Poznaj ich prawdziwe nazwiska

Dziś o książce Aldony Zaorskiej pt. „Poznaj ich prawdziwe nazwiska”. Chodzi o prawdziwe nazwiska tzw. polskich elit sprowadzonych tu przez sowietów w 1944 r. które zastąpiły te prawdziwe elity wymordowane przez Niemcy i ZSRR w Katyniu, Miednoje, Palmirach i wielu innych miejscach.

Aldona Zaorska jest z zawodu prawnikiem. Jest też dziennikarką piszącą artykuły w tygodniku „Warszawska Gazeta” oraz redaktorem naczelnym miesięcznika „Zakazana Historia”.

Pierwszy rozdział pt. „Nierozliczona zbrodnia” dotyczy zbrodni w Katyniu w 1940 roku. To, że odpowiada za nią jako państwo ZSRR, a obecnie jako jego spadkobierca Rosja wiadomo od dawna. Wiadomo również, że Beria napisał notatkę do Stalina, w której rekomendował zamordowanie polskich jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie jako zaciekłych wrogów komunizmu nie rokujących żadnych nadziei na poprawę. Stalin zaś wydał w tej sprawie decyzję o przeprowadzeniu mordu (właściwie decyzję podjęło politbiuro). Wiadomo także, że wykonawcami zbrodni byli Żydzi wybrani w tym celu przez Stalina i Berię- szefa NKWD. Autorka podaje ich nazwiska. Mamy tu informację o wywiadzie jakiego udzielił w 1971 roku izraelskiemu dziennikowi „Maariv” Abraham Vidro (Wydra), który rozmawiał o tej zbrodni z trzema oficerami NKWD żydowskiego pochodzenia w ośrodku wypoczynkowym w ZSRR. Byli to: por. Aleksander Susłow, mjr Joshua Sorokin i por. Samyun Tichonow.
Dodatkowym potwierdzeniem tego faktu są słowa lidera partii Rosyjska Jedność Narodowa, Aleksandra Barkaszowa, z 1994 r., przekazane przez „Życie Warszawy”. Powiedział on dziennikowi: „Wiem jaką tragedią jest dla was sprawa katyńska, ale oświadczam – polskich oficerów nie rozstrzelali Rosjanie. Sprawdziliśmy przynależność rasową NKWDzistów – wykonawców wyroku. Wszyscy byli Żydami i wypełniali rozkazy sobie podobnych, stojących wyżej w hierarchii. Rosjanie są z natury przyjaźnie nastawieni do Polski i Polaków.” A zatem Katyń to zbrodnia chazarska (bo ci co jej dokonali nie byli prawdziwymi Żydami – kim są fałszywi Żydzi, czyli Chazarzy pisałem już przy okazji opisu książki „Niewidzialna Chazaria”), a nie rosyjska. I to jest jak sądzę powód dla którego Rosja nie chce się przyznać do tej zbrodni. Jak można bowiem się przyznać do czegoś czego się nie popełniło? A powiedzenie przez Rosję prawdy spowodowałoby wrzask syjonistów trudny do wyobrażenia (ajwaj jaki straszny antysemityzm!!). Ciężko także moim zdaniem Rosji jako państwu przypisać tę zbrodnię. W przeciwieństwie do Niemiec bolszewicy w Rosji nie doszli do władzy demokratycznie, ale w wyniku przemocy i zamachu stanu. Podobnie jak z naszymi postąpili z własnymi elitami. Przykładem jest choćby rodzina carska Romanowów, którą bolszewia wymordowała. A opornych chłopów, którzy nie chcieli się poddać władzy bolszewii wymordowali w liczbie co najmniej 20 milionów. Skutki tego w Rosji są mocno odczuwalne do dziś. Jak podał Janusz Korwin Mikke jeden z sondaży zrobionych w Rosji wskazuje, że po ok. 30 latach od upadku ZSRR wciąż aż 60% Rosjan uważa Stalina za bohatera i uważa, że za czasów ZSRR byli potężnym krajem. Brak prawdziwych elit w połączeniu z ogromnym terrorem i propagandą wciąż jest tam mocno odczuwalny. A że nawet w Rosji jest jakaś tam demokracja to Putin nie może od tak zerwać ze spuścizną komunizmu i wywrócić do góry nogami świata 60% narodu, bo albo byłaby rewolucja albo najbliższe wybory wygrałby np. Władimir Żyrinowski, czyli nie kto inny, ale czerwony komuch.
Wracając jednak do tematu – w pierwszym rozdziale mamy opis tego jak wykonano zbrodnię i dokumentów jakie są w tej sprawie znane. Nic nowego, ale jeśli ktoś sprawy dobrze nie zna, to warto przeczytać, bo jest tu wszystko co najważniejsze.

Drugi rozdział dotyczy „Chamów” i „Żydów”, czyli dwóch frakcji w PZPR tak potocznie nazywanych. „Chamy” to byli ci, którzy byli jakby to ująć mniej czerwoni, bardziej pronarodowi i mniej zamordystyczni. I nie byli (może poza nielicznymi wyjątkami) pochodzenia żydowskiego. A nazwa „Chamy” wzięła się stąd, że pochodzili z nizin społecznych, byli prości, niewykształceni i często mało inteligentni. Najbardziej znanym ich przedstawicielem jest jak sądzę Władysław Gomułka, który skończył tylko kilka klas szkoły podstawowej. W jednym z przemówień powiedział on m. in. takie zdanie „Staliśmy już nad przepaścią, ale udało nam się zrobić krok do przodu”. Stefan Kisielewski powiedział o ich rządach (od 1968 r.), że jest to „dyktatura ciemniaków”. Został pobity przez „nieznanych sprawców”.
Druga frakcja to „Żydy”, czyli jakby to powiedzieć komuniści pochodzenia żydowskiego, bardziej czerwoni i bardziej zamordystyczni niż „Chamy”. To oni sprawowali władzę w Polsce do 1968 r. Choć Gomułka rządził w Polsce od 1956 r. to przez 12 kolejnych lat w zasadzie najważniejsze osoby z frakcji „Żydów” pozostały na swoich stołkach. Dopiero wydarzenia z marca 1968 r. wymiotły ich z rządów, a spora część z nich uciekła wtedy do Izraela, USA i innych krajów podając się za „ofiary polskiego antysemityzmu” (wśród nich był niesławny Jan Tomasz Gross).
Autorka pisze, że 10.11.1945 r. komuniści wprowadzili w Polsce dekret o zmianie i ustalaniu imion i nazwisk. Na jego podstawie wielu Żydów zmieniło swoje nazwiska na polskobrzmiące. Chodziło o to, aby ukryć przed polskim narodem prawdziwe pochodzenie osób z aparatu terroru (UB, MBP). Zdecydowaną większość kierownictwa bezpieki bowiem stanowili Żydzi. Komuchy chciały, aby nasz naród myślał, że sami wprowadzamy i utrwalamy tzw. władzę ludową. Jednak nie daliśmy się oszukać. Powszechnie wtedy mówiono o tzw. żydokomunie. Z opowiadań mojej mamy i babci wiem, że mój pradziadek (ojciec matki ojca) nie znosił komunistów i mawiał o nich bardzo często „żydokomuna”. Kiedyś zaś się uparł i nie chciał mojemu kilkuletniemu wujkowi czytać „Lokomotywy” Tuwima „bo to Żyd napisał” (chodziło raczej nie tyle o pochodzenie co o fakt, że ów Żyd pisał utwory pochwalne na cześć Stalina).
Nazwiska zmieniali jednak nie tylko Żydzi. Część pracowników bezpieki byli to bowiem Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie.
Za dziełkiem Matthiasa Miesesa pt. „Polacy-chrześcijanie pochodzenia żydowskiego” autorka podaje schemat zmian nazwisk przez Żydów na polskie. Znając go można z dużym prawdopodobieństwem (choć nie z pewnością) twierdzić, że przodek tej osoby był Żydem, który zmienił nazwisko i być może był stalinowską kanalią. Ów schemat to:
pochodne imienia Abraham (Abramski, Abramowski, Abramowicz itp.);
nazwiska pochodzące od nazw miesięcy i dni tygodnia (np. Czerwiński, Lipski, Poniedziałek, Środa);
nazwiska z członem nowo (np. Nowowiejski, Nowicki);
nazwiska z „dobrej woli” (np. Dobrowolski);
nazwiska z członem „krzyż” (np. Krzyżanowski, Krzyżak, Krzyżowski);
nazwiska od nawracania się (np. Nawrocki, Nawrot);
nazwiska pochodzące od nazw regionów czy miejscowości lub jednostek administracyjnych (np. Mazowiecki, Warszawski, Gdański, Wojewódzki);
nazwiska nadane Żydom przez urzędników jakie im w danym momencie przyszły do głowy (np. Woda, Guma, Słoma itp.)
Autorka podaje oficjalne i prawdziwe (lub przypuszczalne, bo nie zawsze dało się to w 100% ustalić) nazwiska wielu stalinowców rządzących Polską i/lub będących funkcjonariuszami UB/MBP/KBW i propagandy zwłaszcza w latach 1944-1956. Opisuje też ich działania, życiorys i życie osobiste. Wspomnę krótko o jednym z nich –
Roman Zambrowski (prawdopodobnie Rubin Nussbaum, na pewno pochodzenia żydowskiego) – jeden z 4 najgorszych, bo stojących najwyżej, stalinowców w Polsce w latach 1944-1956. Jest dziś praktycznie nieznany. Do tej czwórki należeli także: Bolesław Bierut (jedyny nieżyd), Jakub Berman i Hilary Minc. Autorka opisuje nie tylko ich, ale także wspomina też o ich dzieciach.

Rozdział trzeci dotyczy dzieci bezpieki. Zaczyna się od Jakuba Bermana i jego córki Lucyny Tychowej. Autorka pisze o niej i jej poglądach. Cóż widać, że powiedzenie że niedaleko pada jabłko od jabłoni w jej przypadku doskonale się sprawdza. Mamy też krótko o rodzeństwie Jakuba Bermana i jego bliskich krewnych m. in. Aronie Bermanie znanego bardziej jako Wiktor Borowski. Był on ojcem znanego postkomunisty Marka Borowskiego. Ten ostatni się strasznie pieni, gdy mu się przypomina jego korzenie.
Dalej mamy opis struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (schemat na całej stronie książki – str. 99) i główne osoby z jej kierownictwa. Na czele stał Stanisław Radkiewicz (nieŻyd, figurant), a faktycznie rządzili Roman Romkowski (Natan Grinszpan-Kikiel – wiceminister po dwóch klasach) i Mieczysław Mietkowski (Mojżesz Borowicki). Było kilkanaście departamentów. Jednym z nich (zajmujących się m.in. walką z Kościołem Katolickim) kierowała niesławna żydowska psychopatka Luna Brystygier. Miażdżyła ona młodym AKowcom jądra za pomocą szuflady. O metodach „przesłuchań” też trochę jest. Oszczędzę tu szczegółów. Kto ma mocne nerwy niech poczyta (str. 101-103).
Mamy też informacje o innych czołowych UBekach m.in. Leonie Andrzejewskim (Lajb Wolf Ajzen) i Józefie Czaplickim (Izydor Kurc) zwanym „Akowerem” (ze względu na szczególne znęcanie się nad członkami Armii Krajowej).
Mamy tu także pewną wartą odnotowania dygresję. Autorka wspomina o niemal zupełnie nieznanej polskiej bohaterce może nawet na miarę rtm. Witolda PileckiegoStanisławie Rachwał. Była o kilka lat młodsza od Pileckiego i działała w Związku Walki Zbrojnej i potem w Armii Krajowej. Zajmowała się konspiracją i była bardzo skuteczna, ale w końcu jednak wpadła. W 1941 r. aresztowali ją Niemcy. Na Gestapo przeszła gehennę – rozebrali ją do naga, torturowali, kopali (wybili jej 9 zębów!). Mimo to nie ugięła się i nie wydała nikogo i jeszcze udało jej się jakimś cudem przekonać śledczych, że nie działa w podziemiu. Została wypuszczona, ale w październiku 1942 r. znów ją Niemcy aresztowali. Katowali ją do grudnia i znowu nie uzyskawszy niczego wysłali ją do Auschwitz-Birkenau. Tam dołączyła do obozowej konspiracji. Przeżyła obóz i w maju 1945 roku wróciła do Polski znów angażując się w konspirację w ramach zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Tym razem już była ona wymierzona w okupujących Polskę sowietów. Ubecja tropiła ją i dowiedziała się gdzie mieszka, ale Rachwał została uprzedzona i przesłała Ubekom list, że wie o zasadzce i że mogą sobie na nią czekać ile chcą. Kocioł się nie udał, ale ostatecznie przez popełnienie jednego błędu wpadła 30.10.1946 r. A niewiele brakło, aby uciekła zagranicę, bo miała już wszystko przygotowane. Pojechała do Warszawy prosić o pomoc Sonię Landau – żonę Leona Andrzejewskiego, z którą razem była w Auchwitz-Birkenau. Ten zauważył ją na ulicy i kazał aresztować.  Przeszła 11 miesięcy tortur na UB i sfingowany proces, w którym w 1947 roku skazana została na karę śmierci. Bierut tym razem „okazał łaskę”. Nie wiadomo dlaczego. Może dlatego, że była kobietą?! Na wolność wyszła w wyniku amnestii w czasie „odwilży” w 1956 roku. Zmarła w 1985 roku. Więcej na jej temat tu

Kolejny, czwarty rozdział dotyczy literatów. Zaczyna się od Janiny Broniewskiej (z domu Kunig), żony Władysława Broniewskiego. Była do śmierci fanatyczną komunistką i bliską przyjaciółką Wandy Wasilewskiej i Julii Brystygierowej. Kierowała Związkiem Literatów Polskich i była postrachem literatów. Pisała książki dla dzieci. W jednej z nich („Siostrzeńcy ciotki Agaty”) przedstawiła wywózki Polaków na Syberię i do Kazachstanu jako sielankę, a Polaków którzy wyszli z ZSRR z Armią Andersa jako wydalonych szpiegów, leni i złodziei. Była jakby to dzisiaj można określić feministką. Miała co prawda córkę (Annę), ale niewiele się nią zajmowała skupiając się na czerwonej działalności. Wyznawała tzw. wolną miłość (dzisiaj się to zdaje się nazywa seks bez zobowiązań). Oprócz męża miała wielu kochanków, a że była urodziwa to często młodszych i to sporo. Raz przespała się z kochankiem swojej własnej córki Bohdanem Czeszką. Gdy ta się o tym dowiedziała popełniła samobójstwo odkręcając gaz i wysadzając się. Gdy jej ojciec się dowiedział o tym był zdruzgotany i oskarżył o wszystko swoją, byłą już wtedy, żonę i odgrażał się, że ukatrupi Czeszkę. Janina zaś wykorzystując swoje znajomości zamknęła go na jakiś czas do psychiatryka. Na pogrzebie córki w ogóle nie płakała, a śpiewała „Międzynarodówkę”. Wyznawała, podobnie jak Julia Brystygier, zasadę, że polski honor trzeba rozstrzelać (choć w odróżnieniu od krwawej Luny rozstrzeliwała go tylko propagandowo).
Dalej jest mowa o Adamie Ważyku (Wagmanie), czołowym piewcy stalinizmu w Polsce, który po wydarzeniach marca 1968 nagle się „nawrócił” i przestał kochać Stalina, z którego wcześniej robił niemal Boga. Był jednym z największych czerwonych propagandystów piszących oczerniające AKowców utwory literackie i pseudosztuki. Jego wierszykiem na cześć Stalina „Rzeka” katowane były w szkołach dzieci i młodzież.
Wspomniani są także inni twórcy m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński (Ważyk go zwalczał), Aleksander Wat czy Roman Kobzdej oraz nieco informacji o dzieciach i kolejnych potomkach Adama Ważyka. Jego córką jest najprawdopodobniej Małgorzata Ważyk, emerytowany pracownik UW, która na Facebooku ma profil ze znaczkiem KODu.

Rozdział piąty, zatytułowany „Kino to najważniejsza ze sztuk” i oczywiście dotyczy kina. Poświęcony jest on przede wszystkim reżyserowi Aleksandrowi Fordowi (Mosze Lifszyc), który przez wiele lat rządził polskim kinem. Jeszcze przed wojną (w 1936 r.) nakręcił w jidysz film „Droga młodych” o żydowskich dzieciach z sanatorium dla chorych na gruźlicę, który stał się komunistycznym manifestem, do którego twórcy wykorzystali nieświadome niczego dzieci. Władze II RP nie zgodziły się na emisję filmu w kinach. Ford poczuł się głęboko tym urażony. Po wojnie wziął odwet pokazując w swoich filmach prostacki i fałszywy obraz Polaków. Lifszyc został osobiście wybrany przez Stalina do zarządzania Polską na docinku filmowym. I robił to. Jednym z pierwszych powojennych filmów była jego „Ulica Graniczna”. Było to obrzydliwie antypolskie „dzieło” pokazujące Polaków jako skrajnych antysemitów, obojętnych na tragedię Żydów czy wręcz popierających działania Niemców. Paszkwil ten trafił w zachodnie gusta, bo zdobył Złoty Medal w Wenecji. Podobne stalinowskie paszkwile mamy też w obecnych czasach np. zdobywca Oskara „Ida” czy „Pokłosie”. A podobno żyjemy w wolnym kraju. Wolne żarty.
Ford oprócz reżyserowania zajmował się też kontrolą scenariuszy i decydowaniem czy dany film może pójść czy nie. Był też kierownikiem artystycznym przy filmie Andrzeja Wajdy „Pokolenie”(a Wajda asystentem Forda przy filmie „Piątka”). Przypuszczalnie Ford miał pilnować czy Wajda pójdzie po linii partyjnej. Jak wiemy nie zawiódł pod tym względem ani wtedy ani później. W czasach III RP poglądy miał też czerwone. Jedyny wyjątek to chyba jego film „Katyń”.
Wracając do Forda jednym z jego słynnych filmów są Krzyżacy. To także jest film propagandowy. Mamy tu sojusz Polski, Litwy i Rusi atakowany przez Krzyżaków (Niemców) wzbogacony o historię czystej i tragicznej miłości. Lifszyc-Ford jednak wszystko przerysował. Według niego nawet konie krzyżackie były przystrojone w białe „kaptury” (jak w Ku Klux Klanie) i „prześcieradła” z krzyżami wymalowanymi na zadach. Krzyżacy też wg Forda ruszają do boju ze słowami „Got mit uns” (Bóg z nami) – tymi samymi co 20 lat wcześniej żołnierze Wehrmachtu  mieli wypisane na klamrach swoich pasów. Ford pokazał odśpiewanie przez polskie wojska „Bogurodzicy” przed bitwą pod Grunwaldem w bardzo okrojonej wersji. Musiał to pokazać, bo to że była to pieśń rycerstwa polskiego było powszechnie wiadome. Zdaniem wielu jest to świetny przykład do szkolenia pt. „jak NIE ROBIĆ filmów”. Mamy też trochę informacji o żonie Forda i jego synu. Sam Ford do 1968 roku trząsł polską kinematografią, a potem gdy „Chamy” przejęły władzę wypadł z łask, wywalili go z PZPR, stracił wpływy i apanaże. W 1969 r. wyjechał do Danii jako „ofiara polskiego antysemityzmu”. Tam okazało się że kiepski z niego reżyser i kariery nie zrobił. Popadł w depresję. Do Polski powrotu nie miał, bo Gierek nie życzył sobie go w kraju. Drugą żoną Forda była Eleonora Grinswold, lewicowa amerykańska aktorka. Ford poznał ją w Londynie w 1955 r. Gdy Ford finansowo cienko prządł zostawiła go, zabrała dzieci i wyjechała na Florydę do USA i zażądała rozwodu. Ford pojechał do niej i spotkali się w 1980 r. Wieczorem Lifszyc wrócił do hotelu i się powiesił. Zostawił taśmę z pożegnalnym nagraniem, w której w niecenzuralnych słowach oskarżył żonę że to przez nią się powiesił. Cóż był gnidą i skończył jak gnida.

Rozdział szósty ma tytuł „W dżungli lister”. W zasadzie można by go zatytułować „W matriksie”. Przedstawia bowiem historię człowieka, którego oficjalny życiorys jest niemal dokładnie przeciwny niż ten rzeczywisty. Chodzi o Jerzego Zawieyskiego (Henryka Feintucha: 1902-1969). Był on, wg Wikipedii, polskim aktorem, dramatopisarzem, prozaikiem, eseistą, katolickim działaczem społecznym. W 1979 r. sam prymas Wyszyński odsłonił po mszy poświęconej 10 rocznicy jego śmierci tablicę pamiątkową wg której był on wielkim przyjacielem Polski i Polaków, a swą twórczością i życiem dał świadectwo prawdzie, miłości Boga i Polski.
A jaka była prawda? Nie będę pisał szczegółowo. W każdym razie był on sodomitą, miał stałego partnera Stanisława Trębaczkiewicza i mnóstwo kochanków. Był homoseksualnym erotomanem. Jako, że był wpływowy w środowisku literatów i aktorów to przychodziło do niego wielu młodych chłopaków, którym poprzez łóżko załatwiał różne rzeczy. Nazywał ich „synusiami”. SB nagrało wiele jego seksualnych orgii, które były ohydne. Fuj. Jednym z jego kochanków był też ksiądz. Zawieyski jeździł często do niego do Otwocka pod pretekstem spowiedzi. Jego kochankami było też wielu kleryków, niekiedy duchownych, kandydaci do szkół aktorskich i młodzi aktorzy. Podczas orgii z nimi wiele razy nabijali się z wiary katolickiej np. śmiejąc się i śpiewając pieśń „Te Deum” (Ciebie Boga wysławiamy). Sodomia na maksa. Skończył w pewnym stopniu podobnie jak sodomici w Sodomie i Gomorze. Doznał wylewu i wylądował w szpitalu. Był częściowo sparaliżowany i nie mógł się sam poruszać. Jego ciało znaleziono rano 18.06.1969 r. pod szpitalem. Ktoś go wyrzucił przez okno i zabił. Prawdopodobnie był to jeden z jego kochanków. Grób Zawieyskiego i jego partnera Trębaczkiewicza znajduje się na cmentarzu leśnym w Laskach pod Warszawą.
Zawieyski był dla SB użyteczny, bo oprócz tego że był niewyżytym sodomitą to był też wielkim gadułą i był zupełnie beztroski. Zdawało się jakby sądził, że SB podsłuchuje wszystkich ale nie jego. Gadał dużo o prymasie Wyszyńskim i innych osobach, o działaczach Klubu Inteligencji Katolickiej itp. Często bowiem bywał w Laskach gdzie się modlił i rozmawiał z prymasem Wyszyńskim. Grał wtedy wzorowego katolika. I takiego kogoś parę lat temu umieszczono w panteonie narodowych bohaterów, przedstawiając jako wzór dla młodego pokolenia. Warszawski Dom Spotkań z Historią organizował po szkołach pogadanki na jego temat. Jest idolem środowiska LGBTQ. TFU!

Kolejny, siódmy rozdział „Jakie to ma znaczenie” dotyczy już czasów nam współczesnych i obecnych lub byłych zarządców (nie)miłościwie nam panującej III RP. Tytuł stąd, że wiele osób (w szczególności o poglądach lewicowych lub z kręgów lewicowych) zadaje powyższe pytanie, gdy ktoś mówi o zmienionych nazwiskach i powiązaniach rodzinnych osób publicznych.
Może dla niektórych osób to nie ma znaczenia, ale dla mnie ma znaczenie i to duże. Zwłaszcza, że jak się ok. 8 lat temu dowiedziałem brat cioteczny mojej babci był stalinowskim sędzią. Pracował nawet w Sądzie Najwyższym! Dowiedziałem się o tym przypadkowo. Moja mama znalazła jego nekrolog w „Gazecie Wyborczej” (wtedy jeszcze czytała czasem tę makulaturę) i choć mieszkał od wielu lat w Warszawie i tu miał rodzinę (dzieci nie miał) to pochowany został w Płocku. O jego śmierci i pogrzebie mnie ani mamy nikt nie zawiadomił. Było to bardzo dla mnie dziwne. Miałem wtedy niespełna 30 lat i dopiero od kilku lat interesowałem się czasami PRL i stalinowskimi oraz Żołnierzami Niezłomnymi, zwanymi przez komuchów Wyklętymi. Jednak nigdy bym wujka Kazika nie posądzał o bycie stalinowskim mordercą sądowym. Na przyjęciach rodzinnych był bardzo miłym, elokwentnym starszym panem i nikt nie podejrzewał niczego (albo wszyscy z wyjątkiem mnie i moich rodziców byli świetnymi aktorami w co trudno mi uwierzyć). Dopiero ten pogrzeb w Płocku dał mi i mamie do myślenia. I wtedy zacząłem szukać po internecie aż dotarłem do materiałów IPN. Wynikało z nich że wujek Kazik w Białymstoku wydał przynajmniej 4 wyroki śmierci z czego dwa wykonano, a w dwóch przypadkach Bierut „okazał łaskę”. Dalej nie chciało mi się już szukać. Na pogrzeb oczywiście nie pojechałem. Nie wiem gdzie jest jego grób i nie chcę wiedzieć. Niech smaży się w piekle. A żył ponad 90 lat i najwyraźniej zupełnie go to co zrobił nie ruszało. Niesamowite. A jeszcze bardziej dołujące jest to, że w tej tfu demokracji III RP nie poniósł żadnej kary. Nazwiska wujka Kazika nie podam, bo nie ma się czym chwalić. Dociekliwi po tych informacjach co podałem pewnie i tak znajdą o kogo chodzi. Potomkom ofiar mojego tfu wujka mogę jedynie powiedzieć, że bardzo mi przykro z powodu tego co się stało. Przepraszać nie będę, bo nie jestem niczemu winny, a mojego tfu wujka raczej sumienie niestety nie gryzło. Mój dziadek był w Szarych Szeregach, a jego kuzyn brał udział w zamachu na Kutscherę. Taki to przewrotny może być jak widać los.
Wracając do tematu na początku rozdziału mamy przedstawionych rodziców byłej prezydentowej Anny Komorowskiej, tj. Jana Dziadzię i Hanę Rojer. Pracowali w MBP, a Jan angażował się w walkę z „reakcyjnym podziemiem”. W latach 50-ych XX w. zmienili nazwisko na Dembowski(a).
Potem mamy informacje o Janie Lityńskim – m.in. o tym jak to w 1952 roku jako 6-latek stał obok Bieruta na trybunie honorowej i podobnie jak Bierut podnosił rękę pozdrawiając tłum.
Dalej autorka pisze o Bronisławie Geremku (Benjamin Lewertow) i o dziwnym wypadku, w którym zginął. Jego mercedes, którym kierował zjechał 13.07.2008 r. z drogi na drodze krajowej nr 2 i zderzył się czołowo z Fiatem Ducato. Geremek zginął na miejscu, a jego pasażerka złamała tylko rękę i wyszła z wraku auta o własnych siłach. Kierowca Ducato i jego pasażer odnieśli ciężkie obrażenia. Pasażerka Geremka zupełnie jakby zapadła się pod ziemię. Nikomu nie udało się do niej dotrzeć. Policyjnego raportu z wypadku brak. Autorka przedstawia też życiorys Geremka do 1989 r. i potem, oczywiście skrótowo. To jakim był szkodnikiem w MSZ wiadomo. Mniej pewnie znana jest jego czerwona przeszłość, bo tym łże media się nie chwalą.
Następnie autorka pisze o Karolu Modzelewskim (Kiryle (Cyrylu) Budniewiczu). Działacz opozycji, twórca nazwy NSZZ „Solidarność”, więzień PRL, kawaler Orderu Orła Białego. Zasłużony autorytet, a też miał czerwone korzenie. Urodził się w 1937 r. w Moskwie w rodzinie żydowskich komunistów, ale jego ojciec był mienszewikiem i został aresztowany krótko po narodzinach Kiryła i skazany na 8 lat łagru. Jego matka 2 lata po aresztowaniu jego ojca związała się z komunistą Zygmuntem Modzelewskim, od którego przejął nazwisko. Zygmunt był dziwnym komunistą, bo w 1920 r. walczył po stronie polskiej, a potem w 1923 r. wyjechał do Francji i tam do 1937 r. działając w partii komunistycznej doszedł aż do funkcji członka jej Komitetu Centralnego. W 1937 r. wrócił do Moskwy i omal nie zginął na fali czystek stalinowskich. W 1939 r. zaczął działać w Polsce. W latach 1947-51 był szefem MSW, a potem rektorem Instytutu Nauk Społecznych przy KC PZPR, której był członkiem.
Następnie autorka pisze jeszcze sporo o ojcu gwiazdy TVN Andrzeja Morozowskiego, tj. Mieczysławie Morozowskim (Mozes Mordka). Nie wdając się w szczegóły pracował wiele lat w UB, ale był mało inteligentny i wielkiej kariery nie zrobił. Był archiwistą więc nad nikim się nie znęcał. Z jego oceny jako funkcjonariusza UB wynika jednak, że ideowo był bez zarzutu „całkowicie jest oddany demokracji ludowej”.

Ostatni, ósmy rozdział ma tytuł „Niedokończony rozdział”. I rozdział ten z pewnością jest niedokończony. Porusza on sprawę tzw. matrioszek albo inaczej mówiąc agentów wtórnikowych. Byli oni w ZSRR wykorzystywani jako agenci specjalni. Działali w Polsce i innych krajach „demoludów”. Byli to najlepiej wyszkoleni tajni agenci NKWD i GRU, podstawiani w miejsce autentycznych osób i latami je udający. Byli fizycznie bardzo podobni do oryginałów i znali mnóstwo szczegółów z ich życia rodzinnego. Oryginał NKWD łapało, szczegółowo przesłuchiwało po czym albo mordowało albo wysyłało do łagru. Tak czy owak człowiek oryginał zniknał, a w jego miejsce podstawiany był wyszkolony sobowtór. Wyborem matrioszek kierował gen. NKWD Gieorgij Siergiejewicz Żukow. Takimi matrioszkami były na pewno osoby w Armii Berlina, Armii Andersa, Ludowym Wojsku Polskim, ale niemal na pewno nie tylko. Jest duże prawdopodobieństwo że matrioszkami byli Bolesław Bierut i gen. Wojciech Jaruzelski, a możliwe że także gen. Czesław Kiszczak. Autorka opisuje przypadki Bieruta i Jaruzelskiego. Jeśli chodzi o Bieruta to niemal na pewno był matrioszką. Wskazują na to wydarzenia z lutego 1947 r. z Hotelu Francuskiego w Warszawie gdzie NKWDzista w mundurze wszedł sobie spokojnie do budynku i dalej do pomieszczenia, w którym był Bierut i wielu bezpieczniaków. Wyjął pistolet i zastrzelił Bieruta. Chwilę potem zginął. Pół godziny później gdy trwało jeszcze wielkie zamieszanie pojawił się jak spod ziemi Bolesław Bierut jak najbardziej żywy i jakby zmartwychwstały. Ochrona i świadkowie dostali nakaz milczenia. Jak wszystko wskazuje zastrzelony został prawdziwy Bierut. Ten fałszywy wrócił z Moskwy „w kuferku”  w 1956 r.
Jeśli chodzi o gen. Jaruzelskiego to także wiele faktów wskazuje na to, że był wymieniony na matrioszkę. Np. w 1946 r. gdy matka i siostra Wojciecha wróciły z zesłania na Syberię miały poważne wątpliwości co do tego czy ów człowiek stojący przed nimi to ich syn i brat. Ich relacje stopniowo pogarszały się coraz bardziej aż do tego stopnia, że matka Wojciecha nie życzyła sobie, aby uczestniczył w jej pogrzebie. Zdjęcia z dzieciństwa wskazują, że Wojciech miał odstające uszy, a ten powojenny już nie. Rzekomo na Syberii Wojciech nabawił się śnieżnej ślepoty i przez to musiał nosić słynne ciemne okulary, ukrywające jego oczy. Jednak jako młody żołnierz obywał się bez nich. Czyżby zatem sowieci znaleźli sobowtóra o innym kolorze oczu i dlatego Jaruzelski nosił ciemne okulary, aby to się nie wydało?! Poza tym przedwojenny Jaruzelski znał łacinę, a powojenny nie. I ten przed wojną delikatnie mówiąc nie przepadał za czerwonymi, a ten powojenny wręcz przeciwnie i zrobił ogromną karierę w czerwonym wojsku.
Autorka pisze, że gen. Żukow po pijanemu kiedyś powiedział o matrioszkach w Armiach Andersa i Berlinga swojemu koledze gen. Karolowi Świerczewskiemu, a ten w 1946 r. przekazał to późniejszemu premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi (obaj byli wtedy wiceministrami obrony narodowej). Świerczewski zginął niedługo później w dziwnych okolicznościach podczas potyczki z UPA, a Jaroszewicz wraz z żoną został zamordowany w 1992 r. Po śmierci Świerczewskiego zaczął on węszyć i prawdopodobnie coś wywęszył. Twierdził już w III RP nieostrożnie, że ma jakieś dokumenty które zmiotą wiele karier. I to go zgubiło, a przy okazji jego żonę.

Resumując, książka bardzo ciekawa, zawiera mnóstwo informacji. Mnie jednak nieco rozczarowała. Liczyłem, że autorka bardzie się skupi na czasach nam współczesnych i takich osobach jak np. Janusz Lewandowski, Tadeusz Mazowiecki, Jan Krzysztof Bielecki, Leszek Balcerowicz, Hanna Gronkiewicz Waltz i wiele innych osób ze świecznika III RP. Według informacji krążących od dawna po internecie, powołujących się na dokumenty MSW wymieniane są żydowskie imiona i nazwiska tych osób odpowiednio: Aron Langman, Icek Dickman, Izaak Blumenfeld, Aaron Bucholtz, Haka Grundbaum. Więcej na ten temat tu: http://yelita.pl/artykuly/art/lista-prawdziwych-zydowskich. Dobrze byłoby aby ktoś zweryfikował i potwierdził te informacje. No cóż widocznie autorka uznała, że jeśli to zrobi to może popełnić samobójstwo. Najwyraźniej jeszcze nie czas na to, ale wierzę, że ten czas nadejdzie. Tak czy inaczej książka bardzo dobra i warta przeczytania.

Jak się bronić przed wirusami i pandemią szczepień

Trwa wciąż (choć już słabnie) medialna histeria związana z tzw. koronawirusem w Chinach. Wczoraj w TV podali, że zmarło już ok. 700 osób (gdy tymczasem na zwykłą grypę w samym tylko USA w tym sezonie zachorowań zmarło ok. 8 tysięcy osób, ale o tym w TV ani słowa). To raczej według mnie bardziej medialna epidemia niż rzeczywista. Jednak może kiedyś wystąpić rzeczywista epidemia.

Każdy kto nie łyka bezmyślnie tego co serwuje nam reżimowa telewizja (wszystko jedno czy „pisowska” czy „powska”, bo w sprawie koronawirusa sieją jednakową propagandę strachu) wie, że ten wirus został wygenerowany sztucznie w laboratorium i uwolniony. Jednym z celów wywoływania psychozy strachu jest to, aby ludzie się masowo szczepili na tego wirusa. A świadomi wiedzą, że szczepienia to nic dobrego, a wręcz przeciwnie. Jak więc się przed tym bronić i uniknąć wizyty u osób w białych kitlach? Na szczęście są sposoby. W poniższym filmie Pol Lechicki je krótko przedstawia. M. in. są to zioła przeciwwirusowe, srebro kolidalne, MMS, złoty MMS.
Bardzo ważny jest też apel o tworzenie społeczności lokalnie wspierających się i dzielących swoją wiedzą, aby móc skutecznie stawiać opór okupantom. Szczegóły na Ariowie.com/rody

Dokładniej temat omawia Jerzy Zięba w poniższym filmie (najlepiej ściągnąć go i zapisać na dysku bo syjonistyczna cenzura nie śpi i nie wiadomo jak długo film będzie dostępny – z you tuba już zniknął).

A tu Adolf Kudliński opowiada o ziołowej mieszance przeciwwirusowej (też lepiej ściągnąć i zapisać, bo z konta p. Adolfa na you tube już go usunęli).

Tu jest prosty sposób na pobieranie filmów z You Tuba:

I na koniec jeszcze „ogłoszenie parafialne”: Proszę do mnie nie przysyłać maili w sprawie chęci zakupu proponowanej wyżej przez p. Adolfa Kudlińskiego mieszanki ziołowej lub czegokolwiek innego. Nie zajmuję się żadnym handlem i nie mam żadnego związku ani kontaktu z panem Adolfem Kudlińskim.

Powyższe ogłoszenie zamieszczam w związku z tym, że po pewnej przerwie znowu zaczęły do mnie przychodzić maile w sprawie chęci zakupu tego czy owego co sprzedaje p. Kudliński. To pomyłka.

Polskie zasoby naturalne zagrożone!

Wczoraj w sejmie przegłosowana została ustawa o zmianie ustawy prawo geologiczne i górnicze oraz niektórych innych ustaw. Przyjęte przez sejm w błyskawicznym tempie zmiany umożliwią rządowi oddanie zagranicznym koncernom naszych zasobów naturalnych. Więcej o tym w poniższym filmie.  Do wszystkich czytelników prośba o rozpowszechnianie tej informacji i filmu, aby to nagłośnić.

Prośba także o podpisywanie petycji przeciwko nowelizacji ww. ustawy. https://www.petycjeonline.com/protes_przeciw_ustawie_nowe_prawo_geologiczne_i_gornicze

Powrót do Jedwabnego

Dziś streszczenie i recenzja książki pt. „Powrót do Jedwabnego” autorstwa Wojciecha Sumlińskiego, Tomasza Budzyńskiego i Ewy Kurek.

Najpierw bardzo krótko o autorach – przy okazji recenzji innych książek już ich sylwetki bowiem przedstawiałem.

Wojciech Sumliński – dziennikarz śledczy, absolwent Wydziału Psychologii UKSW. Mocno wierzący katolik. Autor wielu książek o patologiach III RP przez co wielokrotnie był ciągany po sądach. Ma swoje wydawnictwo – Wojciech Sumliński Reporter (WSR).
Tomasz Budzyński – major, były szef delegatury ABW w Lublinie. Od 2015 r. współpracuje z Wojciechem Sumlińskim przy pisaniu książek o tzw. elitach III RP.
Ewa Kurek – doktor historii po lubelskim KUL, specjalistka od Żydów i stosunków polsko-żydowskich. Autorka wielu książek. „Historyk wyklęta”, bowiem przedstawia prawdę niewygodną dla tzw. narodu wybranego, „antysemitka”.

Na początku mamy 2-stronnicowe noty biograficzne o każdym z trójki autorów, a potem słowo wstępne od Wojciecha Sumlińskiego. Pisze on, że wreszcie zakończył się ostatni z procesów jaki mu wytoczono i że został uniewinniony. Miał 20 procesów cywilnych i 4 procesy karne.

Pierwszy i najdłuższy rozdział książki ma tytuł „Antysemita”.  Zaczyna się on od opisu zatrzymania Wojciecha Sumlińskiego na lotnisku w podlondyńskim Luton w 2018 r. przez służby graniczne. Sumliński jechał wtedy do Southampton na zaproszenie tamtejszych księży i miał się spotkać z Polonią. Zatrzymano go i przesłuchiwano, gdyż jak się dowiedział z informacji posiadanych przez straż graniczną należał on rzekomo do ultraprawicowej neonazistowskiej organizacji. Było to jedno wielkie nieporozumienie, a sam opis tego jak Sumlińskiego potraktowano i jak go przesłuchiwano pokazuje jak mają w UK wyprane mózgi i jaka to u nich jest demokracja. Sumliński spędził kilka godzin w areszcie nim go wypuszczono i pozwolono na wjazd do Wielkiej Brytanii. Polskie (tak pisze autor, a dla mnie jedynie polskojęzyczne) władze zupełnie się nie przejęły potraktowaniem dziennikarza przez Brytyjczyków. Nie podjęły żadnej interwencji dyplomatycznej. To pokazuje że słowa byłego ministra Sienkiewicza o Polsce (z taśm PO), że nasz kraj to państwo teoretyczne i ch… d… i kamieni kupa są w pełni prawdziwe.
Następnie jest mowa o wstrzymaniu w 2001 r.  ekshumacji w Jedwabnem. Przedstawiona jest opowieść w tej sprawie jednego z prokuratorów IPN i o tym co się stało potem, czyli jak tzw. autorytety moralne i ówczesny prezydent niedoszły magister i alkoholik Kwaśniewski, a nawet biskupi przepraszali za rzekomą polską zbrodnię popełnioną na Żydach w Jedwabnem. Tu według mnie nie ma nic ciekawego, bo to żadna nowość.
Potem mamy informację o tym, że W. Sumliński odkrył przy okazji innych dziennikarskich badań, że pewne środowiska żydowskie specjalizują się w monopolizowaniu cierpień Żydów, deprecjonowaniu cierpień innych narodów i kreowanie swojego rzekomego bohaterstwa i heroizmu. Też nic nowego.
Następnie jest mowa o tym jak świat postrzega Polskę i Polaków i jak w świecie tzw. zachodnim zrobiono z nas nazistów, antysemitów i morderców Żydów. I uczą o tym np. w Kanadzie na I roku studiów na kierunku historia! Z pewnością wiedzieliśmy, że kłamstwa na nasz temat są bardzo rozpowszechnione na zachodzie, ale pewnie nie wszyscy po tej lekturze się spodziewali że aż do tego stopnia.
Dalej mamy przedstawione to w jaki sposób Wojciech Sumliński dochodził do tego o co chodzi z tymi światowymi kłamstwami i oczernianiem Polski przez Żydów. Dotarł do książki Normana Finkelsteina pt. „Przedsiębiorstwo Holokaust”, w której autor opisuje jak to syjonistyczne organizacje zrobiły sobie z Holokaustu „świnkę skarbonkę” i wymusiły za Holokaust odszkodowania (rzekomo dla ofiar i ich rodzin, a faktycznie większość pieniędzy wzięły te syjonistyczne organizacje) najpierw od państwa niemieckiego, potem od przedsiębiorstw niemieckich i od Szwajcarów. I wciąż było im mało, więc za kolejny cel do ograbienia obrały sobie teraz Polskę i ogólnie kraje Europy wschodniej. Tak jak wcześniej zrobili kampanię w mediach i kongresie zniesławiającą Szwajcarię i poprzez naciski USA wymuszającą zapłatę odszkodowań za tzw. „uśpione konta” tak potem zaczęli robić to samo z naszym krajem. I temu służyła m.in. oszczercza i kłamliwa książka Grossa pt. „Sąsiedzi”.
Dalej mamy opis ciekawego spotkania Wojciecha Sumlińskiego z młodszą koleżanką Ewy Kurek, Żydówką Judytą Cohner-Lewinowską. Napisała ona bardzo niepoprawną politycznie pracę doktorską na temat zagłady Żydów podczas II wojny światowej z punktu widzenia żydowskich praw Kidusz HaSzem i Kidusz HaChaim. Nie będę tu wyjaśniał o co chodzi. Opisywałem to przy przedstawianiu książki dr Ewy Kurek o stosunkach polsko-żydowskich w latach 1939-1945. Jak się okazuje są także uczciwi Żydzi. Ta młoda kobieta chciała prosić W. Sumlińskiego o wydanie jej rozprawy w jego wydawnictwie bowiem na Uniwersytecie Warszawskim jej nie pozwolono ani obronić ani wydać jej pracy. Jeden z recenzentów jej rozprawy prof. Paweł Śpiewak bardzo się na nią wkurzył za to że ośmieliła się poruszać taki temat i nazwał ją nawet antysemitką! Wojciech Sumliński zgodził się wydać jej pracę.
Następnie mamy informacje o tym jak W. Sumliński kopał w różnych archiwach, artykułach i szukał informacji o tym jak naprawdę wyglądała sytuacja Żydów i Polaków w czasie niemieckiej okupacji Polski w latach 1939-1945. Mamy tu przedstawione w skrócie zapisy z pamiętników Emanuela Ringelbluma i Adama Czerniakowa. Dowiadujemy się z nich m.in., że do przełomu 1941/1942 Żydzi żyli sobie całkiem spokojnie w gettach, a burmistrzowie gett (jak Adam Czerniakow w Warszawie czy Chaim Rumkowski w Łodzi) współpracowali z Niemcami, pilnowali porządku w gettach i wykonywali rozkazy Niemców i żyli sobie bardzo wygodnie mając nawet do dyspozycji samochód służbowy.
Dowiadujemy się też o tym, że przez pierwsze ok. 2 lata okupacji Polacy chcąc uniknąć wywózki na roboty do Niemiec zakładali na ramię opaski z gwiazdą Dawida udając Żydów. Jeśli ktoś nie zna historii to informacje które tu przeczyta go z pewnością zszokują. Dla mnie po lekturze ww. książki dr Ewy Kurek nie jest to jednak nic nowego. Pisałem już o pamiętnikach Ringelbluma i Czerniakowa przy okazji przedstawiania książki dr Kurek, więc nie będę tu się nad nimi rozwodził.

Drugi rozdział, zatytułowany „Niebezpieczne kłamstwa Grossa” dotyczy, jak sama nazwa rozdziału wskazuje, książki socjologa Jana Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”, w której to oskarża on mieszkańców Jedwabnego i tym samym także naród polski o to, że w 1941 r. bestialsko zamordowali Żydów i  ograbili ich z kosztowności. Kłamstwa te są tak bezczelne, że ten pseudohistoryk nawet napisał w tej swojej makulaturze, że Niemcy próbowali z polskimi władzami miasteczka dyskutować, aby po jednej rodzinie żydowskiej z każdego zawodu zostawić przy życiu ze względów praktycznych, a Polacy odpowiedzieli, że nie że mają swoich i trzeba wszystkich Żydów zamordować. Każdy kto zna dobrze historię wie, że to są wszystko bzdury, bowiem nigdy Niemcy na podbitych terenach nie dyskutowali z „podludźmi” tylko narzucali im swoje porządki. Choćby tylko z tego jednego powodu książka Grossa jest całkowicie niewiarygodna. W rozdziale tym mamy doskonale zdemaskowane wszystkie istotne kłamstwa, manipulacje i pominięcia Grossa począwszy od co najmniej 4-krotnie zawyżonej liczby ofiar, przez podważenie wiarygodności świadków na których oparł się Gross, a których w momencie dokonania przez Niemców mordu w Jedwabnem nie było. Co więcej ci rzekomi świadkowie Grossa są niewiarygodni także z innego powodu. Pod koniec lat 40-ych w Polsce miała miejsce tzw. sprawa Samuela Fabera – szefa UB w Łomży, który stworzył szajkę wyłudzającą majątki po Żydach, którzy zginęli w czasie Holokaustu. Faber wynajął tych rzekomych świadków Grossa, a ci zeznawali w sądzie że byli w 1941 r. w Jedwabnem i są rzekomo krewnymi zamordowanych i widzieli co się wtedy działo. O dokonanie zbrodni oskarżyli wtedy Niemców, a nie Polaków. O tym Gross w książce nie napisał. Nie mógł tego wiedzieć, bo te materiały odkryto dopiero po publikacji jego książki.
Nie będę się skupiał na dokładnym opisie tych wszystkich kłamstw, manipulacji i przemilczeń Grossa oraz ich demaskacji. Odsyłam do lektury. Jeśli ktoś słuchał kilka lat temu, jak ja, kilkuczęściowego wykładu o zbrodni w Jedwabnem Leszka Żebrowskiego (na you tube) to wiele nowego i odkrywczego się z tego rozdziału nie dowie.

Rozdział trzeci pt. „Sąsiedzi” to zapis rozmów jakie przeprowadził mjr Tomasz Budzyński z dr Ewą Kurek podczas pracy nad książką o mordzie w Jedwabnem. Jest tu sporo informacji historycznych i nie tylko. Dowiadujemy się np., że ekshumacje szczątków Żydów zamordowanych w czasie wojny przeprowadzono w kilkudziesięciu miejscach w Polsce. Ewa Kurek dowodzi, że ekshumacje szczątków zamordowanych Żydów są jak najbardziej zgodne z żydowskim prawem halachicznym (wręcz w takich sytuacjach są konieczne) czyli dokładnie odwrotnie niż twierdził rabin Michael Schudrich, który kazał wstrzymać prace ekshumacyjne dlatego, że nie można zakłócać spokoju zmarłym. Poza tym, a może raczej przede wszystkim, wstrzymanie ekshumacji było złamaniem polskiego prawa – art. 209 Kodeksu Postępowania Karnego, który mówi, że „Jeśli zachodzi podejrzenie przestępczego spowodowania śmierci przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok.” W Jedwabnem nie ma wątpliwości, że doszło do mordu, a więc należy zrobić ekshumację i obejrzeć szczątki ludzkie.
Mamy też informacje o tym jak to Ewa Kurek zbierała podpisy pod petycją o dokończenie ekshumacji w Jedwabnem i jak to niejaki Johny Daniels stwierdził, że ekshumacji i tak nie będzie nawet gdyby 40 mln Polaków się pod tym podpisało.
Dr Kurek mówi, że nasz (polskojęzyczny) rząd boi się Żydów jak ognia i klęczy przed nimi i że przez to Żydzi nami gardzą i robią z nami co chcą. Według niej z Żydami trzeba ostro, bo tylko wtedy będą nas szanować, bo taka jest ich natura, że ustępliwość, szlachetność, życzliwość traktują jako oznakę słabości.
Dowiadujemy się tu też o prof. Samuelu Olinerze – polskim Żydzie, który gdy miał 10 lat został uratowany przed śmiercią przez polskich chłopów. Wyemigrował on po wojnie do USA, tam skończył studia i zrobił karierę naukową. Wszędzie gdzie tylko mógł głosił prawdę o tym Polacy mimo strasznych represji ratowali Żydów i że on jest tego przykładem. Polska rodzina narażając swoje życie przez kilka lat opiekowała się nim.
Dalej mamy informacje o tym, że Żydzi i Polacy od zawsze odmiennie podchodzili do państwa polskiego. Dla Polaków to była ojczyzna i gdy była zagrożona walczyli o jej byt. Dla Żydów Polska była tylko Polin – obszarem na którym spoczęli oczekując na powrót na ziemie Izraela zgodnie z ich religią. Nie identyfikowali się z Polską i gdy nastał okres zaborów, a potem II wojny światowej Żydzi szybko podporządkowali się nowym władzom okupacyjnym. Dla nich zmienił się tylko zarządca ziem i nic poza tym. Dla nas to jak Żydzi postępowali to była zdrada. Skoro jednak Żydzi nigdy nie identyfikowali się z Polską i polskością to nie można ich jednak nazwać zdrajcami. Więcej na ten temat jest w książce Ewy Kurek o stosunkach polsko-żydowskich w czasie wojny i wcześniej, o której już wspominałem. Na tym więc zakończę ten wątek.
Mamy tu też trochę o tym jak to Niemcy planowali rozwiązać tzw.  kwestię żydowską i jak metodycznie to realizowali. Getta w których Żydzi sami chcieli być (i nawet sfinansowali budowę muru getta warszawskiego!) myśląc, że dobrzy Niemcy dają im autonomię, której ci straszni Polacy w II RP im dać nie chcieli okazały się dla nich zgubą. Żydzi myśleli, że wojna to problem Polaków i Niemców, a ich nie dotyczy. Jak bardzo się pomylili dowiedzieli się dopiero w 1942 roku, gdy getta zaczęły być likwidowane, a ich mieszkańcy wywożeni do obozów zagłady. Zapewne mało kto zna tę prawdę o gettach. Pora aby ją poznało szersze grono Polek i Polaków co będzie możliwe m. in. dzięki tej książce.

Rozdział czwarty pt. „Cena prawdy” to rozmowa Tomasza Budzyńskiego z prof. Małgorzatą Grupą, a może raczej opowieść tej drugiej. Małgorzata Grupa kierowała w 2001 r. pracami ekshumacyjnymi w Jedwabnem. Rozmowa przedstawia kulisy tych prac. Jak mówi prof. Grupa były to szczególne prace ekshumacyjne – jedyne takie w jej karierze i owa szczególność objawiła się tutaj niestety mocno negatywnie. Gdy jej zespół był już bliski odkrycia prawdy nakazano im zakończyć pracę i wszystko zasypać. Prace archeologiczne były cały czas nadzorowane przez Żydów w osobie rabina Ecksteina (oficjalnie) i rabina Schudricha (nieoficjalnie). Teren prac był odgrodzony od otoczenia tak, że nie było nic widać, był obstawiony przez policję. Na teren wykopalisk mogli wejść tylko archeolodzy z przepustkami. Już samo to było niezwykłe dla kierującej pracami kobiety. Rabin Schudrich utrudniał także prace próbując np. nakazywać archeologom gdzie mają kopać itp.
Na początku dość szybko zespół archeologów odnalazł obrys dawnej stodoły, w której spaleni zostali Żydzi. Następnie rozpoczęto poszukiwania zbiorowej mogiły. Poszukiwania te, zgodnie z tym co mówili „świadkowie” z książki Grossa i zgodnie z instrukcjami rabina Schudricha, prowadzono na terenie pobliskiego kirkutu. Jednak zbiorowej mogiły tam nie znaleziono. Wtedy archeolodzy postanowili poszukać mogiły na terenie dawnej stodoły. I tam dość szybko ją znaleźli. Wtedy żydowscy rabini (w szczególności Schudrich) podnieśli wrzask, zaczęli się wściekać i dzwonić do kogoś w Waszyngtonie i Izraelu. W tym czasie prace jeszcze trwały. Znaleziono koło szczątków wiele łusek z karabinów Mauser oraz ok. 0,5 kg biżuterii. A wszystko to bez podnoszenia zwłok odkrywając tylko wierzchnią warstwę ziemi. Tym samym obalono już na wstępie 2 główne kłamstwa z książki Grossa – że zamordowanych Żydów pogrzebano na kirkucie oraz, że Polacy po zamordowaniu Żydów ograbili ich z kosztowności. Trzecie kłamstwo, i najważniejsze, również wisiało na włosku – znalezione łuski wskazywały na sprawstwo Niemców, bo Polacy na pewno nie mieli broni palnej. To jednak jeszcze na upartego możnaby może jakoś wytłumaczyć, że owe łuski mogły pochodzić z innego okresu (choć to raczej karkołomne tłumaczenie, bo niby jak miałyby się tam znaleźć). Rozmiary stodoły ok. 16 m x 9 m obalały kolejne kłamstwo Grossa o rzekomych 1600 ofiarach spalonych w stodole. Oznaczałoby to, że na 1 m2 podłogi stodoły musiałoby się zmieścić ok. 11 osób, co jest w oczywisty sposób niemożliwe.
Jednak zupełnie już pogrążyła wersję Grossa znaleziona jedna łuska, inna niż pozostałe. 30 maja 2001 r. archeolodzy znaleźli łuskę typu Mauser kaliber 7,92 mm. Jak ustalono pocisk, którego pozostałością była łuska, pochodził z karabinu maszynowego MG 42. Karabin ten wszedł do seryjnej produkcji na przełomie 1941/1942, a zbrodnia w Jedwabnem miała miejsce 10.07.1941. Prototyp tego karabinu skonstruowano w lecie 1939 r. i wyprodukowano ok. 1700 sztuk, które dano Wehrmachtowi do testów. I z takiej testowej broni wystrzelono ten pocisk, po którym pozostałą łuskę znaleźli archeolodzy. Jest to niepodważalny dowód na sprawstwo Niemców. Polacy nie mogli posiadać broni (w razie jej znalezienia przez Niemców oznaczało to śmierć dla jej posiadacza),  a nawet jeśli któryś z Polaków w Jedwabnem był na tyle szalony, że ją posiadał to na pewno nie mógł mieć karabinu maszynowego, nieprodukowanego seryjnie, a danego dopiero do testów wyłącznie Wehrmachtowi.
W związku z tymi mocno niewygodnymi odkryciami na polecenie Żydów prace wstrzymano. Niedługo później pod wpływem nagonki ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński zarządził zakończenie ekshumacji. Znacznej części prawdy nie udało się ustalić. Jednak to co ustalono jest już wystarczające, aby stwierdzić, że na pewno nie było tak jak opisał to J. T. Gross w książce „Sąsiedzi”.

Ostatni rozdział ma tytuł „To tylko norma”. Jest to rozmowa jaką przeprowadził Tomasz Budzyński z prezesem Instytutu Ordo Iuris, mecenasem Jerzym Kwaśniewskim. Rozmowa dotyczyła sytuacji prawnej w jakiej znajduje się Polska w związku z roszczeniami żydowskimi. Oczywiście jak się można domyśleć poruszono przede wszystkim sprawę amerykańskiej ustawy 447 JUST. I rzecz jasna wbrew temu co twierdzi rząd ta ustawa przyjęta przez kongres USA i podpisana przez prezydenta USA jest dla nas bardzo niebezpieczna.
Mecenas Kwaśniewski wyjaśnia co to takiego jest norma prawna (stąd tytuł rozdziału) i jak się ona tworzy. Okazuje się, że nie zawsze musi być jakiś traktat, umowa czy konwencja podpisana przez strony, aby można było się na to powołać i domagać jakichś czynności czy odszkodowania. Wystarczy bowiem w pewnych przypadkach sama deklaracja złożona przez przedstawicieli państw, przyjęta jednogłośnie. I nie musi być nawet nic podpisywane. Wystarczy brak sprzeciwu.
I taką sytuację mamy niestety w przypadku roszczeń Żydów do mienia bezspadkowego. 30.06.2009 r. w czeskim Terezinie odbyła się konferencja międzynarodowa Holocaust Era Assets Conference. Byli na niej obecni przedstawiciele wielu państw Europy środkowej i wschodniej, w tym Władysław Bartoszewski reprezentujący Polskę. Przyjęto na niej jednogłośnie deklarację, że przedstawiciele państw obecnych na konferencji uznają, że istnieje konieczność ułatwienia odzyskania mienia pożydowskiego spadkobiercom w tym także osobom pochodzenia żydowskiego niespokrewnionym z właścicielami przepadłych majątków.
Oznacza to, że przyjęto wtedy deklarację, że państwa uczestniczące w konferencji zapewnią możliwość dochodzenia roszczeń Żydom do mienia bezspadkowego. Nikt z uczestników się nie sprzeciwił. To wystarczy, aby uznać, że powstała norma prawna pozwalająca na żądanie od Polski i innych krajów Europy wschodniej zwrotu żydowskiego mienia bezspadkowego Żydom niespokrewnionym z właścicielami którzy zginęli w Holokauście – w tym także jak się można domyśleć organizacji żydowskich takich jak WJRO – Światowej Organizacji ds. Restytucji Mienia Żydowskiego.
Następnie powstała w USA ustawa 447 JUST, która zobowiązuje rząd USA do tego, aby naciskał na zwrot mienia bezspadkowego niespokrewnionym ze zmarłymi właścicielami Żydom. Powołano się w niej właśnie na deklarację przyjętą w Terezinie w 2009 r.
Sama ustawa 447 nie daje nic, bowiem w Polsce nie ma ustawy pozwalającej na zwrot mienia bezspadkowego niespokrewnionym Żydom. Jednak ustawa 447 służy temu, aby takie ustawodawstwo na naszym kraju wymusić. Poza tym jak twierdzi Jerzy Kwaśniewski w ciągu najbliższych kilku lat nawet jeśli u nas nie powstanie żadna ustawa umożliwiająca zwrot mienia bezspadkowego nie oznacza to, że jesteśmy bezpieczni. Żydzi na pewno zaczną składać pozwy do sądów w USA, a te powołując się na deklarację z Terezina będą orzekać, że należy się Żydom zwrot wnioskowanego mienia. Biorąc pod uwagę sytuację geopolityczną i siłę USA oraz słabość naszego kraju próby sprzeciwiania się i uznawania wyroków amerykańskich sądów za bezprawne poniosą fiasko. Zrobi się taki rejwach na świecie, taka fala oskarżeń o antysemityzm, nazizm i nie wiadomo co jeszcze i do tego zapewne szantaż ze strony USA (np. sankcjami gospodarczymi), że nie pozostanie nic innego jak zapłacić. I tak stopniowo nastąpi lawina pozwów i wyroków z USA. Co to oznacza chyba nie trzeba tłumaczyć.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia – umowy między PRL i USA z 1960 r. w sprawie znacjonalizowanego po wojnie mienia należącego do polskich Żydów będących obywatelami USA. Umowa ta przewidywała, że rząd PRL wypłaci rządowi USA pieniądze, a ten przejmie na siebie wszystkie roszczenia od Żydów. Ta umowa nas nie zabezpiecza przed roszczeniami do mienia bezspadkowego. Są tu kruczki prawne odnośnie terminologii. Umowa z 1960 r. dotyczyła roszczeń do mienia znacjonalizowanego. Sprawa mienia bezspadkowego dotyczy roszczeń nazywanych w ustawie 447 zadośćuczynieniem (JUST – Justice for Uncompensated Survivors Today – czyli chodzi o rekompensatę albo inaczej mówiąc zadośćuczynienie). Nie ma tu ani słowa o nacjonalizacji, więc umowa z 1960 r. nie obejmuje roszczeń o których mówi ustawa 447.
Sytuacja wygląda więc bardzo źle. Jedyne co jeszcze daje nam szanse na obronę wg mecenasa Kwaśniewskiego to wysłanie noty sprzeciwiającej się deklaracji terezińskiej do rządu USA czym byśmy podważyli tę deklarację i tym samym normę na jakiej opiera się ustawa 447. Bez zakwestionowania deklaracji terezińskiej nie mamy szans na obronę.
20.01.2020 do sejmu trafił obywatelski projekt ustawy pt. STOP447. Zakazuje on przedstawicielom rządu i urzędnikom jakichkolwiek negocjacji w sprawie zwrotu mienia bezspadkowego czy wypłaty odszkodowania pod groźbą kar więzienia od 3 do 25 lat. Do tego w preambule projektu jest napisane, że nasz kraj uznaje deklarację terezińską za prawnie niewiążącą. Jeżeli zostałby on przyjęty przez parlament i podpisany przez prezydenta wówczas mielibyśmy szanse zablokować roszczenia do mienia bezspadkowego. Ustawa STOP447 podważałaby bowiem deklarację terezińską na której opiera się ustawa 447 JUST. Jeśli STOP447 zostanie odrzucone to prawna sytuacja Polski co do roszczeń do mienia bezspadkowego stanie się katastrofalna.

Tak to niestety wygląda. Dlatego gdy projekt STOP447 będzie procedowany w sejmie powinniśmy masowo się zebrać pod sejmem. Tylko silna presja na polskojęzycznych politykierów może sprawić, że tego projektu nie odrzucą. Inaczej pozostaje nam chyba jedynie negocjować termin i harmonogram spłat roszczeń i przyszłość kolejnych pokoleń będzie opłakana.

Podsumowując książka bardzo dobra, interesująca, zawierająca mnóstwo informacji dla kogoś kto mało się interesuje sprawą Jedwabnego i oczerniania naszego narodu przez syjonistyczne światowe media i organizacje. Ktoś taki zrozumie o co w tym wszystkim chodzi, po co te kłamstwa i oszczerstwa i dlaczego wstrzymano ekshumację w Jedwabnem. Pozna też trochę prawdziwej historii o stosunkach polsko-żydowskich, o żydowskiej mentalności i o tzw. martyrologii Żydów od początku wojny.
Dla kogoś zorientowanego w ww. sprawach, takiego jak ja, książka nie będzie wiele nowego wnosić. To co w niej bowiem jest zawarte albo zostało już opisane w innych książkach (jak ww. książka dr Kurek) albo też było wielokrotnie wałkowane w różnych gazetach, pismach czy wykładach dostępnych w internecie (jak przywoływany wykład Leszka Żebrowskiego – Jedwabne – pytania i wątpliwości na you tube). Można ją za to potraktować jako zebranie ważnej wiedzy w jednym miejscu. Ważny jest także ostatni rozdział, który uzmysławia nam w jak poważnym i złym położeniu się w tej chwili znajduje nasz kraj.

Nanowoda, czyli woda zdeklastrowana albo plazmowana

Woda wydaje nam się pospolitą cieczą. Tkwi w niej jednak ogromny potencjał, który możemy wykorzystać szczególnie efektywnie, gdy występuje ona w postaci NANOwody.

Czym jest NANOwoda? 

Woda składa się z grup cząsteczek H2O. Dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii duże skupiska cząsteczek wody ulegają rozbiciu na niewielkie, uporządkowane grupy tzw. klastery. Pojedyncza cząsteczka wody ma zaledwie 1 nm (nanometr) średnicy – stąd wywodzi się nazwa NANOwody. Badania pozwoliły stwierdzić, że NANOwoda ma szczególne właściwości. Jest ona doskonałym rozpuszczalnikiem dla aktywnych związków.

Poniżej krótki film dotyczący fenomenu nanowody.

Źródło: https://www.nantes.com.pl/nanowoda/

 

Homeopatia – jak to działa

Homeopatia jest znana od ok. 200 lat i przez lekarzy i tzw. medycynę konwencjonalną jest negowana i wyśmiewana. Ich argumentem jest, że jak może działać leczniczo roztwór w którym na jedną cząsteczkę jakiejś rozpuszczonej substancji przypada milion albo i miliard cząsteczek wody? Wydaje się, że mają rację, bo jakakolwiek substancja w stężeniu 1 ppm czy 1 ppb na pewno leczniczo nie działa.

Jednak ci, którzy tak twierdzą nie mają pojęcia na czym polega homeopatia. Czynnikiem leczniczym nie jest tutaj ta rozpuszczona w śladowej ilości substancja, ale woda. Im mniej substancji, a więcej wody tym lepiej. I znowu na pierwszy rzut oka wydaje się, że medycyna konwencjonalna ma rację, bo jak woda może leczyć? Gdyby tak było to raka możnaby wyleczyć pijąc czystą wodę np. oligoceńską, a wiadomo że tak nie jest. 

Żeby wyjaśnić jaka jest zasada działania homeopatii oddaję tu głos nie byle komu, bo dr n. med. Krzysztofowi Michalakowi. Będzie trochę fizyki i chemii, nieco matematyki i trochę medycyny.

Ogólnie wiadomo, że im bardziej rozcieńczony lek homeopatyczny tym głębsze jest jego działanie. Oznaczać by to musiało, że w miarę zmniejszania się stężenia substancji rozpuszczonej wzrasta stężenie czynnika leczącego…

I tak jest w istocie. Czynnikiem leczącym bowiem jest woda, a substancja rozpuszczona potrzebna jest jedynie do nadania jej określonej formy ciekłokrystalicznej. Im mniej jest cząsteczek rozpuszczonych, tym więcej może istnieć klastrów wody o określonej strukturze ciekłokrystalicznej, czyli posiadającej określone częstotliwości rezonansowe w zakresie energii rotacyjnych i/lub oscylacyjnych tych klastrów.

Skąd wiadomo, że woda w temperaturze pokojowej ma strukturę klastrów (czyli mini-grudek lodu) i jak duże są te klastry?

  1. W SZKOLE ŚREDNIEJ uczyłem się, że woda ma największą gęstość w temperaturze 4 st. C, a nie w temperaturze zera. W temperaturze powyżej 4 stopni zależność między gęstością, a temperaturą jest natomiast bardziej parabolą niż linią prostą, jak to ma miejsce dla większości substancji. Jest to dowód na to, że w wodzie w temperaturze powyżej zera muszą istnieć struktury podobne do lodu, które prowadzą do zwiększania się objętości wody w miarę jej ochładzania. (Z lekcji fizyki powinniśmy wiedzieć, że woda jest szczególną cieczą, która zwiększa swą objętość przy ochładzaniu i zamarzaniu. Dlatego np. może rozsadzić rury po zamarznięciu. – przyp. WS). Jest to również dowód na to, że struktury te rosną w miarę obniżania się temperatury.
  2. W elementarnym podręczniku dla studentów medycyny pt. „Biochemia Harpera” można znaleźć informację, że w temperaturze pokojowej średnia liczba wiązań wodorowych w wodzie wynosi 3.5 (podczas gdy w lodzie wynosi ona 4). Oznacza to, że tylko 1/8 (12.5%) wiązań wodorowych tworzących strukturę lodu ulega rozpadowi po ogrzaniu wody do temperatury pokojowej. Reszta ciągle tworzy mini-grudki lodu.
  3. Stosując nieco uproszczony model struktury krystalicznej lodu, bazując na matematyce ze szkoły średniej, wyliczyłem, jaki duży musiałby być klaster lodu, by średnia liczba wiązań wodorowych wynosiła 3.5. Wynik, jaki mi wyszedł to 512 cząsteczek. Przyjmując pewien błąd związany niedokładnością modelu można przyjąć, że rozmiar klastra wody to 500 +- 200 cząsteczek.
  4. Dr Wolfgang Ludwig – stosując obliczenia oparte na termodynamice wyliczył, że średni rozmiar klastra powinien wynosić ok. 400 cząsteczek.

Skąd wiadomo, jaką strukturę krystaliczną mają klastry lodu?

Do tego potrzebna jest informacja, którą można znaleźć w większości podręczników z fizyki czy chemii, mówiąca, że kąt między atomami wodoru w cząsteczce wody ma ok. 105 stopni. Co z tego wynika?

To mianowicie, że taki kąt nijak nie pasuje do jakiejś jednej, określonej, regularnej struktury krystalicznej. A skoro tak jest, to muszą istnieć najróżniejsze formy krystaliczne – każda inna – tak jak każdy płatek śniegu jest odmienny od pozostałych.
Mini-domieszki różnych substancji będą więc działać jako czynniki wyzwalające pojawianie się określonej konformacji przestrzennej wody.

No dobrze. Ale skąd wiadomo, że klastry te są na tyle trwałe, że nie ulegają samoistnemu przechodzeniu z jednych form w inne?

1. W książce „Woda i homeopatia” dr Wolfganga Ludwiga prezentowana jest informacja, że siła wiązań wodorowych łączących cząsteczki wody wewnątrz klastra może ulec wzmocnieniu wskutek synchronizacji drgań energii rotacyjnych ok. 20-krotnie, zgodnie z zależnością k=pierwiastek(N), gdzie k to wzmocnienie, a N – rozmiar klastra.

Klastry zyskują wtedy na tyle dużą stabilność, że przy braku dostarczania energii z zewnątrz nie zmieniają swojego kształtu. Można je rozerwać poprzez wstrząsanie, naświetlanie promieniowaniem UV, rentgenowskim czy laserowym.

W każdym podręczniku homeopatii pisze się wyraźnie, że do wyprodukowania leku homeopatycznego NIEZBĘDNE jest silne wstrząsanie próbki pomiędzy każdym kolejnym 10-cio lub 100-krotnym rozcieńczeniem …

2. Każdy, kto zetknął się z problemem mieszania spirytusu z wodą wie, że bezpośrednio po wymieszaniu zapach roztworu to ciągle zapach spirytusu a nie wódki. Trzeba dopiero spirytus porządnie powstrząsać lub pozostawić na drugi dzień, aby się „przegryzł”, dopiero wtedy traci zapach spirytusu, a zyskuje zapach wódki. To najprostszy namacalny dowód na to, że klastry mogą być na tyle stabilne, by utrzymywać się się jeszcze przez wiele godzin w stanie sprzed wymieszania. Dopiero dostarczenie energii z zewnątrz umożliwia zmianę konformacji przestrzennej klastrów i wytworzenie mieszanych klastrów wodno-alkoholowych.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka przyrodnicza związana z homeopatią.

Wiadomym jest w środowiskach homeopatycznych, że często używa się jako nośnika informacji 30% roztworu alkoholu etylowego. Jeśli ktoś z Państwa jest na tyle biegły w chemii by wyliczyć sobie, ile cząsteczek wody przypada na jedną cząsteczkę alkoholu przy tym stężeniu, łatwo wyliczy, że 6. Dokładnie tyle, ile jest atomów wodoru w cząsteczce alkoholu. Przy tej proporcji może się więc tworzyć znacznie bardziej regularna struktura ciekłokrystaliczna.
Taka proporcja umożliwia prawdopodobnie zaistnienie trwalszych konformacji przestrzennych klastrów wodno-alkoholowych.
Warto zwrócić uwagę na fakt, że Hanneman zastosował to stężenie ponad 200 lat temu, kiedy jeszcze nikt nie miał pojęcia ile wodorów jest w cząsteczce alkoholu… Przypadek to czy geniusz Hannemana?

Źródło: https://www.drmichalak.pl/pl/artykuly/12-blednych-paradygmatow-wspolczesnej-medycyny#para6

Dla osób słabych z przedmiotów ścisłych powyższe wyjaśnienie pewnie niewiele mówi. Jednak zawsze w przypadku gdy ktoś będzie negował i wyśmiewał homeopatię można mu odpowiedzieć, że homeopatia ma podstawy naukowe i nie jest żadną szarlatanerią oraz odesłać go do ww. strony dra Michalaka.

Prawdziwa demokracja

Dzisiaj mamy w Polsce, III RP, fasadę demokracji albo jak kto woli tfu demokrację (cytując znanego pana w muszce). Dlaczego chyba nie trzeba specjalnie uzasadniać. Widać to choćby po tym co się dzieje w sądach, do których mówi się często, że idzie się nie po sprawiedliwość, ale po wyrok.

Nie znaczy to, że tak musi być dalej. Dużą szansą dla Polski jest przejście na system tzw. demokracji szwajcarskiej albo inaczej mówiąc demokracji bezpośredniej. Polega on mówiąc w dużym uproszczeniu na tym, że po zebraniu określonej liczby podpisów obywatele wnoszą do parlamentu żądanie przeprowadzenia referendum w jakiejś sprawie (np. jakiejś przyjętej ustawy, która się obywatelom nie podoba np. podniesienie podatków). W takim przypadku rządzący nie mają wyboru i muszą przeprowadzić referendum, bo to w systemie szwajcarskim o zebraniu podpisów jest obligatoryjne. Wynik referendum również musi być respektowany przez parlament i rząd i musi być wykonany. A zatem jeśli np. obywatele odrzucą w referendum podniesienie podatków to rząd musi z tego zrezygnować. Oprócz tego jest także inicjatywa obywatelska działająca na podobnej zasadzie jak referendum. Zbiera się określoną liczbę podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, po czym przeprowadza się dyskusję w parlamencie, informuje o sprawie w mediach i przeprowadza się referendum. Jeśli większość głosujących będzie za – ustawa zostaje przyjęta i wchodzi w życie czy rządowi i parlamentowi się to podoba czy nie.

Taki system nie jest oczywiście doskonały, ale z pewnością jest znacznie lepszy niż obecny. W systemie szwajcarskim bowiem obywatele mają realną kontrolę nad wybraną władzą. Mogą faktycznie realizować to co jest zapisane w naszej konstytucji z 1997 r., że naród sprawuje władzę także bezpośrednio. Dzięki temu traci rację bytu lobbowanie i przekupywanie polityków. Jeżeli bowiem nawet wezmą oni łapówki i przegłosują ustawę sprzeczną z interesem narodu wówczas społeczeństwo może w każdej chwili zebrać się i taką ustawę obalić. W ten sposób mafijną III RP można obalić. Do tego potrzeba jednak dużej świadomości i mobilizacji narodu. Trzeba będzie bowiem takie zmiany wymusić. Obecni politykierzy sami takiego systemu na pewno nie wprowadzą, bo nie jest on w ich interesie.

Na czym polega dokładnie system szwajcarskiej demokracji i dlaczego jest on szansą dla Polski pisze prof. Mirosław Matyja w książce „Szwajcarska demokracja szansą dla Polski?

Bardzo ciekawy jest fragment książki, w którym podjęta została próba analizy zastosowania szwajcarskich rozwiązań systemowo-ustrojowych na polskim gruncie politycznym.

Mirosław Matyja – Szwajcarska demokracja szansą dla Polski?

Zachęcam do czytania i rozpowszechnia dalej i uświadamiania kolejnych osób.

Upadek matriksa jest bliski – G. Soros najprawdopodobniej już nie żyje.

Dlaczego nie żyje? Otóż w dniach 21-24.01.2020 w szwajcarskim Davos odbywało się Światowe Forum Ekonomiczne. Przemawiał na nim rzekomo George Soros, czego ma dowodzić poniższy materiał filmowy udostępniony przez  TV Bloomberg:

https://t.co/LzQ6N4HstA

Niby wszystko wygląda normalnie. Człowiek, który przemawia jest starcem i wygląda jak Soros. Wszystko niby ok. Jednak jeden istotny fakt wskazuje, że to jest najprawdopodobniej oszustwo, a to rzekome wystąpienie Sorosa zostało wygenerowane komputerowo (o tym, że takie rzeczy są technicznie możliwe do zrobienia i że wynegerowany komputerowo wizerunek wygląda jak prawdziwej żywej osoby pisałem w jednym z wcześniejszych postów).
Ów fakt, to źródło z którego pochodzi powyższy film. Otóż jedynym źródłem w którym taki film z przemówieniem Sorosa jest dostępny jest właśnie Bloomberg TV. Gdyby Soros rzeczywiście przemawiał w Davos nagranie video z  przemówienia Sorosa byłoby udostępnione przez wiele innych agencji informacyjnych. Przecież na Światowym Forum Ekonomicznym jest masa dziennikarzy z różnych agencji informacyjnych i wielu krajów świata i oni także mają kamery. Zatem gdyby to przemówienie było prawdziwe oprócz Bloomerg TV byłyby też inne nagrania, innych telewizji. Tych jednak nie ma.
To sprawia, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że to nagranie jest oszustem, dezinformacją i George Soros jest już trupem. Jednak syjonistyczne media wciąż jeszcze grają przed światem szopkę udając, że NWO ma się dobrze.
Ktoś zwrócił również uwagę, że rzekomy Soros mówi bardzo słabym głosem, a jego propagandowa gadka ledwo trzyma się kupy.
A zatem matriks się sypie i to już bardzo wyraźnie! Wolność dla świata jest blisko.

Źródło: https://benjaminfulford.net/2020/01/26/faked-soros-video/

Haniebne wystąpienie prezydenta Dudy

Zbliżają się wybory prezydenckie. W związku z tym warto wiedzieć kto jest dzisiaj prezydentem Polski i tym samym czy chcemy dalej mieć takiego prezydenta. Wiele wskazuje bowiem na to, że dojdzie do reelekcji. Trafiłem dzisiaj na film przedstawiający wypowiedź prezydenta Dudy z 2018 r. Było to w czasie spotkania w Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie. Gdy słuchałem tego co nasz (?) prezydent wygadywał to o mało szlag mnie nie trafił.

Początek był jeszcze w miarę ok, choć powiedział, że na pewno wielu z nas ma domieszkę krwi żydowskiej, bo my Polacy i Żydzi zamieszkujemy nad Wisłą i Odrą od ok. 1000 lat i były mieszane małżeństwa. Otóż pan prezydent nie wie (albo udaje, co chyba jeszcze gorzej), że Żydzi w większości nie asymilowali się z Polakami i tworzyli swoje zamknięte kręgi społeczne, a małżeństwo z gojem (bo tak Żydzi określają nieŻydów) było źle widziane i taka osoba była wykluczana ze społeczności żydowskiej, która bardzo dbała o czystość krwi. Według danych podanych przez dr Ewę Kurek w książce pt. „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945” tylko ok. 10% polskich Żydów było w miarę zasymilowanych z Polakami – przynajmniej na tyle, że znali język polski. Pozostała część społeczności z czasów II RP to byli Chasydzi, którzy żyli w zupełnej izolacji od Polaków, nie znając polskiej mowy. Zatem jeżeli mamy domieszkę krwi żydowskiej to mają ją nieliczni Polacy i Polki.

To można jakoś przełknąć. Nie mogłem natomiast zdzierżyć już tego co prezydent  powiedział później (ok. 21 minuty poniższego filmu). Otóż w imię przypodobania się Żydom (!?) zdeprecjonował tragedię narodu polskiego podczas II wojny światowej. Powiedział, że Żydzi najbardziej ucierpieli podczas wojny i byli masowo mordowani przez Hitlera i że to była hekatomba. O Polakach zaś powiedział, że Hitler chciał z nas zrobić niewolników i że też nas Niemcy mordowali. Czyli co? Żydzi byli masowo mordowani, a Polacy byli siłą roboczą dla Niemców i czasem „przy okazji” jakichś Polaków także Niemcy zamordowali. Zdaje się tak to należy rozumieć, a przynajmniej tak to zrozumie ktoś kto nie zna historii.
A jak było? Hitler planował ludobójstwo Słowian, w tym Polaków. Miało nas zostać jakieś 4-5 milionów jako niewolnicy pracujący na „rasę panów”. Reszta (czyli ok. 20 milionów) miała zostać zamordowana. I ten plan był od początku wojny realizowany z brutalną konsekwencją. Od początku wojny do 1942 roku mordowani przez Niemców byli głównie Polacy (od 1940 roku w obozie Auschwitz). Dochodziło nawet do tego, że niektórzy Polacy zakładali na ramię opaskę z gwiazdą Dawida udając Żydów. O tym też pisze dr Kurek w ww. książce. Ale i później nie było lepiej. Tuż po rozpoczęciu Powstania Warszawskiego Niemcy dokonali rzezi mieszkańców dzielnicy Wola. W ciągu kilku dni zamordowali ok. 50 tysięcy zwykłych mieszkańców!
Dopiero od 1942 roku  do Auschwitz zaczęły trafiać transporty Żydów i wtedy zaczęło się tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej. Z oficjalnych danych wynika, że zginęło 6 milionów obywateli polskich w tym 3 miliony wyznania mojżeszowego, a więc i 3 miliony Polaków Sławian, katolików. Zatem jeśli już to tragedia narodu żydowskiego i polskiego były takie same.

To niestety nie koniec. Słyszymy też tym, że nastąpił jak się raczył wyrazić prezydent Duda „zgrzyt” w stosunkach polsko-żydowskich, ale to nie jest wielki problem. Syjonistyczne organizacje plują na nas, oskarżają o współudział w Holokauście i chcą dokonać wymuszenia rozbójniczego na 300 mld $, ale dla prezydenta Dudy jest to tylko nieznaczący zgrzyt. Dobrze wiedzieć.

Potem jeszcze są peany na cześć Izraela jakie to wspaniałe silne państwo itp. itd. Skoro takie wspaniałe to niech pan prezydent się tam przeprowadzi.

A oto film z tą haniebną wypowiedzią prezydenta Andrzeja Dudy.