wierzę w to, że ludzie ponownie odkryją geniusz René Quintona oraz zbawienne właściwości wody morskiej, potężniejsze niż wszystkie sztuczki sprzedawców leków.

Morze i człowiek nie zmienili się od czasów Quintona ani od czasów Platona, który twierdził, że woda morska leczy wszystkie choroby.
Pierre Lance.

Źródło: https://www.hipokratesa.pl/krew-nie-woda-transfuzja-wody-morskiej.html

Jod ma słaby efekt neutralizujący radioaktywne promieniowanie. Są jednak dużo lepsze środki!

Aleksandr Haretski mówi o jodzie i że jego efekt neutralizujący promieniowanie jest słaby. Mówi że branie dużych ilości jodu jest złe dla zdrowia i może rozregulować albo zniszczyć tarczycę. Zgoda, ale nie mówi co to znaczy dużo. W jednym z poprzednich wpisów poruszałem temat jodu polemizując z Bartkiem Kulczyńskim. Tam przedstawiłem dane naukowe z lat 1840-1940 gdzie stosowano dawki jodu 12,5 – 37,5 mg. I tak leczono wiele chorób tarczycy. Co ma na myśli pan Haretski mówiąc o dużych ilościach jodu który może zniszczyć zdrowie? Ilości miligramowe, gramowe czy jakie?
Dr Mark Sircus podaje, że sama tarczyca potrzebuje 6 mg jodu dziennie, do tego inne organy również jak np. piersi.

Na pewno nie należy brać tabletek z jodkiem potasu jakie kupił rząd. Nie wiadomo co w nich jest oprócz jodku potasu. W badaniach tych tabletek jakie niedawno zrobiono okazało się, że jest tam rtęć i ołów, a także dość duża ilość (około 10% ilości jodku potasu) molibdenianu amonu NH4MoO4. Forma rtęci i ołowiu – nie wiadomo na razie czy organiczna czy nie. Wyniki te nie są na razie pewne, ale pewne jest to, że myślący człowiek wie, że nie należy brać czegoś czego składu się nie zna.
Pod poniższym linkiem można przeczytać na temat kolejnej po plandemii COVID operacji psychozy strachu mającej skłonić nas do przyjęcia kolejnej trucizny tym razem pod postacią tabletek z jodkiem potasu. Ma to być środek zaradczy na radioaktywne promieniowanie wywołane przez eksplozję jakiegoś reaktora atomowego w jednej z elektrowni atomowych na Ukrainie. Z tą eksplozją może to być takie same kłamstwo jak ze strasznym wirusem wywołującym COVIDa. Wystarczy, że odpowiednie agencje ogłoszą że zarejestrowano wysoki poziom promieniowania radioaktywnego i media to rozgłoszą. Tzw. autorytety dla ogromnej rzeszy „człowieków” będą wystarczająco wiarygodne, żeby przyjąć kolejną po „szczepionce” trutkę. Oczywiście nie można wykluczyć, że taki wybuch faktycznie będzie miał miejsce. Lepiej mieć więc w takim wypadku swój licznik Geigera żeby sprawdzić jak jest naprawdę z tym promieniowaniem. https://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2022/10/atak-terorystyczny-jako-pretekst-do-wcisniecia-trucizny-nie-daj-sie-zabic/

Zamiast jodu Haretski podaje inne dobre metody zabezpieczenia się przed promieniowaniem jak kapusta morska. Mieszkał w mieście oddalonym o kilkadziesiąt km od Czarnobyla i je stosował.

https://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2022/10/jod-slabo-zabezpiecza-od-promieniowania-ale-sa-mocniejsze-srodki-na-youtube-i-zoom-aleksander-haretski-%ef%bf%bc/

Żegnaj babciu, czyli jak covidowe „szczepionki” wykańczają ludzi

Dzisiaj w nocy zmarła w szpitalu moja babcia. Była już wiekowa, bo miała prawie 92 lata (skończyłaby je za 2 miesiące.) Stara była to umarła. Tak zapewne większość ludzi pomyśli. Każdy kiedyś umiera. Jednak według mnie „pomogły” jej w szybszym odejściu z tego świata 3 dawki kowidowej szprycy, które wzięła. Uwierzyła swojej synowej, lekarce anestezjolog, że trzeba się szczepić i nic nie można było zrobić. Dla babci synowa (moja ciotka) była autorytetem medycznym.

W maju byłem jeszcze z babcią na grobie dziadka (zmarł 18 lat temu). Babcia miała już od dawna kłopoty z krążeniem (ok. 25 lat temu miała zawał i wstawili jej stenty), ale chodziła jeszcze po domu i nawet jeszcze po średniej wielkości sklepie rok temu chodziła i sama robiła zakupy, choć trochę to trwało, bo robiła to powoli. W maju na cmentarz zaszła sama z laską i potem od grobu dziadka do samochodu też powoli zaszła sama. W czerwcu nagle jej się znacznie pogorszyło. Nogi jej spuchły i zaczęły w krótkim czasie boleć. Zrobiła się babci zakrzepica w nogach. Pod koniec czerwca skóra zaczęła babci pękać na łydkach i pojawiły się rany. Na początku lipca jeden z palców u lewej nogi zrobił jej się czarny. Trafiła do szpitala gdzie jej go amputowali. Rany mimo dezynfekcji i smarowania różnymi maściami pogarszały się, robiły się coraz głębsze i większe. Babcia przestała wychodzić z domu, a po domu z trudem poruszała się z chodzikiem. I tak przez kolejne prawie 3 miesiące było stopniowo coraz gorzej. Przedwczoraj jak u babci byłem pomóc przy zmianie opatrunku i zobaczyłem babci rany to byłem zszokowany. Na lewej nodze na łydce miała głęboką ranę o powierzchni chyba z 10 cm kw. Widoczne były ścięgna. Na drugiej nodze była też na łydce mniejsza, okrągła rana (o średnicy ok. 3 cm) ale też bardzo głęboka (ok. 1 cm) i widać było coś jasnożółtego, chyba też ścięgna. Straszny to był widok i ból musiał być też straszny.

Wczoraj ok. 12-ej babcia nagle zaczęła mieć problemy z oddychaniem i pogotowie zabrało ją do szpitala. Tam położyli ją na sali ogólnej z maską tlenową. Dzisiaj w nocy zmarła. Przynajmniej już nie cierpi.

Dzisiaj dowiedziałem się też, że moja jedna ciotka (75 lat) niedawno robiła badania krwi i ma wysoki poziom płytek krwi (trombocytów). Lekarz kazał jej badanie powtórzyć, więc zrobiła badanie ponownie i w tym tygodniu dostała wynik i było jeszcze gorzej (650 przy normie 400). Lekarz powiedział jej, że to bardzo źle, bo to oznacza, że krew jej krzepnie i grozi jej zrobienie się zakrzepu, który może trafić do tętnicy płucnej, szyjnej lub sercowej i wtedy dostanie zawału lub udaru. Ma brać Acard na rozrzedzenie krwi. Nigdy wcześniej ciotka nie miała problemów z krążeniem, a wyniki badań poziomu płytek krwi miała dobre. Też zaszprycowała się 3 razy, bo nie wierzyła w „teorie spiskowe”, że te kowidowe „szczepionki” to zabójcze eliksiry.

Mojej babci syn (a mój wujek) wraz ze swoją żoną („autorytetem medycznym” według babci) jak się okazuje także biorą Acard, bo też mieli złe wyniki badania krzepliwości krwi, a wcześniej nigdy takich problemów nie mieli. I też się zaszprycowali 3 razy.

W czerwcu jak babci spuchły nogi kupowałem jej duże kapcie na targu. Sprzedawca powiedział wtedy, że jego żonie (72 lata) zrobiły się takie same rany na nogach jak mojej babci. Nogi jej najpierw spuchły, potem zrobiły się rany i zaczęły ją strasznie boleć nogi i przestała chodzić. Byli u kilku lekarzy, ale wszyscy bezradnie rozkładali ręce. Wtedy poszli prywatnie na wizytę do profesora medycyny, wydali 300 zł i usłyszeli, że jedyne co można zrobić to amputować nogi, bo to jest zakrzepica. Żona tego sprzedawcy też się 3 razy szprycowała „szczepionką” na Covid. Przed tym zanim nogi jej spuchły też nigdy nie miała kłopotów z krążeniem i krzepliwością krwi. Czy jeszcze żyje nie wiem.

Miesiąc temu (30.08) też nagle zmarł mój sąsiad. Miał 59 lat. Nie znałem go zbyt dobrze, ale z tego co wiem nie miał kłopotów z krążeniem i też się „szczepił”. Na co umarł nie wiem, ale byłem tym bardzo zaskoczony, bo był w dobrej kondycji zdrowotnej. Tak przynajmniej się wydawało.

Takie są niestety smutne i bulwersujące fakty. Ludobójstwo trwa, a „szczęśliwie zaszczepieni” nie są tego świadomi. O to właśnie chodziło tym Killom Billom Gatesom i innej chazarskiej swołoczy, która zaplanowała depopulację. Dobrze, że przynajmniej moja mama nie dała się ogłupić i nie przyjęła żadnej dawki tej covidowej trutki. Ojciec zmarł 5 lat temu, więc zanim zaczęła się plandemia. Miał 64 lata. Chorował długo na nerki, ale na tamten świat pomogła mu się przenieść nasza „służba zdrowia”, podobnie zresztą jak jego bratu (zmarł rok wcześniej mając 60 lat). To już jednak zupełnie inne historie.

Na zakończenie apel do każdego kto to przeczyta – jeśli się „szczepiłaś(eś)” na covida to zbadaj sobie poziom d-dimerów lub poziom trombocytów (albo jedno i drugie). Jeśli wynik wyjdzie zły to musisz brać leki rozrzedzające krew. W przeciwnym razie możesz nagle dostać zawału, udaru lub zakrzepicy takiej jak moja babcia czy wspomniana żona sprzedawcy zupełnie się tego nie spodziewając.
Jeśli się nie „szczepiłaś(eś)” na covida to powiedz swoim bliskim i znajomym, którzy się „szczepili”, aby zrobili ww. badania. Jeśli chcą dłużej pożyć to muszą brać leki przeciwzakrzepowe, chyba że mieli szczęście i trafili 2 czy 3 razy na placebo, co jest mało prawdopodobne.

Bartek Kulczyński powiela brednie Big Pharmy na temat jodu

Niedawno trafiłem na film dietetyka dra Bartosza Kulczyńskiego na temat jodu i płynu Lugola. Pan Bartek mówi wiele sensownych rzeczy o zdrowiu i diecie w swoich filmach i chętnie go słucham. Niestety ten film ma niewiele wspólnego z prawdą. Wygląda na to, że Pan Bartek albo wierzy w pseudonaukowe brednie Big Pharmy albo działa na ich zlecenie dyskredytując jod jako naturalny suplement i środek leczniczy.

Pierwsza sprawa – tzw. efekt Wolffa-Chaikoffa. Pan Bartek twierdzi, że ten efekt istnieje i że nikt go nigdy nie obalił, a podważają go jedynie ci którzy produkują Jodoral – tabletki będące płynem Lugola w formie stałej.
Jest to nieprawda. Udowodnił to szczegółowo Jerzy Zięba w swojej książce „Ukryte terapie cz. 1”. Przede wszystkim Pan Bartosz miesza ludziom w głowach co do sposobu działania samej nauki. Coś wiem na ten temat, bo sam zrobiłem doktorat tyle że w dziedzinie nauk technicznych (oczyszczanie ścieków). To, że ktoś coś stwierdzi w swoich badaniach nie oznacza automatycznie, że to jest faktem naukowym. Jego badania według tej samej metodologii musi powtórzyć przynajmniej jeden zespół badawczy i musi on uzyskać identyczny wynik. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. Niejeden zespół badaczy próbował powtórzyć doświadczenie Wolffa i Chaikoffa i nie uzyskał takiego samego wyniku jak oni. Już samo to wystarczy, aby stwierdzić, że efekt Wolffa-Chaikoffa nie istnieje jako naukowy fakt.

O co w ogóle chodzi z tym „efektem Wolffa-Chaikoffa”? Chodzi o publikację Wolff J. and Chaikoff IL. „Plasma inorganic iodide as a homeostatic regulator of thyroid function.” J. Biol. Chem. 1948, 174:555-564.
Należy najpierw wspomnieć, że kiedy tarczyca jest wysycona jodem wtedy nie jest już w stanie przyjąć więcej jodu. Zjawisko to wykorzystano po katastrofie jądrowej w Czarnobylu. Podawano w dużej ilości płyn Lugola. Nikt od tego nie umarł ani ciężko nie zachorował. Przynajmniej ani ja ani pan Zięba nic na ten temat nie wiemy. Jod zawarty w tak dużej ilości płynu wysycał tarczycę i radioaktywny jod z powietrza nie był pobierany już przez tarczycę. W przeciwnym razie tarczyca wchłonęłaby radioaktywny jod co mogłoby doprowadzić do jej nowotworu.

Wolff i Chaikoff w ww. publikacji opisali swoje spostrzeżenia po dootrzewnowym wstrzyknięciu szczurom jodku w zwiększających się ilościach. Zauważyli oni, że wychwycenie podawanego jodu radioaktywnego było prawie zerowe. Powodem tego jak już wiemy jest to, że tarczyca szczurów została wcześniej wysycona jodem nieradioaktywnym. Obaj panowie jednak stwierdzili, że „taki wysoki poziom jodu nieorganicznego blokuje wytwarzanie hormonów tarczycy, co prowadzi do niedoczynności i powstania wola„. I wtedy zanim ktokolwiek zdążył powtórzyć te badania, aby potwierdzić ten efekt rozpętano nagonkę na nieorganiczny jod jako na truciznę. I zaprzestano leczenia tarczycy nieorganicznym jodem.

Co to znaczy „taki wysoki”? Badania in vitro wykazały, że stężenie jodku potrzebne do wywołania efektu jaki opisywali Wolff i Chaikoff było o 4 rzędy wielkości (10000 razy!) większe niż oni to zastosowali. To ogromna różnica jak między 1 g a 10 kg. Poniżej publikacja w której opisano te badania:
Pitsiavas V., Smerdely P. and Boyages SC. „Amiodarone compared with iodine exhibits a potent and persistent inhibitory effect on TSH-stimulated cAMP production in vitro: a possible mechanism to explain amiodarone-induced hypothyroidism”. European J. Endocr. 1999, 140:241-249.
„Taki wysoki” oznacza, że żeby wywołać efekt Wolffa-Chiakoffa u człowieka, a nie u szczura (jak to było w badaniach tych panów) należałoby człowiekowi podawać codziennie 50 gramów jodku potasu! Oficjalnie zalecana dawka to zaś 150 mikrogramów, czyli ok. 333333 razy mniej!!
Guy E. Abraham, MD, „The History of Iodine in Medicine Part III: Thyroid Fixation and Medical Iodophobia”.
Ten „drobny szczegół” umknął Panu Bartkowi i innym krytykom wysokich dawek jodu.

Żeby już totalnie „dobić” Wolffa i Chaikoffa – okazało się, że ci pseudonaukowcy nawet nie zbadali poziomu hormonów u szczurów. Okazało się, że szczury te nie miał ani wola ani niedoczynności tarczycy. Było to więc nic innego jak oszustwo.

Nieprawdą jest także, jak twierdzi pan Bartek, że nie obalono efektu Wolffa-Chaikoffa. W 1970 roku dokonano ponownej oceny działania płynu Lugola, podając go ludziom, a nie szczurom. Robiono to w ilości 30 mg (5 kropli 5% płynu Lugola) 3 razy dziennie. Badania te, właściwie zaprojektowane i przeprowadzone zupełnie obaliły „efekt Wolffa-Chiakoffa”. Ich konkluzja była następująca:
W nadczynności jod/jodek potasu zawarty w płynie Lugola, podawany w ilości 90 mg dziennie wywołuje fizjologiczną tendencję w kierunku normalizacji funkcjonowania tarczycy, co jest efektem korzystnym„.

Wartofsky L., Ransil BJ. and Ingbar SH. „Inhibition by iodine of the release of thyroxine from the thyroid glands of patients with thyrotoxicosis”. J. Clin. Invest., 1970, 49:78-86.

Pan Bartek mówi o Amiodaronie jako toksycznym leku zawierającym jod. Mówi też o negatywnym efekcie wywoływanym u wielu pacjentów, którym podczas badania tomografii komputerowej podawano kontrast z jodem. Nie mówi jednak w jakiej formie ten jod tam występuje. W obu tych przypadkach jod występuje w formie organicznej. I dlatego jest toksyczny. Stwierdzono, że toksyczność wywołuje cała cząsteczka związku organicznego, a nie tylko jod w niej zawarty. Jod nieorganiczny nie jest toksyczny (o ile nie będziemy go brać w ogromnych ilościach, bo jak stwierdził Paracelsus „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni truciznę”). Dzienna dawka 12,5 mg do 37,5 mg nieorganicznego i nieradioaktywnego jodu z płynu Lugola jest bezpieczna o jak wynika z wieloletniej praktyki lekarskiej, o czym za chwilę.

Pan Bartek twierdzi, że nie ma badań potwierdzających skuteczność leczniczą dużych dawek jodu. Jest to kolejna nieprawda. Praktyka lekarska z lat 1840-1940 wskazuje jasno, że duże dawki jodu działają i wyleczono dzięki temu wielu pacjentów z różnych chorób tarczycy, które dziś są uważane za nieuleczalne. Na stronach 260-265 części 1 „Ukrytych terapii” Jerzy Zięba podaje 18 publikacji z tego okresu. Kto ciekaw jakich odsyłam do książki. Tutaj aby, nie było to zbyt długie podam tylko 3 z nich, dotyczące choroby Gravesa Basedowa.

Reditsch W and Perloff WH „The medical treatment of hyperthyroidism”. Endocrynology, 1940, 26:221-228

Thompson WO, Thompson PK, Brailey AG et al. „Prolonged treatment of exophtalmic goiter by iodine alone”. Arch. Int. Med., 1930, 45:481-502.

Starr P., Walcott HP., Segall HN et al. „The effect of iodine in exophtalmic goiter”. Alt. Med. J. 1924, 34:335-364.

Używając tylko jodu u pacjentów z nadczynnością tarczycy (a przecież dzisiaj broń Boże nie wolno podawać jodu w nadczynności!) wyleczenie nastąpiło w 88% przypadków, a inni lekarze opisywali, że przez podanie zwykłego płynu Lugola osiągnęli wyleczenie w 92% przypadków. Stosowali dawkę 6-90 mg. Skutków ubocznych leczenia nie było.

Ilość jodu jaką w tym czasie (1840-1940) stosowano do leczenia różnych chorób tarczycy wynosiła najczęściej 0,1-0,3 ml płynu Lugola, co odpowiada 12,5-37,5 mg jodu. Taką ilość ustalono na podstawie stuletniej praktyki lekarskiej.

I jeszcze artykuł przeglądowy na temat stosowania jodu w medycynie i farmacji:
Kelly FC. „Iodine in medicine and pharmacy since its discovery – 1811-1961”. Proc. R. Soc. Med., 1961, 54:831-836.

Powyższe na podstawie książki Jerzego Zięby „Ukryte terapie” cz. 1, str. 260-265, 270-274.

Teraz kolejna rzecz – zalecana dawka jodu. Pan Bartek podaje 1,1 mg. Dawka ta jest bardzo niska, zbyt niska. Jak podaje np. dr med. Mark Sircus w książce „Samodzielna i bezpieczna terapia jodem” (str. 125) podaje, że do optymalneg funkcjonowania sama tarczyca potrzebuje ok. 6 mg jodu dziennie, piersi kobiety ok. 5 mg dziennie (jak kobieta ma duże piersi to więcej), a inne tkanki ciała, takie jak nadnercza, grasica, jajniki, podwzgórze i przysadka, potrzebują ok. 2 mg dziennie. Dla optymalnego dobrostanu dorośli powinni przyjmować od 10 do 12 mg jodu dziennie (odpowiada to 2 kroplom 5% płynu Lugola). Dawki lecznicze zaś jakie stosowano kiedyś jak podaje dr Sircus wynosiły nawet 300-1000 mg dziennie (str. 123).
Jak podaje dr Sircus w rozdziale „Jod i chelatacja – metale ciężkie i halogeny jako trucizny” przyjmowanie dużych dawek jodu (w mg) powoduje znaczne wydalanie halogenków (fluoru, chloru i bromu) oraz metali ciężkich a także aluminium. Powoduje to silniejszy zapach ciała i mętny mocz. Może też wywoływać złe samopoczucie w wyniku reakcji Herxaimera zwiazanej z szybkim oczyszczaniem organizmu. Nerki i wątroba mogą wtedy nie nadążać z filtrowaniem.
Kolejna istotna kwestia związana z suplementacją jodu. Jak podaje dr Sircus na str. 191 ww. książki gdy stosujemy jod kluczowe jest także przyjmowanie selenu. Jest to ważny przeciwutleniacz w tarczycy i pierwiastek zaangażowany w metabolizm hormonów tarczycy zawierających jod. Może on odgrywać interaktywną rolę w rozwoju nieprawidłowości tarczycy, a następnie chorób układu krążenia. Jeśli mamy w organizmie dużo rtęci (np. z plomb amalgamatowych w zębach) to będzie ona się wiązać z selenem (powstanie selenek rtęci). Dzięki temu rtęć zostanie z organizmu wydalona, ale selen również. Tak więc należy przyjmować jod wraz z selenem. O tym też Pan Bartek nic nie mówi.

Na koniec jeszcze o soli kuchennej. Tu odwołam się do wiedzy z chemii z liceum. Pan Bartek mówi, że podczas gotowania osolonej wody czy zupy ulatnia się z soli jod. To nieprawda, bo w soli kuchennej nie ma wolnego jodu i nie ma on w tych warunkach jak powstać. Dodawana jest do soli kamiennej tlenowa sól jodowa, jodan potasu o wzorze chemicznym KIO3. Sprawdziłem to na opakowaniu jodowanej soli kłodawskiej jaką ostatnio kupiłem. Sole mają budowę jonową, tworzą zwartą sieć krystaliczną dzięki przyciąganiu elektrostatycznemu jonów dodatnich i ujemnych. Żeby wydobyć z takiej struktury wolny jod musimy tę sól stopić, aby zniszczyć wiązania jonowe. W przypadku KIO3 temperatura ta wynosi 560 st. c, a dla jodku potasu (KJ) jest to 681 st. C. Gotująca się osolona woda na makaron czy zupa nie osiągają takich temperatur. Tutaj nastąpi tylko rozpuszczenie się jonów jodanowych lub jodkowych w gotującej się wodzie. Natomiast zgodzić się należy, że sól kuchenna nie jest dobrym źródłem jodu. Jest tak choćby dlatego, że jodan potasu jest słabo przyswajalny. Lepszy już jest jodek potasu, ale nasz organizm potrzebuje też wolnego jodu.
Nie wiem czy do soli kuchennej dodawany jest wolny jod, ale nawet jeśli to zanim do nas ta sól dotrze to już się on ulotni więc nie miałoby to większego sensu.
Dodam jeszcze, że sól z super- czy hipermarketów to nie jest zwykła sól kamienna. Jest ona poddawana obróbce termicznej w wyniku czego staje się niemal czystym chlorkiem sodu. I do tego dodawany jest chemiczny antyzbrylacz w postaci bodajże rodanku potasu KSCN. Takie coś się do celów spożywczych nie nadaje. Po co się truć? Ja używam tylko naturalnej soli kłodawskiej. I taką polecam, bo zawiera ok. 2% różnych innych naturalnych domieszek mineralnych których potrzebujemy.

Wspomnę jeszcze, że odkryto receptory jodu na każdej komórce ciała, podobnie jak to jest w przypadku witaminy D3. Dlatego potrzebujemy znacznie więcej jodu niż to się oficjalnie zaleca.
Niestety w tym materiale Pan Bartek nie odrobił pracy domowej i mówi wiele rzeczy w których mija się z prawdą.

Na zakończenie jedna uwaga – jeśli chorujesz na jakąś chorobę tarczycy to zanim zaczniesz się sam(a) leczyć jodem (płynem Lugola) dokładnie przestudiuj literaturę. Dotrzyj do ww. publikacji, przeczytaj je i przeanalizuj. Na początek zaś przeczytaj książkę dr Sircusa „Samodzielna i bezpieczna terapia jodem”. Najlepiej byłoby zaś znaleźć lekarza, który potrafi leczyć tarczycę jodem, ale gdzie tacy są niestety nie mam pojęcia. Lecząc się bez znajomości tematu można sobie zaszkodzić zamiast pomóc. Ja nikogo nie zniechęcam, ale i nie zachęcam. Każdy z nas ma rozum i wolną wolę, więc niech z nich korzysta.

Nalewka tybetańska dla zdrowia

Przekazana z Anielskie Siostry Jasnowidzki©

Nalewka tybetańska

Zapamiętajcie prostą tybetańską zasadę, a mianowicie: ciężkie choroby trzeba leczyć prostymi sposobami. Przy okazji:  nalewka tybetańska sprawdzi się i będzie skuteczna przed nadejściem kolejnych fal wirusów grypopochodnych.

Tybetańska nalewka czosnkowa
W 1971 roku podczas wyprawy UNESCO, w jednym z tybetańskich klasztorów została odnaleziona receptura „Eliksiru młodości” – nalewki czosnkowej, datowana na IV-V wiek p.n.e.

Nalewka czosnkowa
– oczyszcza i regeneruje naczynia krwionośne, zapobiega zawałowi serca i miażdżycy oraz paraliżowi, zwalcza infekcje grzybiczne i bakteryjne, zabija patogenną florę układu pokarmowego, zatrzymuje rozrost komórek nowotworowych, oczyszcza organizm z toksyn, reguluje ciśnienie krwi – obniża wysokie, a podwyższa niskie, likwiduje szum w uszach, poprawia wzrok, wzmacnia układ odpornościowy i odmładza organizm.

Składniki:
– 350 g obranego czosnku (najlepiej polskiego)
– 200 ml czystego spirytusu spożywczego.

Przygotować naczynie, które można zamknąć (najlepiej słoik).
 Czosnek obrać i rozgnieść i pozostawić na 5-10 minut (aby miał kontakt z powietrzem).
 Następnie przełożyć do słoika i zalać spirytusem, szczelnie zamknąć. Odstawić do ciemnego miejsca (np. szafka) na 10 dni. (co drugi dzień wstrząsnąć słoikiem).
Po 10 dniach nalewkę należy odcedzić przelewając ją do innego słoika. Zamknąć i pozostawić w lodówce na kolejne 4 dni. Po tym czasie nalewka jest gotowa do użycia.  
Stosowanie:
I wersja:
1 dnia 2 x po   4 krople
2 dnia 2 x po   6 kropli
3 dnia 2 x po 10 kropli
4 dnia 2 x po 15 kropli
5 dnia 2 x po 20 kropli
6 dnia 2 x po 25 kropli

Następnie pić 2 x dziennie po 30 kropli, dopóki nalewka się nie skończy.

II wersja:
Nalewkę pić na noc przed snem 2 godziny po ostatnim posiłku.

1 dzień –   8 kropli
2 dzień – 12 kropli
3 dzień – 20 kropli
4 dzień – 30 kropli
5 dzień – 40 kropli
6 dzień – 50 kropli
Następnie pić po 60 kropli dziennie, dopóki nalewka się nie skończy.    
Nalewkę stosować raz na rok.

UWAGA: Nalewkę można pić w czystej postaci lub zapijać 50 ml kwaśnego mlecznego produktu np.: kefiru, jogurtu lub maślanki.
Aby zlikwidować zapach czosnku po wypiciu nalewki należy zjeść trochę natki pietruszki lub plasterek cytryny.

Na zdrowie
Michał Tombak.

P.S.Właściwości zdrowotne nalewki czosnkowej na podstawie współczesnych badań naukowych.
Źródło :PubMed. gov.

„Ma działanie bakteriobójcze, przeciwwirusowe, grzybobójcze związane z fitoncydami  i glikozydową alliną.  Jest skuteczna wobec patogenów infekcji jelitowych (czerwonka, dur brzuszny, patogenne enterokoki, Escherichia coli o zmienionych właściwościach enzymatycznych), gronkowce, paciorkowce alfa-hemolizujące. Allina glikozydowa pod wpływem enzymu allinazy przekształca się w allicynę o działaniu przeciwdrobnoustrojowym.
Czosnek jest eubiotyczny, dzięki witaminom C, B, D, PP. Poprawia procesy trawienia, wzmaga tworzenie i wydzielanie żółci, pomaga obniżyć poziom cholesterolu i glukozy we krwi, korzystnie wpływa na przemianę materii, zwłaszcza u pacjentów z cukrzycą i otyłością.
 Dzięki zawartości kwasów organicznych, witamin, makro- i mikroelementów (zwłaszcza magnezu, potasu, selenu, cynku, manganu) stymuluje hematopoezę, wykazuje działanie przeciw niedotlenieniu i angioprotekcyjne. Działanie kardiotoniczne w połączeniu z rozszerzaniem naczyń obwodowych i działaniem hipolipidemicznym przyczynia się do normalizacji funkcji układu sercowo-naczyniowego, zwłaszcza u pacjentów w podeszłym wieku. Działanie przeciwrobacze przejawia się w glistnicy i enterobiozie.
Oprócz działania przeciwdrobnoustrojowego możliwe są objawy działania przeciwhistaminowego, przeciwbólowego, przeciwświądowego, keratolitycznego i depigmentacyjnego; stymuluje wzrost włosów.
C.d. poniżej

‼️
👇

https://t.me/siostryjasnowidzki

Ziemniaki – czy to przez nie mamy krótką pamięć i różne choroby?

Po obejrzeniu poniższego filmu można wnioskować, że tak. Jedną z przyczyn jest solamina – toksyna występująca w ziemniaku, której gotowanie nie usuwa. Występuje ona także w innych warzywach z rodziny psiankowatych takich jak pomidory czy papryka. Poza tym skrobia z ziemniaków jest bardzo trudno przyswajalna dla organizmu co wywołuje problemy zdrowotne. Mąka i skrobia tworzą klej w jelitach i jedzone latami powodują problemy z wchłanianiem witamin i inne.
Z mąki pszennej robiono kiedyś klej do tapet, a skrobię wykorzystywano do robienia krochmalu, którym usztywniano pościel. I takie coś tworzy się w naszym organizmie i go „klajstruje”.
Kiedyś o ziemniakach mówiono, że jest to pokarm niewolników. Pokarmem naszych przodków była m. in. rzepa i kasze, a nie ziemniaki i mąka.

Tu inny film o ziemniaku – ziemniak jabłko diabła:

Zarazkowa teoria chorób Pasteura to oszustwo. Szokujące fakty

Szokująca prawda o wirusach i innych organizmach. Tłumaczenie z angielskiego. Źródło na końcu. Kursywą jest fragment dopisany przeze mnie.


Kim był mężczyzna ze zdjęcia po prawej wie chyba każdy. To twórca współczesnej teorii chorób, zgodnie z którą choroby wywołują baterie, grzyby, wirusy i inne patogeny (jak pasożyty).
Kim zaś jest mężczyzna po lewej? Tego już nie wie prawdopodobnie nikt poza być może historykami medycyny czy biologii. Wymazano go z historii znanej zwykłym zjadaczom chleba.
Jest to Antoine Bechamp (1816-1908) który gdy żył był dobrze znanym i szanowanym profesorem, nauczycielem i badaczem. Był aktywnym członkiem Francuskiej Akademii Nauk i przedstawił wiele prezentacji podczas swojej długiej kariery. Opublikował też wiele prac, z których wiele wciąż istnieje i jest dostępnych.

Ludwik Pasteur natomiast jest powszechnie znaną gwiazdą medycyny i biologii. Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych osób we współczesnej nauce. Wiele odkryć i postępów w medycynie jest przypisywanych właśnie jemu, w tym szczepionki i centralny punkt jego dokonań – zarazkowa teoria chorób.

Ludwik Pasteur faktycznie był kłamcą, tchórzem i oszustem. Odwołał swoją teorię na łożu śmierci. „To teren, nie zarazek” powiedział Pasteur na łożu śmierci.

To nie bakterie ani wirusy wywołują chorobę, to chemiczne produkty uboczne i składniki tych mikroorganizmów oddziałują na niezrównoważony, nieprawidłowo działający metabolizm komórkowy ludzkiego ciała, które w rzeczywistości powodują chorobę. Jeśli metabolizm komórkowy i pH organizmu są zrównoważone organizm nie jest podatny na choroby.

I potwierdzeniem tego jest fakt, że w 1930 r. Otto Warburg dostał nagrodę Nobla za badania w dziedzinie nowotworów. Odkrył on w swoich badaniach, że zdrowe komórki pozbawione odpowiedniej ilości tlenu przechodziły na metabolizm beztlenowy i stawały się nowotworowe. I odwrotnie – komórki nowotworowe po dotlenieniu zdrowiały. Zatem nowotwór to choroba metaboliczna, a nie genetyczna. Jej źródłem są czynniki środowiskowe, a nie zmiany genetyczne. Te ostatnie mogą się pojawić (zgodnie z tym, że odkryto że geny zmieniają się pod wpływem środowiska co bada epigenetyka), ale będą skutkiem, a nie przyczyną choroby.
Inny przykład – grzyb Candida albicans. Większość z nas ma go w swoich organizmach. Jednak tylko nieliczni z nas chorują na kandydozę. Dlaczego? W większości przypadków gdy środowisko organizmu jest odpowiednie wtedy Candida żyje sobie w nas w niewielkiej ilości i nic złego nam nie robi. Jednak gdy środowisko naszego organizmu zostanie mocno zaburzone (np. przez toksyny z marketowego „jedzenia”, cukier, kwasy itd.) Candida się mocno namnoży i rozwinie się kandydoza. Jeden z profesorów (bodajże Jerzy Vetulani) stwierdził w swoich badaniach, że nowotwór wywołuje właśnie rozrost Candidy w wyniku negatywnych zmian środowiska w organizmie człowieka (zakwaszenie i dostarczanie do organizmu dużych ilości cukru, którymi ten grzyb się żywi).


Jak więc na powyższych przykładach widać chorób nie wywołuje taki czy inny patogen, ale środowisko jakie panuje w organizmie umożliwiając jego rozwój. Można więc powiedzieć, że przyczyną chorób jest niewłaściwa żywność i woda. I to była teoria Bechampa. Teraz już wiadomo dlaczego go wymazano z historii. Gdyby jego teoria została uznana przez naukę wówczas nie byłoby biznesu z chorób w postaci tzw. leków branych latami często do końca życia. Wystarczyłoby oczyścić organizm, zmienić dietę, pić zdrową wodę i tyle. Żadnych chemicznych trucizn, zwanych dla zmylenia przeciwnika lekami, nie byłoby potrzeba.

Innymi słowy drobnoustroje początkowo związane z chorobą nie wywołują stanu chorobowego tak jak np. szczury wytwarzają śmieci.

Chore, kwaśne środowisko komórkowe zostało stworzone przez toksyczną dietę, toksyczne ekspozycje środowiskowe i toksyczny tryb życia, wspierający chorobliwe zmiany zarazków na bakterie, bakterie na wirusy, wirusy na formy grzybów i formy grzybów na komórki rakowe w organizmie. Ten klasyczny błąd odnoszenia się do objawów choroby jest popełniany do dziś we wszystkich szkołach medycznych, od profesorów (których chleb jest masłem posmarowany przez przemysł farmaceutyczny) po wszystkich studentów medycyny z zamiarem prania mózgu młodych, wschodzących i przyszłych lekarzy, którzy będą nastawieni na tryb zabijania i będą legalnymi pisarzami scenariuszy i rzeźnikami, którzy wykonują niepotrzebne zabiegi chirurgiczne.
Powodem, dla którego szkoły medyczne nauczające teorii zarazków Pasteura trzymają wszystkich lekarzy w niewiedzy, jest to, że jeśli uczy się ich prawdy, że jest to stan wewnętrzny pacjenta (tj. deprawacja tlenowa, niedobory żywieniowe, kwaśne pH, nagromadzone toksyny w i wokół komórki, słabe krążenie, toksyczne emocje itp.), a nie zarazki, które tworzą pożywkę dla bakterii, wirusów, pasożytów lub wzrost komórek rakowych, większość lekarzy wyrzuciłaby swój notatnik i nóż chirurgiczny i skupiła się na protokołach leczenia na przywróceniu zdrowego środowiska komórkowego, które utrzymuje w ryzach zarazki, bakterie i wirusy.

Zabijając wirusy, bakterie lub komórki rakowe swoją niszczycielską bronią wojenną, wyzwalają ewolucję mikrozymów, która wzmacnia wrogie patogeny, tworząc oporne szczepy, które w przyszłości przynoszą więcej chorób. Nikt nie koreluje swojej nowo powstałej choroby rok później z przeszłą terapią lekową. W rezultacie, gdyby powiedziano prawdę, wielomiliardowy przemysł opieki zdrowotnej, który był skrupulatnie budowany przez globalną elitę przez stulecie, zostałby ujawniony i rozpadłby się jak dawne imperium babilońskie. Nie ma doktryny medycznej tak potencjalnie niebezpiecznej, jak prawda częściowa, realizowana jako prawda całkowita.

Z powodów politycznych nazwisko i wyniki badań Antoine’a Bechampa oraz kontrowersje dotyczące teorii zarazków zostały pominięte w książkach historycznych, medycznych i biologicznych, a nawet w encyklopediach. Wydaje się, że historyczne zabójstwo naukowe Antoine’a Bechampa spowodowało zmonopolizowanie przez nauki medyczne farmacji i badań nad szczepionkami. To oznaczało niewypowiedziane cierpienie dla rodzaju ludzkiego. To ironiczne, że podobno sam Pasteur przyznał na łożu śmierci, że Claude Bernard miał rację — mikrob to nic, teren to wszystko, ale nigdy nie przypisałby zasług odkryciom Bechampa. Odkrycie Bechampa we wczesnych badaniach, że wszystkie żywe istoty zawierają maleńkie granulki, które nazwał mikrozymami, było najgłębszym odkryciem XX wieku. Microzyma może wywołać życie lub śmierć Mikrozyma (co oznacza małe fermenty) zasiedla komórki, krew i płyn limfatyczny. Działają zarówno jako budowniczy, jak i recykler organizmów. Zamieszkują komórki, płyn między komórkami, krew i limfę. W stanie zdrowego terenu microzyma działa harmonijnie, a fermentacja przebiega normalnie i korzystnie, tworząc zdrowe drobnoustroje tlenowe, takie jak acidophilus i bifidus.

W chorych, patologicznych warunkach wewnętrznych (niski poziom tlenu, niedożywienie, kwaśne pH, słabe krążenie itp.) mikrozymy mogą zmieniać twarze drobnoustrojów jak kameleon. Nazywa się to pleomorfizmem. Pleo oznacza wiele, a morph oznacza formę. Pleomorfizm oznacza więc zmianę w wielu formach. Te patogeny mogą ewoluować lub ewoluować w zależności od warunków otoczenia komórki. Odpowiedź w procesach chorobowych tkwi w stanie Twojej równowagi komórkowej, czy będzie wspierać rozwój niechcianych gości?

We wczesnych stadiach kwaśnego pH w tkankach organizmu objawy ostrzegawcze są łagodne. Należą do nich wykwity skórne, bóle głowy, alergie, przeziębienia, grypa i problemy z zatokami. Objawy te są często leczone (manipulowane) antybiotykami i lekami supresyjnymi. Wraz z ciągłym tłumieniem sygnałów ostrzegawczych o kwaśnym i ubogim w składniki odżywcze środowisku, pojawiają się poważniejsze objawy wraz z pogłębianiem się choroby. Osłabione narządy i układy zaczynają szwankować(serce, płuca, tarczyca, nadnercza, wątroba, nerki itp.). Niestety, manipulacja objawami za pomocą farmakologii tworzy magiczną grę polegającą na przełączaniu chorób, tworząc w przyszłości poważniejsze objawy i stany chorobowe, które będą całkowicie odmienne od pierwotnej choroby. Szybka gra narkotykowa w medycynie voodoo jest przyczyną epidemii choroby w tym kraju i stawia szpitale i lekarzy jako zabójcę numer trzy w USA. Więc co robi współczesna medycyna ze swoją niszczycielską bronią wojenną? Nie da się zabić mikrozym, są niezniszczalne. Możesz jedynie wywołać niezdrową ewolucję patogenów beztlenowych do pleśni, grzybów, drożdży i raka. To mikrozymy są odpowiedzialne za rozkład martwego ciała z powrotem do gleby i tworzenie w glebie życia dla przyszłego wzrostu roślin.

Mikrozyma to niezniszczalna żywa istota, której nie można zniszczyć za pomocą ciepła, antybiotyków ani żadnej innej broni wojennej. Uważam, że toksyny (kwasy) z mikroform łączą się, prowokując organizm do wywołania objawów kryzysu gojenia w celu oczyszczenia lub wyeliminowania toksycznych pozostałości z nosa przez katar, skórę przez pot, okrężnicę przez biegunkę i zwiększone oddychanie. Dlatego ważne jest, aby pamiętać, że to nie same patogeny inicjują chorobę, ale pojawiają się tylko z powodu kwaśnego, zagrożonego terenu komórkowego. Komary szukają stojącej wody, ale nie powodują stagnacji bagna.

Wszystkie choroby są związane z kwasami:

Ogólnie rzecz biorąc, choroby zwyrodnieniowe są wynikiem gromadzenia się kwaśnych odpadów w słabych komórkach i narządach, które są zbyt słabe, aby posprzątać dom. Kiedy się rodzimy, mamy najwyższe stężenie minerałów alkalicznych, ustalając najwyższe pH. Dlatego większość chorób zwyrodnieniowych nie występuje, gdy jesteś młody. Występują zwykle po 40 roku życia.

Podstawowe przyczyny raka, chorób serca, miażdżycy, wysokiego ciśnienia krwi, cukrzycy, zapalenia stawów, dny moczanowej, chorób nerek, astmy, alergii, łuszczycy i innych chorób skóry, niestrawności, biegunki, nudności, otyłości, chorób zębów i dziąseł, osteoporozy, porannej niedyspozycji, choroby oczu itp. to nagromadzenie kwasów w tkankach i komórkach, słabe krążenie krwi i limfy oraz słaba aktywność komórek z powodu toksycznych kwaśnych pozostałości gromadzących się wokół błony komórkowej, które zapobiegają przedostawaniu się składników odżywczych do komórki.

Wszyscy padlinożercy rozmnażają się jak pasożyty. Po strawieniu pokarmu i wchłonięciu go do krwiobiegu jest on przenoszony przez układ krążenia do wszystkich 75 bilionów komórek ciała. Ciało eliminuje to, co może, a reszta osadza się w najsłabszych komórkach. Tych, które nie są wystarczająco mocne, aby posprzątać dom. W tej gromadzącej się, zdeponowanej, martwej materii odpadowej i zupie krostkowej rozmnażają się zarazki, takie jak bakterie, wirusy, grzyby i pasożyty. Następuje gnicie i powstaje ropa (która jest rozkładem krwi), pasożyty, przywry, tasiemce, stwardniały śluz i inne kwaśne produkty przemiany materii.

Nauka nazywa to chorobą:

A nazwa konkretnej choroby zależy od umiejscowienia złogów tej kwaśnej, toksycznej, krostkowej zupy. Jeśli gromadzące się złogi znajdują się w stawach, nazywa się to zapaleniem stawów. Jeśli trujące odpady gromadzą się w trzustce i nasycają komórki beta, które syntetyzują insulinę, nazywa się to cukrzycą. Jeśli toksyczny szlam zostanie zrzucony do płuc, nazywa się to przewlekłą obturacyjną chorobą płuc. To ta sama choroba. Gdziekolwiek jest twoje najsłabsze ogniwo w łańcuchu narządów, tam będzie twoja genetyczna skłonność do choroby.

Jeśli przeciążenie jest zbyt duże dla krwi, nadmiar kwasu jest zrzucany do tkanek i komórek w celu przechowywania. Następnie układ limfatyczny i układ odpornościowy muszą zneutralizować to, co mogą i spróbować pozbyć się toksycznych odpadów. Jeśli układ limfatyczny jest ogólnie przeciążony z powodu braku ruchu, złogi kwasu uduszą komórki i uszkodzą DNA. Jeśli układ limfatyczny przepompowuje się poprzez ćwiczenia i krążenie, wychwytują kwaśne produkty przemiany materii i neutralizują je przez nerki. Niestety, muszą wrzucić je z powrotem do krwiobiegu. Zmusi to krew do zebrania większej ilości soli alkalicznych w celu kompensacji obciążenia wątroby i nerek. To okrada Piotra, by zapłacić Pawłowi.

Ciało elektryczne:

Zdrowy stan zależy od wysokiego poziomu ujemnego ładunku elektromagnetycznego na powierzchni komórek tkanki. Kwasowość jest ładunkiem przeciwnym i tłumi te pola elektryczne. Jeśli pH tkanek odchyli się zbyt daleko w stronę kwasową, metabolizm komórkowy ustanie i nastąpi deprywacja tlenu. Kwasowość i brak tlenu są idealnymi warunkami środowiskowymi dla rozwoju chorobotwórczych mikroform. To są podstawowe objawy choroby. Krótko mówiąc, ostre lub nawracające choroby i infekcje są albo próbą organizmu do mobilizacji rezerw mineralnych ze wszystkich części ciała, albo kryzysowymi próbami detoksykacji. Na przykład organizm może wyrzucać kwasy przez skórę, powodując objawy, takie jak egzema, zapalenie skóry, trądzik lub inne choroby skóry. Objawy przewlekłe pojawiają się po wyczerpaniu wszystkich możliwości neutralizacji lub eliminacji kwasów.

Tak więc, o ile leczenie nie usunie kwasów z organizmu i nie zastąpi budulca składników odżywczych, leczenie w najlepszym przypadku będzie tylko tymczasowe i będzie maskować terapię plastrową, która wepchnie chorobę głębiej w stan przewlekły. Pamiętaj, że nie ma na rynku ani jednego leku, który zmniejsza zakwaszenie organizmu lub rozwiązuje jakikolwiek niedobór składników odżywczych. Otrzeźwiający jest fakt, że prawie wszystkie leki mają odczyn kwasowy, zwłaszcza antybiotyki, i dodają do resztek kwasu. A gdyby leki skutecznie usuwały kwasy z zainfekowanego obszaru, kwas migrowałby do innej słabej tkanki w ciele, która powodowałaby tam skutki uboczne, chyba że leczenie obejmuje usuwanie kwasów ze wszystkich narządów ciała. Z tego powodu dzisiejsza nauka medyczna jest żałosna, jeśli chodzi o leczenie chorób zwyrodnieniowych i metabolicznych.

Wzrost komórek rakowych jest spowodowany kwasem:

Spójrzmy na raka. Gdybyś miał poprosić lekarza alopaty o wyjaśnienie raka w kilku słowach, najlepsze, co mogą wymyślić po tylu latach badań, to mutacja komórkowa, brakujący gen, a może wirus wywołujący immunosupresję. Ponieważ rak nie jest chorobą zlokalizowaną, ale stanem ogólnoustrojowym, pojawia się w najsłabszym ogniwie(ach) organizmu. Najsłabsze ogniwa ciała nazywam martwymi strefami, ponieważ niosą one malejący ładunek elektromagnetyczny. Wszystkie zdrowe komórki mają elektromagnetyczny ładunek ujemny, ale wszystkie fermentowane komórki i ich kwasy mają elektromagnetyczny ładunek dodatni.

Te gnijące komórki i ich kwasy działają jak klej (przyciągając się nawzajem), ponieważ przeciwieństwa się przyciągają, powodując sklejanie się zdrowych komórek. Prowadzi to do pozbawienia tlenu, gdzie zdrowe komórki zaczynają gnić. To jest rak. To mój wniosek oparty na latach badań i studiów, że rak i AIDS są niczym więcej lub mniej niż komórkowym zaburzeniem równowagi elektromagnetycznej z powodu dezorganizacji kwaśnego pH mikrozym komórkowych, ich chorobliwej ewolucji w bakterie, drożdżaki i pleśnie oraz ich produkcja egzotoksyn i mikotoksyn. Rak to zatem czteroliterowe słowo — KWAS, zwłaszcza kwas mlekowy jako produkt odpadowy ze względu na niski poziom tlenu i produkty odpadowe drożdży i grzybów.

Dr Otto Warburg, dwukrotny laureat Nagrody Nobla, stwierdził w swojej książce Metabolizm nowotworów. że główną przyczyną raka było zastąpienie tlenu w chemii komórek oddechowych fermentacją cukru. Wzrost komórek rakowych jest inicjowany przez proces fermentacji, który może zostać wywołany tylko przy braku tlenu na poziomie komórkowym. Podobnie jak przepracowane komórki mięśniowe wytwarzają produkty uboczne kwasu mlekowego jako odpady, komórki rakowe rozlewają kwas mlekowy i inne związki kwasowe, powodując kwaśne pH.
Jeśli zakryjesz usta, tlen zostanie odcięty, a dwutlenek węgla będzie gromadzony jako kwaśny odpad i ostatecznie zemdlejesz przez uduszenie. A jeśli pH krwi twojego ciała spadnie poniżej siedmiu, tlen zostanie odcięty i zapadniesz w śpiączkę lub nastąpi śmierć. Krew działa równoważnie, aby utrzymać pH krwi w bezpiecznym zakresie 7,35 – 7,45. Niektóre komórki zamiast umierać, jak robią to normalne komórki w środowisku kwaśnym, mogą przystosować się i przetrwać, stając się nieprawidłowymi komórkami, takimi jak prymitywne komórki drożdży. Te nieprawidłowe prymitywne komórki drożdży nazywane są komórkami złośliwymi. Złośliwe komórki renegatów nie komunikują się z funkcjami mózgu ani z własnym kodem pamięci DNA. Dlatego komórki złośliwe rosną w nieskończoność i bez porządku. To zaburzenie biologiczne jest tym, co nauka nazywa rakiem. Można to poprawić poprzez dietę alkaliczną i wzmocnienie układu odpornościowego.

Rywalizacja:

Za ich życia rywalizacja między Bechampem i Pasteurem była stała i często zaciekła. Często ścierali się zarówno w przemówieniach przed Akademią, jak i w prezentowanych jej referatach. Bechamp wielokrotnie wykazywał, że „odkrycia” Pasteura obejmowały częste plagiaty (i zniekształcenia) własnej pracy Bechampa.

Kiedy Bechamp i inni sprzeciwili się plagiatowi, Pasteur postanowił wykorzystać swoje polityczne wpływy do zniszczenia kariery i reputacji Bechampa. Niestety Pasteurowi w dużej mierze się udało. Był bardziej zręczny niż Bechamp w uprawianiu polityki i uczęszczaniu na odpowiednie uroczystości. Był dobry w nawiązywaniu przyjaźni w wysokich kręgach i był popularny wśród rodziny królewskiej. Innymi słowy, Pasteur był A-literem. Bechamp był pracownikiem.

Idee, a także postacie dwóch mężczyzn były zasadniczo przeciwstawne.

Pasteur argumentował za tym, co obecnie nazywamy „teorią zarazków” choroby, podczas gdy praca Bechampa miała na celu potwierdzenie pleomorfizmu; idea, że całe życie opiera się na formach, które pewna klasa organizmów przybiera na różnych etapach ich cyklu życiowego.

Ta różnica jest fundamentalna. Bechamp wierzył, że jego prace pokazują związek między nauką a religią – jednym poszukiwaniem prawdy, a drugim wysiłkiem, by żyć w zgodzie z indywidualnymi przekonaniami. Dobrze, że jego książka Les Mycrozymas kończy się aklamacją Boga jako Najwyższego Źródła. Nauki Bechampa stoją w bezpośredniej opozycji do materialistycznych poglądów współczesnej nauki XX wieku.

„Te mikroorganizmy (zarazki) żywią się trującym materiałem, który znajdują w chorym organizmie i przygotowują go do wydalenia. Te maleńkie organizmy wywodzą się z jeszcze mniejszych organizmów zwanych mikrozymami. Te mikrozymy są obecne w tkankach i krwi wszystkich żywych organizmów, gdzie pozostają zwykle spokojne i nieszkodliwe. Kiedy dobro ludzkiego ciała jest zagrożone obecnością potencjalnie szkodliwego materiału, następuje transmutacja. Mikrozyma zamienia się w bakterię lub wirusa, który natychmiast zaczyna działać, aby pozbyć się z organizmu tego szkodliwego materiału. Kiedy bakterie lub wirusy skończą swoje zadanie pochłonięcia szkodliwego materiału, automatycznie powracają do stadium mikrozymy”
– Antoine Bechamp

Antoine Bechamp był w stanie naukowo udowodnić, że zarazki są chemicznymi produktami ubocznymi i składnikami pleomorficznych mikroorganizmów, oddziałującymi na niezrównoważony, nieprawidłowo działający metabolizm komórek i martwą tkankę, która faktycznie powoduje choroby. Bechamp odkrył, że chore, kwaśne środowisko komórkowe o niskiej zawartości tlenu jest tworzone przez dietę, ubogą w składniki odżywcze, toksyny, toksyczne emocje i toksyczny tryb życia. Jego odkrycia pokazują, jak rak rozwija się poprzez chorobliwe zmiany drobnoustrojów w bakterie, bakterie w wirusy, wirusy w formy grzybów i formy grzybów w komórki rakowe. Znalazł mikrozymy obecne w każdej komórce krwiobiegu zwierząt, roślin, a nawet skał. Znalazł je obecne w szczątkach martwych zwierząt wiele lat po tym, jak ciało zwierzęcia obróciło się w proch. Zaobserwował, że w zdrowym organizmie mikrozymy działają na naprawę i odżywienie wszystkich komórek; ale kiedy teren staje się kwaśny, mikrozymy przekształcają się w wirusy, bakterie, drożdże, grzyby i pleśń, przygotowując się do rozbicia gospodarza.

Źródło: https://yummy.doctor/blog/the-shocking-truth-about-viruses-other-microorganisms/

Rtęć to neurotoksyna nawet w małych stężeniach

Rtęć znajduje się m.in. w plombach amalgamatowych jakie do dziś są wstawiane w ramach tzw. państwowej służby zdrowia. Niewielkie ilości tej rtęci z amalgamatów ulegają codziennie wymywaniu i trafiają do krwi a stąd rozprzestrzeniają się po całym organizmie. I najprawdopodobniej jest to jedna z przyczyn wielu chorób które współczesna medycyna rockefellerowska uznaje za nieuleczalne jak Alzheimer, Parkinson, RZS, SM, SLA i inne. Dr Hall Huggins (1937-2014) miał przypadki pacjentów chorych na SM, którzy po usunięciu plomb amalgamatowych odzyskiwali w krótkim czasie zdrowie i po kilku tygodniach wstawali nawet z wózków inwalidzkich. Innym poprawiała się pamięć i znikała demencja.
Gdy pozbawiono go prawa wykonywania zawodu (wiadomo że skończyłby się interes na amalgamatach i chorobach jakie wywołują) zrobił doktorat z chemii krwi i prowadził badania. Wykazały one, że po usunięciu plomb amalgamatowych z jamy ustnej chemia krwi w krótkim czasie wraca do normy, a pacjenci zdrowieją – chorzy na SM często „cudownie” wstają z wózków a nowotwory ustępują samoistnie. O tym oczywiście żaden „ekspert” nie powie w łże telewizji.

Ta sama rtęć znajduje się też w wielu szczepionkach dla dzieci (w postaci tiomersalu zawierającego metylortęć). Jest to jeden z dodatków do szczepionek jako bodajże środek konserwujący. Wstrzykiwana domięśniowo wraz z resztą szczepionki trafia w krótkim czasie do krwi, a z nią płynie po całym organizmie. Jeśli dziecko ma mniej niż 3 lata to nie ma dobrze wykształconej bariery krew-mózg, która zatrzymuje toksyny przed dostaniem się do mózgu. A gdy do mózgu trafi rtęć to powoduje jego uszkodzenie. I skutkiem tego może być autyzm czy inne upośledzenie umysłowe lub częste i nieuzasadnione wrzaski.

Poniższy film pokazuje w jaki sposób rtęć niszczy komórki nerwowe w mózgu. Badania zostały przeprowadzone na Uniwersytecie w Calgary.