Zakazana historia ludzkości

Dziś będzie o książce autorstwa J. Douglasa Kenyona pt. „Zakazana historia ludzkości”. Książka ta przedstawia to jak oficjalna, matriksowa nauka fałszuje prawdziwe początki cywilizacji.

Zakazana historia ludzkości wyd.5 J. Douglas Kenyon

Najpierw kilka słów o autorze. J. Douglas Kenyon ostatnie kilkadziesiąt lat poświęcił obalaniu barier na drodze do nauk niestandardowych. W latach 60-ych XX w. prowadził radiowe programy. W latach 90-ych XX w. uczestniczył jako komentator w dokumentalnych produkcjach wideo. Zawsze popierał on koncepcje ignorowane przeważnie przez prasę głównego nurtu. W 1994 roku założył pismo „Atlantis Rising” (Atlantyda Powstaje), które stało się kroniką starożytnych tajemnic, nauki alternatywnej niewyjaśnionych anomalii.

Książka ma format nieco większy niż A5 i liczy 375 stron. Jest ona zbiorem krótkich (do 10 stron) artykułów różnych alternatywnych naukowców, które ukazały się w różnych latach na łamach pisma „Altantis Rising”. Niektóre artykuły napisał także sam autor książki. Wszyscy autorzy artykułów na końcu książki zostali krótko zaprezentowani.

Artykuły dotyczą ogólnie historii ludzkiej cywilizacji i prezentują koncepcje oraz odkrycia zamilczane lub zwalczane przez oficjalną naukę. Niektóre z tych hipotez są niepewne i być może mało prawdopodobne. Inne zaś są bardzo prawdopodobne czy niemal pewne i znajdują mocne poparcie w dowodach. Tematyka jest różna – od teorii Darwina, przez starożytny Egipt, cywilizację Majów, Azteków  i tajemniczych Olmeków w Ameryce Płd, po Atlantydę, Lemurię czy teorie katastroficzne według których biblijny potop, który zniszczył kilkanaście tysięcy lat temu cały świat nie jest mitem, ale faktem. Poniżej w dużym skrócie przedstawiam o czym są artykuły zawarte w książce. Jest ich
w sumie 42.

Artykuł 1 ma tytuł „Upadek Darwina” i dotyczy jak się można domyśleć tego, że teoria ewolucji w wersji postulowanej przez Darwina faktycznie upadła tylko matriksowa nauka nie chce tego przyznać.  Teoria ta jest jak sądzę dobrze znana każdemu ze szkoły, więc nie będę jej opisywał. Jak podaje autor artykułu, Will Hart, teoria ta w praktyce została obalona. Mimo bowiem usilnych poszukiwań naukowców nie udało się znaleźć kopalnych form przejściowych organizmów. Najlepszym tego przykładem jest Homo sapiens. Rzekomo znaleziona forma przejściowa Homo erectus to oszustwo. Odkrywca tego szkieletu przyznał się, że część kości leżała kilkanaście metrów dalej niż reszta i były to kości małpie, a nie ludzkie. Innym przykładem obalającym teorię Darwina są rośliny kwiatowe. Nigdy nie znaleziono form pośrednich między roślinami bezkwiatowymi, a kwiatowymi, czyli jakichś roślin np. z częściowo wykształconymi kwiatami. Poza tym część teorii Darwina według której o przetrwaniu decyduje walka często nie ma potwierdzenia. Jest wiele organizmów żyjących w symbiozie np. grzyby z drzewami czy mchy z porostami. A i nasz organizm także – są w nim miliardy bakterii bez których nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Artykuł 2 dotyczy sporu ewolucjonizmu (w wersji darwinowskiej) z kreacjonizmem. Autor artykułu, David Lewis twierdzi, że jest to fałszywy spór i obie koncepcje są błędne. Co do pierwszej już wiemy dlaczego z poprzedniego artykułu. Jeśli zaś chodzi o kreacjonizm według którego człowieka stworzył Bóg ok. 6000 lat temu autor także kwestionuje tę koncepcję. Podaje tu program telewizji NBC z1996 r. w którym eksperci przedstawili argumenty obalające tę teorię. Przedstawili dowody ignorowane przez naukowców. Eksperci ci mówili, że obok śladów dinozaurów odkryto ślady ludzkich stóp,
że znaleziono narzędzia kamienne sprzed 55 mln lat, o odkryciu bardzo starych map i o świadectwach na temat zaawansowanych cywilizacji technicznych z czasów prehistorycznych.

Artykuł 3 dotyczy tuszowania faktów naukowych za pomocą filtrów wiedzy i innych metod i napisał go sam autor książki. Opisuje m.in. on przypadek z 1966 r. amerykańskiej archeolog Virginii Steen-McIntyre i jej zespołu. Przeprowadzili oni powszechnie uznawanymi przez naukę metodami datowanie odkrytych w Hueyatlaco w Meksyku wymyślnych narzędzi kamiennych. Przypuszczano, że mają ok. 20 000 lat. Jednakże badaczka wraz z zespołem, stosując 4 różne metody datowania uzyskała wynik 250 000 lat! Po ogłoszeniu wyników nastąpił wrzask że to „herezja”, kpino z badaczki i jej pracy. Stała się persona non grata w archeologii nie mogąc nigdzie znaleźć pracy w swojej dziedzinie. Inny przykład – ponad wiek wcześniej po odkryciu złota w Table Mountain w Kalifornii kopano głębokie szyby, z których górnicy wydobywali setki artefaktów i ludzkich skamieniałości. Znajdowano je w warstwach geologicznych sprzed 9-55 mln lat. Autor podaje też trochę informacji o ukrywanych odkryciach, niewygodnych dla oficjalnej nauki, opisanych przez Richarda Thompsona
i Michaela Cremo w książce pt. „Zakazana archeologia”.

Artykuł 4 dotyczy dawnych katastrof. Geolog Robert Schoch podważa konwencjonalne poglądy na historię naturalną. W 1993 r. przedstawił on wyniki swoich badań Sfinksa. Badania te wykazały, że ślady erozji Sfinksa nie są efektem działania piasku ale spływającej wody. Oznacza to, że najstarsze fragmenty posągu mają co najmniej 2500 lat więcej niż twierdzi oficjalna nauka. Oznacza to, że w Egipcie jakieś 7000 lat temu klimat musiał być zupełnie inny niż dziś. Jako wyjaśnienie dlaczego budowniczowie Sfinksa zniknęli Schoch proponuje dużą naturalną katastrofę jako wyjaśnienie. Mamy tu różne rozważania na temat uderzenia planetoidy, wielkich pożarach, potopie. Jest to interesujące, ale nie ma póki co na to niepodważalnych dowodów.

Artykuł 5 dotyczy kataklizmu z roku 9500 p.n.e. Autor artykuły David Lewis twierdzi, że nowe badania podważają ortodoksyjne teorie na temat zlodowaceń i równocześnie potwierdzają wiadomości z dzieł Platona i wielu innych źródeł starożytnych. Autor powołuje się na niezależnych badaczy wg których około 9500 roku p.n.e. nasza planeta przeżyła katastrofalne zjawisko. Wydarzenia te były wynikiem odległej eksplozji kosmicznej i wywołały na Ziemi gwałtowne wybuchy wulkanów, silne i rozległe trzęsienia ziemi, ogromne powodzie i ruchy górotwórcze. Tę datę Platon uznał za czas zatonięcia Atlantydy. Niezależni badacze twierdzą, że zebrali niepodważalne dowody na temat prehistorii, które sprawiły, że tradycyjne spojrzenie na te czasy stało się jedynie domysłem. Dowody te opisali w dwóch książkach: „Cataclysm! Compelling Evidence of Cosmic Catastrophe In 9500 BC” (Kataklizm! Przekonujące dowody kosmicznej katastrofy w roku 9500 p.n.e.) autorstwa D.S. Allana i J.B. Delaira oraz „Earth Under Fire: Humanity’s Survival of the Apocalypse” (Ziemia w ogniu: jak ludzkość przeżyła apokalipsę) doktora Paula La Violette’a. W artykule autor przedstawia i omawia niektóre z tych dowodów. Brzmi to istotnie przekonująco.

Artykuł 6 pt. :Argumenty za potopem”, autorstwa Petera Brosa dowodzi, że epoka lodowa to mit naukowy wymyślony w XIX w. po to, aby nie przyznawać, że opisany w Biblii potop mógł być prawdą. Teoria epoki lodowej nie wyjaśnia dlaczego np. wyżłobienia zwane rynnami lodowcowymi występują tylko po jednej stronie gór czy też dlaczego głazy narzutowe znajdowano na pustyni, dokąd żaden lodowiec raczej nie mógł dotrzeć. Jak podaje autor dokonano zaś odkryć potwierdzających potop i odzwierciedlających setki nowo poznanych mitów i tradycji różnych ludów, w których wszędzie była mowa właśnie o potopie. Np. w osadach zawierających kości mamuta znaleziono też szczątki zwierząt egzotycznych, owadów i ptaków, które nie żyły na tym samym terytorium jak i roślin które nigdy nie występowały na obszarze, na którym znaleziono osady. Tej mieszaniny form żyjących nie mógł spowodować ruch lodowca. Dalej autor podaje inne równie interesujące przykłady.

Artykuł 7 porusza sprawę „męczeństwa” Emmanuela Velikowskiego. Autor John Kettler pisze, że idee katastrofistów zdobywają popularność, a ich bohaterski prekursor zyskuje dawno należne mu uznanie. Emmanuel Velikowski to ur. W 1895 r. rosyjski Żyd, z zawodu lekarz, który podróżował po Europie i Palestynie. Znał kilka języków. Był psychoanalitykiem. Pod wpływem dzieł Freuda Velikowski, znający dobrze historię starożytną zaczął zgłębiać zagadnienie czy w egipskich zapisach istnieją jakiekolwiek dowody wielkich katastrof, które wg Biblii poprzedzały wydarzenia z Księgi Wyjścia. Znalazł takie potwierdzenie w postaci Papirusu Ipuwera, gdzie Ipuwer lamentował z powodu ciągu katastrof jakie spadły na jego kraj. Zgadzało się to z przekazem Księgi Wyjścia. Velikowski zaczął szukać wyjaśnienia dla tych wszystkich katastrof. I znalazł takie. Opisał swoją koncepcję w książce Zderzenie światów w 1950 roku, a w 1955 roku w książce „Earth In Upheaval” przedstawił geologiczne i paleontologiczne dowody swoich wcześniejszych tez. Według Velikowskiego przyczyną biblijnych katastrof była Wenus. Według Velikowskiego Wenus była wcześniej kometą wyrzuconą z masy Jowisza, która miała bardzo ekscentryczny tor co doprowadziło do zderzenia z Ziemią lub sprowadziło Wenus na tyle blisko Ziemi, że spowodowało kataklizmy zanim Wenus „ustatkowała” się i trafiła tam gdzie jest obecnie. Według Velikowskiego to wszystko miało miejsce kilka tysięcy lat temu. Taka rewolucyjna koncepcja rzecz jasna była nie do przyjęcia dla astronomów według których kosmos był uporządkowany. Książki Velikowskiego były bestsellerami, ale sam Velikowski był strasznie jakbyśmy dziś powiedzieli hejtowany przez naukowców za „herezje”. Jak się okazuje późniejsze badania potwierdziły wiele tez Velikowskiego np. o gorącej Wenus czy to że ogony niektórych komet zawierają węglowodory. Wyniki badań sąd planetarnych po 1979 r. (wtedy zmarł Velikowski) potwierdziły wiele tez Velikowskiego i sprawiły, że „zmartwychwstał”.

Artykuł 8 jest jakby kontynuacją poprzedniego. Steve Parsons pisze, że znaleziono świadectwa prawdawnego kataklizmu, a Velikowski był geniuszem. W artykule autor opisuje te odkrycia i pisze, że wygląda na to, że kataklizmy jakie dotknęły Ziemię spowodowały dzisiaj globalną amnezję przez co nie znamy prawdziwej historii naszej cywilizacji, a oficjalna nauka robi co może, aby w tej amnezji ludzkość dalej utrzymywać. Fizyk Wallace Thornhill twierdzi, że ślady dawnych katastrof wskazują na to, że były one wynikiem wyładowań elektrycznych w kosmosie. Odkryto tzw. Prądy Birkelanda w Układzie Słonecznym co dowodzi, że w plazmie go wypełniającej jest przepływ prądu elektrycznego. David Talbott zaś analizował mity różnych kultur i wszystkie one są ze sobą zbieżne i opisują te same katastrofy w tym samym czasie.

Artykuł 9 pt. „Boże gromy”, autorstwa Mel i Amy Achesonów podaje, że są liczne świadectwa, że Wszechświat jest elektryczny i rozważa czy te świadectwa ujawniają prawdę o antycznych mitologiach. Autorzy przedstawiają dowody wyładowań elektrycznych we Wszechświecie i Układzie Słonecznym. Jako przykład podają Hygiuss Rille na Księżycu – kanały których nie wytworzyła ani woda ani lawa, ale wg fizyka W. Thornhilla ich cechy wskazują na powstanie w wyniku wyładowań elektrycznych. Autorzy opisują też Valles Marineris na Marsie. Jest to ogromna dolina, w której zmieściłoby się 1000 Wielkich Kanionów Kolorado. Według wspomnianego już fizyka powstała ona w wyniku działania na powierzchnię Marsa wielkiego łuku elektrycznego przez kilka minut. Przypomina ona bardzo ranę odniesioną przez mitycznego boga wojownika Marsa.

Artykuł 10 przedstawia zagadkę prehistorii Indii. David Lewis pisze, że datowanie odkryć dokonanych w Zatoce Kambajskiej psuje ortodoksyjną wizję zarania cywilizacji. U zachodnich wybrzeży Kuby znaleziono potężne bloki kamienne na głębokości 7000 m, ułożone w formy pionowe i koliste. Niektóre z nich przypominają piramidy. Oprócz tego ok. 40 km od wybrzeży stanu Gudżarat w Indiach odkryto wyraźne konstrukcje, wykonane przez człowieka ciągnące się na 8-kilometrowym pasie dna morskiego. Jest to duże i skomplikowane stanowisko. Znaleziono tam wyroby garncarskie, biżuterię, rzeźby, ludzkie kości i próbki pisma. Datowanie radiowęglowe wykazało w 2002 r.,
że jeden z okazów ma 8500-9500 lat, co wskazuje, że ludzka cywilizacja jest sporo starsza niż twierdzi oficjalna nauka.

Artykuł 11, autorstwa samego autora książki dotyczy cofania wrót cywilizacji. Według autora poszukiwanie śladów istnienia zaawansowanej cywilizacji prehistorycznej przynosi obecnie nowe owoce. Autor opisuje dziedzictwo R.A. Schwallera de Lubicza, który dogłębnie badał Świątynię w Luksorze w latach 1937-1952 i dokonał przełomowych odkryć, które są przemilczane. Dowiódł on, że twórcy tej Świątyni posiadali zaawansowaną znajomość matematyki i że już w 3000 roku p.n.e.
w Egipcie rozumiano harmonię i proporcję i że znali np. złoty podział. Wskazuje to, że egipska cywilizacja jest dużo starsza niż twierdzi nauka. Jednym z dowodów na to jest Róg grobowca Chentkaus, gdzie pod murarką z okresu Starego Państwa odsłania się znacznie starsza zwietrzała murarka mająca te same cechy erozji wodnej co Sfinks.

Artykuł 12, autorstwa geologa Roberta Schocha, przedstawia informacje o nowych badaniach potwierdzających że Sfinks jest dużo starszy niż twierdzi nauka. Schoch podaje tu tytuły kilku książek innych badaczy, którzy potwierdzają spostrzeżenia Schocha odnośnie tego, że ślady erozji na Sfinksie spowodowała spływająca po nim woda, a nie piasek. Nie ze wszystkim się z Schochem zgadzają, ale co do najważniejszego są z nim zgodni. Autor przedstawia w artykule polemikę z tamtymi badaczami.

Artykuł 13 jest poświęcony R.A. Schwallerowi de Lubiczowi i ma tytuł „Opus Magnum R.A. Schwallera de Lubicza”. Autor, dr Joseph Ray, przedstawia tu krótki opis tego co znajduje się w największym opublikowanym  w 1998 r. dziele Lubicza, które jest zupełnie nieznane – The Temple of Man (Świątynia człowieka). Jak twierdzi autor żadna napisana w ostatnich 200 latach książka, poza jedną nie zbliża się nawet do tego dzieła jeśli chodzi o cel, zakres, materię tematu, majestat i głębię. Dzieło dotyczy badań de Lubicza nad Świątynią w Luksorze. Dzieło podzielone jest na 6 części i 44 rozdziały w dwóch wielkich tomach. Od rozdziału 27 książka jest poświęcona szczegółom architektury w Luksorze. Jest tam 101 ilustracji i ok. 1/3 z 300 rysunków w całym dziele. Książka ta nie jest łatwa w czytaniu. Autor dzieła bowiem zgłębiając tajemnice starożytnych zauważył, że byli oni ludźmi zupełnie inaczej myślącymi niż my. Przyswojenie sobie tylko niewielkiej części myśli faraońskiej starożytnych jest samo w sobie cierpieniem, gdyż nowoczesna mechanistyczna mentalność tworzy potężną barierę. Innymi słowy starożytni Egipcjanie nie byli materialistami jak my i stąd duże różnice w mentalności. Schwaller de Lubicz badając luksorską świątynię zgłębił tę mentalność i książkę napisał jakby trochę językiem starożytnym. Stąd jak pisze
do zrozumienia wymagany jest wysiłek, który jest konieczny do poszerzenia świadomości, a dopiero wtedy można zrozumieć starożytnych, ich dzieła i wiedzę jaką posiadali.

Artykuł 14 dotyczy Grahama Hanckocka, autora bestsellerów skutecznie przekonujących o istnieniu wielkiej, lecz oficjalnie zapomnianej cywilizacji. Argumenty Hanckocka choć wydają się niewiarygodne nie jest łatwo odrzucić. Napisał on m.in. Znak i pieczęć, Ślady palców bogów. Był w Meksyku, Peru i Egipcie. Stwierdził np., że starożytni mieli obszerną wiedzę dotyczącą precesji punktów równonocy, technika jaką stosowali do wznoszenia kamiennych budowli przekracza naszą zdolność do odtworzenia ich dzisiaj, znaleziono starożytne mapy wskazujące na dokładną znajomość linii brzegowej Antarktyki czy świadectwa, że monumenty na płaskowyżu Giza zostały zbudowane
w jednej linii z pasem Oriona mniej więcej 10500 lat p.n.e. W swoich książkach Hanckock stara się wyjaśnić te odkrycia.

Artykuł 15, Willa Harta, opisuje tajemnice Ameryki Środkowej. Oficjalna nauka nie zdołała do dziś wyjaśnić pochodzenia zaawansowanej kultury w Mezoameryce. Chodzi o cywilizację Olmeków, którzy pojawili się na długo przed Aztekami i Cortezem i nagle i z niewiadomych przyczyn zniknęli. Pozostawili po sobie wielkie kamienne ludzkie negroidalne głowy. Jest tu też mowa o cywilizacji Majów, która także była bardzo zaawansowana. Archeolog amator, a inżynier budownictwa z zawodu James O’Kon badając pewien szczególny kopiec kamieni stwierdził, że ów kopiec jest fragmentem mostu. Dokładniej badając to miejsce i znajdując inne kopce stwierdził, że Majowie zbudowali most o długości 200 m, wiszący na linach konopnych, z 2 przyczółkami i 3 przęsłami. Jest tu też mowa o dużej wiedzy astronomicznej Majów i ich kalendarzu kończącym się na 2012 roku.

Artykuł 16 – autor Moira Timms twierdzi w nim, że dzisiejszy świat może się wiele nauczyć od starożytnych Majów. Mamy tu dokładniejszy opis znajomości astronomii przez Majów, o galaktycznej zbieżności i o tym że zgodnie z kalendarzem Majów 21.12.2012 roku kończy się jedna era i zaczyna kolejna, nazywana Erą Wodnika. Majowie niewątpliwie byli starożytnym ludem bardzo rozwiniętym nie tylko umysłowo ale i duchowo.

Artykuł 17 to rozmowa z Johnem Michellem o megalitycznej Anglii. Michell jest autorem ponad 20 prac na temat antycznych tajemnic, świętej geometrii, UFO, niewyjaśnionych zjawisk itp. Także i Michell uważa, że  prehistoryczne budowle, pisma i różne artefakty znalezione w różnych miejscach świata wskazują na to, że starożytni mieli dużą wiedzę i byli wysoko rozwinięci duchowo.

Artykuł 18 ma tytuł „Platon i Prawda” i jego autor, Frank Joseph, rozważa czy najsłynniejszy kronikarz Atlantydy pozostaje wiarygodny. Jest to jedyny ocalałby starożytny tekst dotyczący Atlantydy. Po rozważaniach autor stwierdza, że relacja ta jest raczej prawdziwa, choćby z powodu jej prostego stylu bez upiększeń. Póki co jednak prawdziwości jej potwierdzić nie można bowiem Atlantydy nie odnaleziono. Nie ma nawet zgody co do tego gdzie może się znajdować.

Artykuł 19, także autorstwa Franka Josepha ma tytuł „Fałszywa egejska Atlantyda”. Przedstawiona jest tu, jak ich określa autor, wersja skrajnych teoretyków według której Atlantyda znajdowała się na małej greckiej wysepce, obecnie zwanej Thira, na której dziś kwitnie turystyka. Teoria ta jednak nie znajduje potwierdzenia w faktach i nie zgadza się z opisem Platona.

Artykuł 20, Franka Josepha, przedstawia to kto szuka wiedzy o zapomnianej cywilizacji Atlantydy. Mimo iż oficjalna nauka określa ludzi wierzących w istnienie Atlantydy maniakami, głupkami czy szarlatanami wiele osób także z zachodniego świata naukowego sądzi, że Atlantyda istniała. Jednym z nich był Rudolf Steiner, autor wydanej w 1904 roku książki „Kronika Akasza”.Innym był Lewis Spence, Olof Rudbeck czy jezuita Athanasius Kircher. Większość z nich żyło jednak w XIX wieku lub wcześniej.

Artykuł 21 stanowi kontynuację tematyki Atlantydy. Autor J. Douglas Kenyon przedstawia rozmowę z  Randem Flem-Athem, który wraz z żoną twierdzi, że Atlantyda znajduje się na Antarktydzie. Napisali książkę na ten temat pt. „When the Sky Fell: In Search of Atlantis”gdzie omówili teorię Hapgooda o przemieszczeniu skorupy ziemskiej,w wyniku czego Antarktyda kiedyś znajdowała się dużo bardziej na północ niż dziś oraz opisali swoje odkrycia. W rozmowie jeden z autorów przedstawia trochę z tego co odkryli.

Artykuł 22 dotyczy dalej Atlantydy. Autor Rand Flem Ath przedstawia w nim informacje na temat ustawienia starożytnych monumentów i sądzi, że mogą one nam coś powiedzieć o historii przesuwające j się skorupy ziemskiej co potwierdzałoby hipotezę o istnieniu Atlantydy na Antarktydzie.

Artykuł 23, Franka Josepha, dotyczy podwodnych ruin znalezionych u wybrzeży Japonii w marcu 1995 roku niedaleko Okinawy. Około 12 metrów pod powierzchnią wód Pacyfiku nurek znalazł coś co wyglądało jak wielki kamienny budynek porośnięty gęsto koralowcami. Archeolodzy nurkowali tam później i znaleźli m.in. masywny łuk wyglądający na bramę zbudowaną z olbrzymich bloków kamiennych, doskonale do siebie dopasowanych. To na pewno nie mogło powstać naturalnie. Niedługo znaleziono w okolicy 5 innych podwodnych podobnych obiektów. Według autora jest to najprawdopodobniej Lemuria.

Artykuł 24 krótko przedstawia to jak Anthony West, Robert Schoch i Graham Hancock nurkowali u wybrzeży Okinawy i oglądali podwodne ruiny przedstawione w poprzednim artykule. West i Schoch po zbadaniu stanowiska uważają, że jest ono pochodzenia naturalnego. Mnie to jednak nie przekonuje, bo przecież łuk wyglądający na bramę zrobiony z doskonale dopasowanych kamieni nie mógł powstać w sposób naturalny.

Artykuł 25 dotyczy Indii roku 30000 p.n.e. Autor David Levis pyta czy korzenie kultury indyjskiej leżą na dnie oceanu indyjskiego. Jest tu mowa o Lemurii. Według starożytnych poematów indyjskich (Mahabharata Silappadhikaran, Ramayana) dawne Indie stanowiły kiedyś część Kumari Kandam – wielkiego południowego kontynentu, który miał się rozciągać od obecnego Madagaskaru do Australii, a było to 30000 lat p.n.e. Według indyjskiej tradycji królestwo Pandya istniało od 30000 p.n.e.
do 16500 lat p.n.e. Według mitów w tamtych czasach spacerowali po Ziemi risi – ludzie o wielkiej mądrości i fenomenalnych osiągnięciach duchowych (Sławianie?!). Autor pisze tu o koncepcji zachodniej nauki o inwazji Arian na Indie ok. 2000 lat p.n.e. Twierdzi, że została ona obalona, bo znalezione szkielety potencjalnych najeźdźców i rdzennych mieszkańców nie różnią się od siebie. Jednak mnie to średnio przekonuje, bo to nie jest ścisły i jednoznaczny dowód. Nie ma tu ani słowa o badaniach DNA,  a te przeprowadzono i okazało się, że Ariowie mieli tę samą haplogrupę R1A1 co Słowianie w Europie. Poza tym odkryto podhaplogrupę R1A1Y-DNA, która jest charakterystyczna tylko dla Polaków. Wygląda więc na to, że to z Polski nastapiła migracja na wschód do Indii, a nie odwrotnie. Gdyby tak bowiem było podhaplogrupę R1A1yDNA znalezionoby u Ariów w Indiach, a nie w Polsce. Poza tym język polski i języki słowiańskie są bardzo podobne do indyjskiego sanskrytu o czym autor też nie wspomina. To na pewno nie jest przypadek.

Artykuł 26 to rozmowa autora książki z Peterem Tompkinsem. Napisał on kilka książek w których rzucił wyzywanie naukowcom i został przez nich wyklęty. Napisał m.in. Tajemnice meksykańskich piramid, Sekrety gleby, Sekretne życie roślin, Tajemnice Wielkiej Piramidy. Ostatnie dwie z nich mają dodruki. Tompkins uważa, że starożytna architektura obfituje w świadectwa astronomicznej wiedzy oraz  dużą wiedzę w dziedzinie budownictwa i że starożytni posiadali zaawansowane technologie nam dziś nieznane. Takie „herezje” powodują, że dla nauki jest on nie do przyjęcia.

Artykuł 27, Willa Harta, dotyczy rolnictwa starożytnego Egiptu. Autor pisze, że z tym co dziś wiadomo, że ludzie prowadzili tryb życia zbieracko-łowiecki po czym nastąpiła zmiana na tryb osiadły z uprawą roli. I tu mamy poważną niezgodność z teorią ewolucji. Przodkowie rolników z epoki kamiennej nie znali zupełnie traw, nie jeśli ich ziaren. A potem nagle w bardzo krótkim czasie ludzie znali już różne zboża, potrafili je uprawiać i krzyżować, a także mielić i robić z nich różne produkty jak chleb i piwo już ok. 5000 lat temu. Nie mogli zatem tej wiedzy nabyć od swoich przodków. Musiał im ktoś tę wiedzę przekazać, bowiem brak jest pośrednich faz rozwojowych. Możliwym wyjaśnieniem tej zagadki jest uzyskanie tej wiedzy od obcych przybyłych wtedy na Ziemię. Tej „herezji” jednak nauka nie chce przyjąć do wiadomości.

Artykuł 28, Franka Josepha dotyczy zaawansowanej techniki Atlantydy. Mamy tu przedstawione to co stwierdził w I połowie XX w. Edgar Cayce, gdy zgłębiał to zagadnienie. Według niego Atlantydzi mieli pojazdy powietrzne, łodzie podwodne oraz technikę bardziej rozwiniętą niż nasza w XX w. Mieli wg niego nóż elektryczny do cięcia metali, laser. Podstawą ich starożytnej techniki było poznanie i zastosowanie mocy kryształów. Dzięki nim kierowali w jakiś sposób siły napędowe przyrody do swoich potrzeb. Możliwy stał się transport morski, powietrzny i podmorski. W pewnym momencie obrócili promienie swoich kryształów mocy w kierunku planety i kopali wydobywając coraz więcej bogactw mineralnych. Mieli kolosalne ilości miedzi i złota. Najprawdopodobniej zachłanność na bogactwa doprowadziła do tego że zaczęli kopać zbyt głęboko, ich operacje górnicze zdestabilizowały Grzbiet Sródatlantycki, na którym leżała ich stolica. Pławili się bez umiaru w materializmie, czyli podobnie jak my dzisiaj. Wtedy Ziemia srodze ich za swoje krzywdy ukarała i zmiotła ich cywilizację zatapiając ją. Jeśli Cayce ma rację niech to będzie przestrogą dla nas.

Artykuł 29 dotyczy budowniczych egipskich piramid. Will Hart przedstawia tu fakty obalające oficjalną wersję powstania piramid za pomocą prymitywnych miedzianych narzędzi, okrągłych kamieni oraz budowy piramid przy wykorzystaniu siły fizycznej tysięcy robotników, którzy transportowali wielkie kamienne bloki na saniach. Np. bloki skalne użyte do budowy piramidy Chefrena ważą po 60 ton. Ich transport saniami jest niemożliwy, gdyż przy takiej masie sanie z takim blokiem po prostu zapadną się w grunt pod ciężarem bloku. Poza tym bloki podnoszono na wysokość kilkudziesięciu metrów i precyzyjnie dopasowywano tak, że nie da się między nie zmieścić nawet żyletki. Takie podnoszenie i precyzja nie są możliwe bez maszyn. Najlepszym dowodem na fiasko oficjalnej wersji nauki jest próba zbudowania repliki Wielkiej Piramidy o wysokości 20 m przez Japończyków finansowanych przez Nissana. Mimo, że japońska piramida miała być ponad 7 razy niższa niż oryginał próba budowy jej „naukowymi” metodami i narzędziami zakończyła się klęską. Mimo użycia nowoczesnych maszyn efekt był taki, że 4 ściany piramidy nie spotkały się w jednym punkcie.

Artykuł 30 pt. „Inżynier w Egipcie” autorstwa inżyniera Christophera Dunna dotyczy wytwarzania i wykorzystywania przez starożytnych Egipcjan wysoce specjalistycznych narzędzi porównywalnych z tymi z epoki kosmicznej. W artykule autor przedstawia dowody na poparcie swojej tezy. Był on w Egipcie i badał precyzję budowy piramid. Np. stwierdził że na kamieniu z Gizy krzywizna ścian wskazuje na obróbkę maszynową. Mamy też zdjęcie (str. 262) pokazujące wywierconą dużą cylindryczną dziurę w skale obok niedokończonego obelisku w Asuanie. Także musiała zostać wywiercona z użyciem zaawansowanych technik maszynowego wiercenia. Mamy tu sporo inżynierskich rozważań na temat metod wiercenia. Czy autor ma rację co do tego nie wiem, bo nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Jego hipoteza jednak ma z pewnością sens.

W artykule 31 C. Dunn przedstawia swoją hipotezę, że Wielka Piramida w Gizie nie była, jak twierdzi oficjalna nauka, grobowcem Faraona ale elektrownią. Znów mamy tu sporo matematycznych i inżynierskich rozważań. Np. z rozmiarów piramidy wynika, że jej budowniczowie znali rozmiary planety i oparli na niej swój system miar, zaś w jej kształt jest wbudowana liczba pi. Autor analizuje osobliwe cechy Komory Królowej oraz pozostałe resztki substancji chemicznych (sole na ścianach komory). Był to wg autora wynik reakcji chemicznej za pomocą której inicjowano wytwarzanie energii. Powstawał wodór wypełniający wewnętrzne tunele i komory piramidy. Drgania piramidy zainicjowane początkowymi impulsami wibracji zestrojone z częstotliwością rezonansową całej konstrukcji stopniowo zwiększały amplitudę i oscylowały harmonicznie z wibracjami Ziemi. Sprzężona harmonicznie z Ziemią energia oscylacyjna płynęła potem obficie przez piramidę.
W Komorze Króla energia akustyczna była zamieniana na elektromagnetyczną. Nie wiadomo jednak jak energia ta była odbierana i potem transportowana. My to robimy za pomocą linii wysokiego napięcia. W Egipcie nigdzie niczego podobnego nie znaleziono. Możliwe, że przesył odbywał się bezprzewodowo tak jak to zrobił Nicola Tesla. Tego jednak nie wiemy, a to tylko moja hipoteza. Tak czy owak twierdzenia autora wydają się bardzo prawdopodobne.

Artykuł 32, autorstwa C. Dunna to dalsze rozważania na temat piramidy w Gizie, prawdopodobnej starożytnej elektrowni. Autor pisze, że jego książka „Elektrownia w Gizie: technologie starożytnego Egiptu” wydana w 1998 r. wzbudziła duże zainteresowanie i że wiele osób poparło jego hipotezę. Następnie autor przedstawia kolejne dowody na to, że starożytni Egipcjanie posiadali zaawansowaną technologię obróbki kamienia. Autor opisuje kamienny, granitowy Sakrofag z Serapeum. Jest też jego zdjęcie. Dunn był w Egipcie w 1995 r. i dokonał za pomocą współczesnych przyrządów pomiarów precyzji. Stwierdził, że krawędzie górne sarkofagu są praktycznie idealnie gładkie, a trzy kąty między ścianami i podstawą dolną są idealnie proste, a jeden minimalnie odchylony od kąta prostego. Precyzja niesamowita, byłoby trudno uzyskać taką nawet dziś. Z pewnością nie jest możliwe wykonanie takiego czegoś prymitywnymi miedzianymi narzędziami i okrągłymi kamieniami jak twierdzą egiptolodzy.

Artykuł 33, również autorstwa C. Dunna dotyczy hipotezy XIX wiecznego egiptologa Wiliama Lindersa Petriego, który twierdził, że starożytni Egipcjanie rozwinęli metody obróbki maszynowej. Sceptycy odrzucają jego twierdzenia. Autor jednak dokonuje analizy wierceń w skałach. Początkowo wierzył pismom Petriego. Jednak badając osobiście jeden z rdzeni skalnych pozostałych po wierceniu (określony jako rdzeń nr 7) stwierdził, że Petri się pomylił. Mamy tu trochę inżynierskich rozważań odnośnie rowków w rdzeniu. Wierząc w to co napisał Petri autor wcześniej uważał, że Egipcjanie stosowali do wiercenia technikę ultradźwiękową. Po analizie rdzenia stwierdził jednak, że tak nie było. Jednak musiała tam być zastosowana jakaś technika z wiertłem mechanicznym.

Artykuł 34, także C. Dunna rozważa tzw. Komory odciążające znajdujące się nad Komorą Króla w Wielkiej Piramidzie w Gizie. Jest to 5 komór odkrytych nad Komorą Króla w 1936 r. Oficjalna teoria co do roli tych komór jest taka, że pełnią one rolę odciążającą płaski strop Komory Króla od ciężaru tysięcy ton wznoszących się nad nią kamiennych konstrukcji. Autor kwestionuje tę teorię, gdyż według jego wiedzy inżynierskiej istnieją prostsze sposoby na odciążenie płaskiego dachu w tym przypadku. Poza tym nad Komorą Królowej nie występują podobne komory, a znajduje się ona niżej niż Komora Króla i musi wytrzymać większy ciężar.  Mamy tu znowu trochę technicznych rozważań. W każdym razie dalej autor twierdzi, że sensownym wyjaśnieniem dla dodatkowych komór nad Komorą Króla jest to, że stanowiły one element niezbędny, aby piramida-elektrownia działała.

Artykuł 35, również C. Dunna, dotyczy precyzji. Najpierw autor przedstawia znaczenie precyzji we współczesnych czasach. Przykładowo samochód osobowy jedzie dlatego, że części z których się składa są wykonane precyzyjnie, czyli z dużą dokładnością i tak samo dopasowane. Gdyby były między nimi duże luzy lub słabo pasowałyby do siebie samochód nie mógłby jeździć. Dalej autor rozważa to czy starożytni Egipcjanie byli precyzyjni. Jak już wiemy na przykładzie sarkofagu z Serapeum tak i to bardzo. W 2001 r. autor dokonał jeszcze kolejnych pomiarów precyzji wykonania sarkofagu. Używając specjalistycznego sprzętu (węgielnica wykalibrowana na 0,0012 mm) autor zbadał spód wieka sarkofagu i wewnętrzne ścianki sarkofagu i stwierdził, że tworzą prawie kąt prosty. Zatem nie tylko kąty przy dolnej podstawie sarkofagu są proste, ale podobnie jest przy górnej części sarkofagu, a tym uzyskanie tego jest o wiele trudniejsze. Autor ma 40 lat doświadczenia w wytwarzaniu precyzyjnych przyrządów, więc raczej można mu wierzyć. Ściany sarkofagu są idealnie prostopadłe co zdumiało bardzo autora. Inne artefakty badane w Egipcie przez autora również wykazują dużą precyzję wykonania niemożliwą do uzyskania bez użycia maszyn. Jak wiadomo tych nigdy nie znaleziono. Jednak dowody ich użycia do obróbki kamienia są raczej trudne do podważenia. Zapewne maszyny nie przetrwały po prostu do naszych czasów.

Artykuł 36, także C. Dunna dotyczy obelisku w Karnaku, z czasów starożytnego Egiptu, ważącego ponad 400 ton. Obelisk na pewno wycięto z kamienia w kamieniołomie. Według naukowców aby to zrobić wystarczyły prymitywne narzędzia jak kamienne młoty i dłuta spadowe, miedziane dłuta oraz materiały ścierne np. piasek. Argumentowano, że wystarczy odpowiednio duża i sprawna grupa robotników oraz dużo czasu. Ten ostatni według egiptologów jest tu najważniejszy. Dysponując wiedzą inżynierską autor określił, że przy wycinaniu obelisku nie można było zbytnio zwiększać liczby robotników, bowiem musieli oni wycinać kamień (granit) podzieleni na strefy 60 x 75 cm. Tylko w takich strefach mieli dostęp do wycinania. W takiej strefie mogła zmieścić się tylko jedna osoba. Na podstawie tych danych oraz wielkości obelisku i przyjmując szybkość pracy podawaną przez egiptologów autor dokonał obliczeń i wyszło mu, że samo wycięcie obelisku zajęłoby aż 50 lat. Tymczasem napisy hieroglificzne wskazują, że wykonano wszystko w ciągu tylko 7 miesięcy. Przyjmując, że jest to prawda (a nie ma powodu, aby Egipcjanie to sobie wymyślili) praca musiała być wykonywana znacznie szybciej, a skoro tak to nie mogły być do tego celu wykorzystywane prymitywne narzędzia o jakich mówią egiptolodzy.

Artykuł 37, także C. Dunna dotyczy tego co odkryto za tzw. drzwiami Gantenbrinka w piramidzie w Gizie. W 1993 r. niemiecki inżynier robotyki Rudolph Gantenbrink dokonał badania szybu o przekroju 20 cm i długości 66 m za pomocą skonstruowanego przez siebie robota z kamerą i na końcu szybu robot dotarł do czegoś co wyglądało jak drzwi. W 2002 r. skonturowano innego robota, który przewiercił się przez te drzwi. Było tam inne pomieszczenie z drzwiami.  Według autora to co odkryto wspiera jego hipotezę o tym, że piramida w Gizie była elektrownią, np. zgodnie z przewidywaniami autora drzwi przez które przewiercił się robot miały 7,6 cm grubości jak wykazał ultrasonograficzny miernik grubości umieszczony na robocie.

Artykuł 38, autorstwa Marshalla Payna jest kontynuacją rozważań na temat wysoko zaawansowanej techniki jaką musieli znać budowniczowie Wielkiej Piramidy w Gizie. Piramida Cheopsa wykonana została z ponad 2 mln bloków wapiennych i ma wysokość 40 piętrowego budynku. Płaszczyzna jej podstawy zajmuje obszar 5,26 ha i wykuto ją z dokładnością do kilku cm. Długość każdej z jej krawędzi podstawy jest większa niż 2,5 długości boiska piłkarskiego. I to wszystko rzekomo stworzyło rolnicze społeczeństwo 4500 lat temu?! Piramida Chufu zaś jest typowym przykładem wielkiej sprawności technicznej starożytnych. Wielu uczonych spoza egiptologii uważa, że jej wymiary odzwierciedlają wymiary Ziemi. Obwód podstawy stanowi wtedy 0,5 minuty długości równikowej. Przy takim założeniu uzyskujemy obwód Ziemi wynoszący 39806 km. Pomiary satelitarne wykazują zaś 39999,74 km co daje różnicę 193 km. Daje to nam dokładność 99,52%! Wysokość piramidy to 146 m. Przyjmując te same założenia co poprzednio uzyskamy promień Ziemi wynoszący 6329,66 km. Pomiary satelitarne dały wynik 6356,75 m, co daje 27 m różnicy i dokładność 99,57%. Zatem wymiary piramidy odzwierciedlają wymiary Ziemi jako kuli z dokładnością ponad 99,5%! Przypadek? Wg egiptologów tak, a według mnie na 99,5% nie.

Artykuł 39, J. Douglasa Kenyona dotyczy gości z innego świata. Zecharia Sitchin, znawca starożytnej lingwistyki potrafiący czytać sumeryjskie pismo klinowe ale również egipskie hieroglify i język staro hebrajski inaczej niż inni uczeni odczytuje treść z hieroglifów w sposób dosłowny tak jakby to był zapis faktycznych wydarzeń, a nie mitów. Wtedy uzyskujemy zupełnie inną historię ludzkości – ludzi na których duży wpływ wywarli kosmici. Jak mówi Sitchin „Jeśli ktoś mówi, że w Zatoce Perskiej wylądowała grupa 50 osób pod dowództwem Enki, zeszła na ląd i założyła kolonię, to dlaczego mam twierdzić, że to się nie wydarzyło, że opis jest tylko metaforą, mitem, wytworem wyobraźni, że to czyjś wymysł, a nie relacja z wydarzeń”. Według Sitchina wszelkie biblijne, sumeryjskie i egipskie opowieści i odniesienia do Boga lub bóstw wskazują na przybyszów z kosmosu – Annunakich. Z tych opisów wynika, że Annunaki brali sobie za żony córki ludzkie i mieli z nimi dzieci. Zwano ich półbogami, a były to hybrydy. Później te hybrydy dalej krzyżowały się z ludźmi i powstawały kolejne wersje hybryd z genami ludzkimi i Annunaki. Jako, że według internetowych tzw. teorii spiskowych Annunaki to złe istoty gadzie tłumaczy to trudne do pojęcia mylenie i zachowanie wielu osób dawniej i dziś oraz brak współczucia czy wrażliwości na krzywdy innych. Po prostu nie są to ludzie, ale takie właśnie hybrydy wyglądające tylko jak ludzie.

Artykuł 40, również samego autora książki dotyczy artefaktów znalezionych w kosmosie. Na Marsie w rejonie Cydonii zarejestrowano obiekty, które wyglądają jak pozostałości starożytnej cywilizacji i to takiej, która dysponowała wiedzą i techniką znacznie bardziej zaawansowaną od ziemskiej. W 1993 r. NASA straciła kontakt z wysłaną na Marsa sondą, gdy ta zaczynała szczegółowe badania fotograficzne mające rozwiązać zagadkę. Do dziś tego nie wyjaśniono. Jednak nie tylko na Marsie takie coś znaleziono, ale również na Księżycu. W tym drugim przypadku jest dużo więcej dowodów niż tylko kilka zdjęć. Na zdjęciach NASA widać, że na Księżycu są gigantyczne obiekty, których natury nie daje się wyjaśnić żadną teorią geologiczną. Architekci rozpoznali tam szczegóły konstrukcji charakterystyczne dla obiektów budowlanych jak kratownica Fullera. Budowla wygląda na bardzo starą. Bardzo interesującym obiektem jest także wieża „jak ze szklanego kryształu, zachowana częściowo struktura, rodzaj olbrzymiego sześcianu na pozostałościach podpierających konstrukcji. Znajduje się ona ponad 11 km za płd-zach. rogiem centralnej części Księżyca, morzem zwanym Sinus Medii”. NASA jednak tego „nie zauważa”. Dlaczego? Według autora woli utrzymywać ludzkość w nieświadomości, aby nie rozleciał się system oparty na religii, w które wierzy większość Ziemian, a według których jesteśmy sami w kosmosie. Sądzę, że ma rację.

Artykuł 41, Lena Kastena dotyczy pulsarów. Jest tu rzecz bardzo interesująca, o której nie wiedziałem. Okazuje się, że z niedawno przeprowadzonych badań wynika, że pulsary są prawdopodobnie wytworem cywilizacji pozaziemskiej. Pulsary emitują stałe regularne sygnały. Jednak odkryto, że nie jest to ten sam sygnał powtarzany w jednakowych odstępach czasu. Sygnał jest stały, gdy rozpatruje się go jako średnią z 2000 impulsów. Potem następuje jakby przełączenie na inny tryb przez pewien czas po czym jest powrót do poprzedniego stanu. Odkryto też coś co nazywa się pulsarem milisekundowym. Wysyła on 642 impulsy na sekundę. Jest też niezwykle precyzyjny, bo ma dokładność 17 cyfr znaczących – większą niż dokładność najlepszych ziemskich zegarów atomowych. Emituje on światło widzialne o dużym natężeniu. Zdaniem fizyka Paula La Violette’a to nie przypadek i jego lokalizacja wskazuje na to, że spełnia on funkcję radiolatarni przeznaczonej specjalnie dla Układu Słonecznego a istoty które go wykonały chcą nas ostrzec w porę przed zbliżającym się kosmicznym kataklizmem, abyśmy mogli w porę zareagować.

Ostatni 42 artykuł, autorstwa Davida Levisa ma tytuł „Fizyk jako mistyk”. Przedstawia on najnowsze odkrycia w fizyce, które zgadzają się z tym co np. twierdzą Indianie, że wszystko ma duszę, nawet kamień. Fizyk David Bohm, jeden z protegowanych Einsteina przeprowadził eksperymenty z plazmą (gaz złożony z elektronów i zjonizowanych atomów). Przekonał się dzięki nim, że pojedyncze elektrony zachowują się jako część powiązanej całości i pełnią rolę jakby organizmu samoregulującego się, tak jakby miały wewnętrzną inteligencję. Bohm zaskoczony stwierdził, że morze subatomowe jakie stworzył było świadome. Stwierdził w wyniku swoich badań, że kwanty subatomowe są świadome, a z tego wynika, że wszystko jest świadome, nawet obiekty nieożywione. I tu mamy zbieżność z wierzeniami Indian.

Książka niezwykle interesująca, zawierająca mnóstwo informacji o powszechnie nieznanych odkryciach i teoriach. Niektóre hipotezy są zapewne fałszywe, ale samo to że ktoś je nam przedstawia jest dobre. W końcu prawdziwa nauka polega na rozważaniu i weryfikowaniu różnych hipotez, a nie na apriorycznym odrzucaniu niektórych z nich, gdyż kiedyś ktoś sobie coś wymyślił i to jest niepodważalny dogmat, a gdy ktoś go kwestionuje to jest „heretykiem”. Pora skończyć z ciemnogrodem i naukowcami jako kapłanami religii o nazwie nauka.

 

 

 

Józef Piłsudski sfałszowana biografia

Jest to drugi tom niedoszłej pracy doktorskiej historyka Tomasza Ciołkowskiego dotyczący Józefa Piłsudskiego (JP). Pierwszą część pt. „Józef Piłsudski bez retuszu” już wcześniej streściłem.

Druga część opiera się na tej samej metodyce co pierwsza część. Również autora w pierwszej części krótko przedstawiłem, więc przejdę od razu do meritum.

Druga część powtarza najważniejsze informacje z pierwszej części (jak np. to, że JP był agentem wywiadu japońskiego, austriackiego i niemieckiego albo, że nie brał udziału w Bitwie Warszawskiej 15.08.1920 r. 3 dni wcześniej składając, na ręce premiera Witosa dymisję ze stanowisk Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza, choroba psychiczna Piłsudskiego co najmniej od 1928 r. związana z niezdiagnozowanym i nieleczonym zapaleniem mózgu i inne). Te kwestie autor tylko krótko sygnalizuje, gdy są one potrzebne do wprow”dzenia nowych informacji, których nie było w pierwszej części. Są to informacje albo zupełnie albo jedynie bardzo słabo znane narodowi polskiemu (w szczególności sfałszowanie biografii Piłsudskiego za rządów sanacji w latach 1926-1939 oraz bandyckie rządy sanacji po zamachu majowym) i „odbrązawiają” one marszałka.

Rozdział pierwszy dotyczy wojny polsko-bolszewickiej i ma tytuł „Mity wojny polsko-bolszewickiej”. Jak wiadomo z pierwszej części JP został ukształtowany przez środowisko rosyjskich rewolucjonistów, wmieszany przypadkowo za sprawą brata Bronisława w zamach na cara Aleksandra III trafia na 5 lat na Syberię, gdzie jeszcze bardziej przesiąka duchem rewolucyjnym. Jego doświadczenia życiowe sprawiają że czuje nienawiść do Rosji i jeśli chodzi o politykę wobec tego kraju kieruje się złymi emocjami a nie chłodną kalkulacją. Przypuszczalnie chcąc dobrze działa na szkodę interesów narodu polskiego.
W latach 1919-1920 trwała w Rosji, po rewolucji bolszewickiej w listopadzie 1917 r., wojna domowa między obozami białych (jeden z przywódców gen. Anton Denikin) i czerwonych (bolszewicy – na czele z Leninem i Trockim). Jesienią 1919 r. biali przeważali i ich wojska zbliżały się już do Moskwy. Bolszewicy byli w trudnym położeniu i mogli przegrać. W tym czasie trwały również działania wojenne na froncie polsko-rosyjskim, który dotarł do rubieży: Połock-Borysów-Bobrujsk-Zasław-Zbrucz. Nasze wojsko walczyło z armią bolszewicką. Jednak jesienią 1919 r. działania wojenne na tym froncie zostały wstrzymane, wbrew oczekiwaniom państw Ententy. Jak się po latach okazało Naczelnik Państwa JP zawarł jesienią 1919 r. tajne porozumienie z sowietami i na mocy tego porozumienia działania na froncie polsko-radzieckim zostały okresowo wstrzymane. Dzięki temu bolszewicy mogli przerzucić kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy pod Moskwę, dzięki czemu odrzuciły wojska białych aż na Krym, a później ostatecznie czerwoni pokonali białych i ich rewolucja się utrzymała. Zatem to Piłsudski uratował bolszewików i ich rewolucję od klęski. A to wszystko dlatego, że gen. Denikin i biali byli dla niego uosobieniem carskiej Rosji, której z powodów osobistych nienawidził. Kierując się osobistymi emocjami całkowicie błędnie uznał bolszewików za mniejsze zło. Nie było mu dane przekonać się o swoim wielkim błędzie bo tak tragiczne wydarzenia jak choćby tylko zbrodnia katyńska miały miejsce już po jego śmierci.
Jak pisze, moim zdaniem słusznie, autor biali byli to rosyjscy patrioci walczący o utrzymanie w Rosji cywilizacji chrześcijańskiej. Gdyby JP im pomógł i wygraliby wszystko potoczyłoby się inaczej i mogłoby w ogóle nie dojść do II wojny światowej. Rosja bowiem jako państwo chrześcijańskie (choć prawosławne) mimo wielu historycznych zgrzytów dawałaby możliwość zawarcia sojuszu przeciwko nazistowskim Niemcom. A bez spustoszenia dokonanego w Rosji przez bolszewików w latach 20-ych i 30-ych XX w. biała Rosja byłaby państwem potężnym (w 1913 r. była druga na świecie pod względem wydobycia ropy po USA) i wraz z naszą armią (na początku lat 20-ych XX w. silną – niezniszczoną jeszcze przez czystki i wprowadzenie tam niekompetentnych legionistów przez JP) oraz silną Francją graniczącą z Niemcami od zachodu stanowilibyśmy na tyle dużą siłę, że Hitler byłby w kleszczach i nie mógłby rozpętać swojej wojny.
Gdy tajne porozumienie JP z sowietami wyszło w 1937 roku na jaw stworzono narrację, obowiązującą do dziś, że JP zrobił tak, gdyż biali nie uznawali niepodległości Polski. Nie jest to prawdą. Autor cytuje słowa samego gen. Denikina (cytat z książki Jana Engelgarda pt. „Klątwa generała Denikina): „Moje uznanie niepodległości Polski było całkowitym i bezwarunkowym. (…) Uznanie przez nas Państwa Polskiego nosiło charakter nie tylko  formalny, lecz i ideowy. (…)
Zatem JP zapisał się w historii nie tylko Polski, ale i świata jako ten, który uratował bolszewicką rewolucję przed klęską i przyczynił się do utrzymania się bandyckiego reżimu w Rosji i eksportu rewolucji na inne kraje. Ten bandycki reżim potem przez prawie 50 lat po II wojnie światowej gnębił nasz naród i kraj. Chyba nie o taką sławę JP chodziło.
W rozdziale jest też mowa o absurdalnej kampanii kijowskiej, która ściągnęła na nasz kraj nawałę bolszewicką i omal nie doprowadziła do całkowitego zniszczenia kraju i jego podbicia przez bolszewię o ćwierć wieku wcześniej. Już Julian Marchlewski i inni polscy komuniści szykowali się do przejęcia w Polsce władzy. Na szczęście gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski opracował doskonały plan walk i wcielił go w życie i dzięki temu bolszewia została pokonana. To gen. Tadeusz Rozwadowski jest prawdziwym bohaterem Bitwy Warszawskiej 1920 r., „generał wyklęty”, a nie JP, który sobie przywłaszczył jego sukces.
Kampania kijowska i idea oderwania Ukrainy od Rosji i utworzenia z niej suwerennego państwa była absurdalna i musiałaby wywołać wojnę także z białymi gdyby wygrali wojnę domową z czerwonymi. Na Ukrainie bowiem znajdowała się znaczna część przemysłu i rolnictwa Rosji (kopalnie węgla, przemysł metalurgiczny, stąd pochodziło 90% pszenicy). Ten w skali imperium mały skrawek terenu (ok. 2%) generował ponad 25% rocznego dochodu. Każdy rząd rosyjski walczyłby o ten teren ze wszystkich sił, co jest oczywiste. To trochę tak jakby nam dzisiaj np. Czesi chcieli zabrać Śląsk i utworzyć tam oddzielne państwo Silesia (proporcje terytorialne nie są tu oczywiście zachowane). 

Rozdział drugi dotyczy ciemnej strony działalności JP i sanacji tj. morderstw i innych kryminalnych czynów i obala mit tzw. sanacji moralnej za rządów JP. Jest to bardzo obszerny rozdział, bo liczy ponad 70 stron i jest najdłuższy w książce. Tak szeroki opis tych spraw jest jednak uzasadniony, bowiem ten temat się zupełnie przemilcza lub w najlepszym razie bagatelizuje. Nawet zamilczany przez media głównego ścieku tygodnik „Warszawska Gazeta” w Nr 3 (605) z 18-24.01.2019 r. w artykule pt. „Tasiemka i ministerialna kieszeń, czyli o związkach złodziejstwa i polityki” jest sporo o złodziejskiej i innej przestępczej działalności gangu „Taty Tasiemki” (w tym o kradzieży portfela w 1935 r. przez jednego z członków gangu ówczesnemu wiceministrowi spraw wojskowych Felicjanowi-Sławoj Składkowskiemu podczas uroczystości pogrzebowych gen. Daniela Konarzewskiego 5.05.1935 r.). Jednak ani słowa nie ma tam na temat tego że JP wykorzystywał gang „Taty Tasiemki” do mokrej roboty, tj. mordowania i bicia swoich przeciwników politycznych czy też osób niewygodnych z innych powodów. Istnieje powiedzenie, że murzyn zrobił swoje murzyn może odejść. I tak było też i tu. W 1932 r. gdy władza JP była już mocna gangsterów posadzono na ławie oskarżonych, skazano i poszli siedzieć.
Dowiadujemy się m.in., że gen. Zagórski został zamordowany przez sanację, gdyż wiedział dobrze o agenturalnej przeszłości Piłsudskiego. Wyjście na jaw informacji, że JP współpracował z wywiadem austriackim i chciał wywołać w 1914 r. polskie powstanie w zaborze rosyjskim na zlecenie Austriaków skompromitowałoby go w oczach narodu. Dlatego aby niewygodna prawda nie wyszła na jaw gen. Zagórski został zamordowany przez sanacyjne władze. Okoliczności zbrodni wyszły na jaw w 1937 r. Ich opis ktoś w anonimowym liście przysłał byłemu już wtedy premierowi Witosowi. Wynikało z niego że gen. Zagórski został zastrzelony przez legionistów w Forcie Legionów 6.08.1927 r., a potem zmasakrowane i obciążone kamieniami zwłoki wrzucono do Wisły pod Wilanowem. Autor przytacza dokładny opis morderstwa podany przez anonimowego autora listu z pamiętników Witosa. Najpierw gen. Zagórski był bity i chciano, aby wydał kompromitujące JP dokumenty. Ten jednak odmówił i mocno się bronił, więc go ostatecznie zastrzelili. Opis jest bardzo dokładny i szczegółowy z podaniem nazwisk, więc jest wiarygodny. Inni oficerowie z armii austriackiej znający agenturalną przeszłość Piłsudskiego również zostali przez sanację zamordowani. Wyjątkiem był gen. Józef Rybak, który w 1953 r. napisał swoje pamiętniki, gdzie o tym fakcie także wspomniał. Zostały one wydane już po jego śmierci w 1954 r.
Inny przykład mordu dokonanego przez ludzi Piłsudskiego to prawdziwy bohater Bitwy Warszawskiej 1920 r., czyli gen. Rozwadowski. Został on po zamachu majowym w 1927 r. uwięziony przez sanacyjny reżim, a następnie jak wszystko na to wskazuje zarażony złośliwą odmianą końskiej włośnicy podaną w potrawie. Tak stwierdził lekarz, z którym śmierć generała konsultowała jego krewna Felicja-Brochwicz-Żeromska. Włosień rani i przecina narządy. Gen. Rozwadowski zmarł 18.10.1928 r. Sekcji zwłok nie przeprowadzono. Mimo to wojskowy lekarz płk dr Bolesław Szarecki odbył konsylium z badającymi zwłoki generała lekarzami i stwierdził, że otrucie generała Rozwadowskiego jest niemal pewne. Piłsudski tak nienawidził gen. Rozwadowskiego, że pogrzeb generała odbył się bez należnych Mu honorów wojskowych i w godzinach porannych, aby jak najmniej osób brało w nim udział. Generał Rozwadowski i jego bohaterskie czyny miały zostać z pamięci ludzkiej wymazane. I prawie się JP i sanacji udało, ale dzisiaj jednak prawda wychodzi na jaw.
Autor opisuje też trzy próby zamordowania gen. Józefa Hallera przez sanacyjne władze. Próby te na szczęście zakończyły się niepowodzeniem. Gen. Haller był dla JP niewygodny gdyż to on dowodził silną „Błękitną Armią”, sprowadzoną z Francji,która miała duży udział w odzyskaniu niepodległości przez Polskę. Miał on duże sukcesy wojskowe i cieszył się uznaniem narodu polskiego. Był więc konkurentem do sławy.
Także morderstwo prezydenta Gabriela Narutowicza należy zaliczyć na konto sanacji. Niezrównoważony psychicznie malarz Eligiusz Niewiadomski „endek” był tylko narzędziem, fanatykiem, którego sanacja podpuściła i wykorzystała do morderstwa dopiero co wybranego prezydenta. Piłsudskiemu chodziło o wywołanie rozruchów jako odwet za zamordowanie Narutowicza. Miało to wg planu JP spowodować rzeź narodowców i zdestabilizować mocno sytuację w kraju. Wtedy Piłsudski dokonałby zamachu stanu kreując się na zbawcę narodu, który przywrócił porządek. Mamy tu jako dowód wypowiedź piłsudczyka Kazimierza Stamirowskiego, adiutanta JP „Odwet nie polega tylko na zabiciu pewnej ilości przywódców endeckich, to ma być tylko początek, po którym nastąpi przechwycenie władzy„. Plan się nie powiódł dzięki ostremu sprzeciwowi szefowi PPS Ignacemu Daszyńskiemu.
Oprócz tego było wiele innych morderstw oraz pobić osób niewygodnych. Np. słynny pisarz Tadeusz Dołęga Mostowicz został przez sanacyjnych bandytów ciężko pobity za to, że pisał bardzo krytyczne artykuły na temat rządów Piłsudskiego. Cudem uszedł z życiem. Nieprzytomnego bandyci wrzucili do glinianki w Łomiankach zapewne myśląc że już nie żyje. Dopiero następnego dnia rano odzyskał przytomność a jego jęki zauważył chłop jadący w pobliżu furmanką. Wyciągnął go z mułu i zawiózł do szpitala. Pobicia dokonali tzw. nieznani sprawcy. Coś jak „seryjny samobójca” znany z wciąż (nie)miłościwie nam panującej III RP.
Oprócz tego sanacyjni bandyci w wojskowych mundurach dopuszczali się innych przestępstw. Jednym z nich było zdemolowanie i w zasadzie całkowite zniszczenie (wliczając w to maszyny drukarskie) redakcji opozycyjnych w stosunku do reżimu sanacji gazet takich jak „Gazeta Warszawska” czy „Dziennik Wileński”.
Poza tym były także skandale obyczajowe takie jak korzystanie przez sanacyjnych ministrów z usług prostytutek.
Autor opisuje także trzymanie więźniów politycznych (z obozu narodowego, PPS, PSL i innych partii) w obozie w Brześciu i potem w Berezie Kartuskiej gdzie ich bito i torturowano psychicznie. To było już poruszane w pierwszej części, a tutaj zostało rozszerzone. Ogólnie to co tu jest w tym rozdziale opisane jest szokujące i powszechnie nieznane. Opisałem w skrócie tylko niewielką część tego co zostało tam przedstawione.

Rozdział trzeci dotyczy polityki zagranicznej JP. Na początku autor zaznacza, że Piłsudski kierował się w polityce, zwłaszcza w stosunku do Rosji, emocjami a nie logiką i rozsądkiem. Do zamachu majowego w 1926 r. Polska była rządzona przez partie narodowe i ludowe. Działały one w interesie narodu i w polityce zagranicznej stawiały na sojusz z Francją przeciwko Niemcom. Nasza armia była uzbrajana w nowoczesny sprzęt i broń za preferencyjne kredyty jakie dawała nam Francja. Nie było to rozwiązanie idealne ale dawało nam spore bezpieczeństwo ze strony Niemiec, które będąc w kleszczach dwóch dość silnych armii niewiele mogły zdziałać. Porządek wersalski dzięki temu w miarę dobrze się trzymał. Po zamachu majowym, sfinansowanym i zorganizowanym przez Brytyjczyków i Żydów i gdy JP przejął zupełnie władzę nastąpiły duże zmiany sprzeczne z naszą racją stanu. JP oficjalnie nie zerwał sojuszu z Francją, ale działał w interesie Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy uważali, że Francja w sojuszu z Polską przeciw Niemcom zbyt urośnie w siłę i zagrozi ich hegemonii w Europie. Dlatego zorganizowali zamach stanu w Polsce i zmienili polską politykę. JP postawił na proangielską i proniemiecką politykę de facto dążąc do obalenia w Europie porządku wersalskiego, na którym opierało się istnienie niepodległej Polski. Piłsudski uważał, że sojusz z Francją jest niewiele wart i zaczął zbliżać się do Niemiec jak twierdził przeciwko Rosji. Orientacja na Niemcy i dążenie do poprawy stosunków z tym krajem zaowocowało w 1934 roku podpisaniem paktu o nieagresji. Był on korzystny tylko dla Niemiec, bowiem w 1932 r. Niemcy uzyskały od aliantów zgodę na budowę armii. Rządzący w 1934 r. Niemcami Hitler dzięki paktowi z Piłsudskim zyskiwał spokój na wschodzie i mógł spokojnie budować armię. Polska zaś związana paktem nie mogła prowadzić podobnych działań. Zresztą armia i tak była już wtedy w niemal zupełnej rozsypce. W 1932 r. podpisaliśmy podobny pakt o nieagresji z ZSRR. Była to jak określił JP „polityka dwóch stołków”. Z któregoś musieliśmy najpierw spaść i to wiedział też Piłsudski. Polecił założyć specjalną jednostkę w wojsku, zwaną Laboratorium, mającą ustalić kto nas pierwszy zaatakuje. Wojskowi po analizie słusznie uznali, że będą to Niemcy. Piłsudski jednak nie potrafił przezwyciężyć swych osobistych uprzedzeń do Rosji. Zignorował te analizy i autorytatywnie uznał, że Rosja nas pierwsza zaatakuje. Zupełnie nie dostrzegał zagrożenia ze strony Niemiec. Niektórzy twierdzą, że planował wojnę prewencyjną przeciw Niemcom proponując ją Francji. Nie ma to jednak żadnego potwierdzenia w źródłach historycznych. Była to raczej wyłącznie akcja propagandowa na użytek narodu, który obawiał się Niemiec. Zresztą wojna prewencyjna w 1934 r. była wykluczona z prozaicznego powodu – armia po „reformach” JP była bardzo słaba i taka wojna byłaby dla nas samobójcza. Zresztą JP uważał dojście do władzy Hitlera za korzystne dla Polski i naszych stosunków z Niemcami. Nie dopuszczał myśli że Niemcy i ZSRR mogą się porozumieć przeciw nam, co jak wiemy kilka lat później nastąpiło. Po śmierci nie zostawił żadnego testamentu i w obozie piłsudczyków w 1935 r. rozgorzała walka frakcyjna o władzę, co jeszcze pogorszyło sytuację naszego kraju. Gdy już walki o władzę się zakończyły dalej realizowana była samobójcza polityka zagraniczna, choć przynajmniej podjęto działania w kierunku naprawy i wzmocnienia armii, ale było już za późno. Polityka Józefa Becka doprowadziła do konfliktu z jednym z ważnych filarów systemu wersalskiego Czechosłowacją. Nie udzielił on wsparcia Czechosłowacji w 1938 r. i ta nie mając innego wyjścia skapitulowała wobec żądań Hitlera oddając mu Sudety, gdzie był skoncentrowany cały duży przemysł wojenny Czechosłowacji, który teraz dostał się w ręce III Rzeszy i zaczął pracować dla niej. Gdyby Beck poparł Czechosłowację Hitler musiałby się długo zastanawiać nad atakiem na oba nasze kraje. Czechosłowacja miała dość dobre fortyfikacje antyniemieckie i sporo wojska zmechanizowanego, ale mało żołnierzy. Sama nie miała szans w starciu z Hitlerem. Wraz z nami szanse na wspólną obronę byłyby sporo większe, choć i to nie dawało rzecz jasna pewności. System wersalski bowiem już mocno się wtedy chwiał. W marcu 1939 r. Hitler zagarnął resztę Czechosłowacji, a Polska się do tego rozbioru przyłączyła wcześniej zabierając w 1938 r. Zaolzie i Bukowiec. Tym samym system wersalski przestał istnieć i stało się jasne, że II wojna światowa jest kwestią krótkiego czasu – już nie lat, ale miesięcy. Jej przebieg i tragiczne dla nas skutki znamy. Doprowadził do nich Józef Piłsudski ze swoją absurdalną polityką sprzeczną z polską racją stanu. To, że potem przez kolejne 45 lat po wojnie była „przyjaźń polsko-radziecka” to także jego „zasługa” i to z dwóch powodów: 1) pomoc bolszewikom w pokonaniu białych i 2) polityka która spowodowała rozpad systemu wersalskiego. Zatem gdy rok temu Putin zarzucał nam, że wywołaliśmy II wojnę światową nie minął się aż tak bardzo z prawdą.

Rozdział czwarty ma tytuł „Strażnicy z Ministerstwa Prawdy”. Brzmi to trochę jak u Orwella, ale tak było. JP i piłsudczycy bali się prawdy jak ognia. Gdyby naród polski poznał prawdę o JP to rządy jego i jego zwolenników szybko w oczach narodu straciłyby legitymację i albo by tę władzę stracili albo też musieliby iść na wojnę z całym narodem polskim, aby jej nie stracić. Żeby więc się u władzy utrzymać i ją bez większych przeszkód móc sprawować musieli zmienić historię tak, aby zrobić z Piłsudskiego wielkiego bohatera, który niemalże w pojedynkę wywalczył niepodległość dla Polski i jedynie on i jego ludzie mogą Polską rządzić. JP i piłsudczycy robili więc wszystko, aby zmienić historię. Zaczęli od niszczenia niewygodnych dokumentów jeszcze w 1923 r. m. in. dotyczących współpracy JP z austriackim wywiadem H.K. Stelle. Były tam m.in. kwity potwierdzające że JP brał pieniądze od austriackiego wywiadu. Po dojściu JP do pełni władzy w 1926 r. oprócz niszczenia dokumentów władza nałożyła też embargo na prawdziwe informacje o JP. Np. gdy sanacyjny historyk Władysław Pobóg Malinowski napisał biografię JP, w której ujawnił, że JP w 1899 r. dokonał konwersji z katolicyzmu na protestantyzm sanacja ocenzurowała książkę nakazując usunąć z niej niewygodny fakt. JP miał być w odbiorze społeczeństwa czysty jak łza i idealny niczym Bóg. Podobnie zatajano romans JP z Aleksandrą Szczerbińską i jeszcze dwiema innymi kochankami w czasie gdy Aleksandra była już drugą żoną JP. Naród także nic nie wiedział o chorobie psychicznej JP objawiającej się okresowymi napadami agresji i wypowiadania potoku obelżywych słów, strzelaniem do wyimaginowanych zjaw czy wygrażaniem przez JP wyimaginowanym wrogom gdy był sam w pokoju jak wynika z relacji jego adiutanta. Wszelkie krytyczne uwagi wobec JP w prasie bezwzględnie tępiono. Doszło do tego, że jeden z dziennikarzy „Dziennika Wileńskiego” za nazwanie JP kabotynem (już po śmierci JP) został pobity i stanął przed sądem i trafił do więzienia za obrazę czci JP. Po tym wydarzeniu reżim sanacji 15.03.1938 r. wprowadził do sejmu projekt ustawy o obronie czci marszałka JP. Ustawa weszła w życie 13.04.1938 r. Od tej chwili wolno było o JP mówić tylko tak jak nakazywała sanacyjna propaganda, czyli wychwalać JP albo milczeć. Wszelka krytyka traktowana była jak obraza czci JP i groziło za nią aż 5 lat więzienia! Ta ustawa była wówczas ewenementem na świecie. JP był jedyną postacią historyczną w Polsce której nie wolno było legalnie krytykować. Był też instytut historyczny, który tak pisał ówczesną historię najnowszą Polski, aby JP był zbawcą narodu. I taką kłamliwą historię „sprzedawano” społeczeństwu. Do dziś większość ludzi w Polsce w te kłamstwa wierzy. O tym szerzej autor pisze jednak w następnym rozdziale.

Rozdział piąty dotyczy tego jak sfałszowano biografię JP. Piłsudczycy i sam JP wykorzystali w tym celu dwie instytucje: Instytut Badania Najnowszej Historii Polski (po śmierci JP dodano do nazwy człon im. Józefa Piłsudskiego) oraz Wojskowe Biuro Historyczne. Obie te instytucje współpracowały ze sobą. Instytut już w 1923 r. tworzyli ludzie w znacznej większości wywodzący się z Legionów Polskich i Pierwszej Brygady dowodzonej przez JP. I już w 1923 r. zaczęli „poprawiać” biografię JP, aby w oczach narodu był bohaterem. Skoncentrowali się na kulcie JP jako osoby bez której Polska nie odzyskałaby rzekomo niepodległości oraz kulcie JP jako pierwszej osoby w państwie. Początkowo szło niezbyt dobrze, bowiem pierwszy szef Instytutu Leon Wasilewski chciał prawdziwych badań historii, a nie propagandy. Po zamachu majowym w 1926 r. Instytut został połączony z Wojskowym Biurem Historycznym i problem zniknął. Nowy szef Instytutu gen. Julian Stachiewicz był w pełni dyspozycyjny wobec sanacyjnego reżimu. Później tę samą linię kontynuowali kolejni szefowie Instytutu, zaufani ludzie JP i zarazem masoni Walery Sławek i od kwietnia 1939 r. Aleksander Prystor. We władzach Instytutu oprócz samego szefa także byli ludzie JP, elita Pierwszej Brygady dobrana przez samego JP. Do ważniejszych osób w Instytucie należeli ludzie z przeszłością socjalistyczną, legionową lub POW – z bardziej znanych m. in. Jędrzej Moraczewski, Kazimierz Świtalski czy Janusz Jędrzejewicz. Do tego należy doliczyć dwóch czołowych polskich masonów: Henryka Kołodziejskiego i Andrzeja Struga (Tadeusza Gałeckiego). Do 1926 r. Instytut miał problemy lokalowe i wiele nie zdziałał. Od jesieni 1926 r. po połączeniu z Wojskowym Biurem Historycznym Instytut zyskał lokale i pomoc w uporządkowaniu archiwaliów i ich przechowywaniu (dotąd archiwa przechowywane były w mieszkaniach piłsudczyków). Instytut działał od tej chwili za wyraźną sugestią JP i na jego zlecenie. Instytut propagował kult JP i jego sfałszowaną biografię, w której przypisano JP zasługi innych osób (m.in. gen. Rozwadowskiego z Bitwy Warszawskiej, którą to wg sanacyjnej wersji historii dowodził JP) oraz znacznie wyolbrzymiono rolę JP w odzyskaniu niepodległości przemilczając zarazem różne niewygodne fakty (jak agenturalna przeszłość JP czy to, że z Magdeburga 10.11.1918 r. przyjechał specjalnym pociągiem i że został wybrany na Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza przez kontrolowaną przez Niemców Radę Regencyjną czy o tym, że zamach majowy z 1926 r. sfinansowali i zorganizowali Brytyjczycy i Żydzi).
Propaganda nie szła zbyt dobrze. Instytut w 1930 r. zaangażował się w działalność wydawniczą, ale jego pozycje słabo się sprzedawały bowiem rządzący reżim sanacji cieszył się niską popularnością w społeczeństwie. Wydająca książki i broszury Instytutu związane z działalnością  JP Spółka Wydawnicza „Polska Zjednoczona” upadła w 1933 r.  Z rozdziału dowiadujemy się też, że nie tylko osoby zatrudnione w Instytucie i Wojskowym Biurze Historycznym zajmowały się fałszowaniem historii. Robił to też sam JP, który napisał książkę pt. „Rok 1920” wydanej przez wydawnictwo Bellona w 1924 r. JP w tej książce osobiście przywłaszczył sobie zasługi m.in. gen. Rozwadowskiego, który dowodził w Bitwie Warszawskiej i opracował jej plan a także innych biorących udział w tej bitwie generałów. Zasługi w zwycięskiej z bolszewikami bitwie JP przypisał niemal wyłącznie sobie. Oburzyło to gen. Sikorskiego do tego stopnia, że odpowiedział on swoją książką wydaną pod pseudonimem Karol Pomorski. Książka miała tytuł „Józef Piłsudski jako wódz i dziejopis” – wydana w 1926 r. w Warszawie. Sikorski oskarżył w niej JP, że ten wszystkie zasługi przypisuje sobie, a błotem, obelgami i pogardą obrzuca wszystko i wszystkich i chce uchodzić wobec narodu za półboga oraz po prostu fałszuje wyraźnie na swoją korzyść historię.
Jak pisze na zakończenie rozdziału autor w latach 1915-1939 ukazało się aż 647 publikacji na temat JP. Zdecydowana większość z nich była zafałszowana lub wyraźnie sfałszowana i nie miała wiele wspólnego z prawdą. Były to publikacje gloryfikujące wbrew faktom JP. W czasach II RP ukazały się także nieliczne publikacje krytyczne wobec JP zawierające fakty m. in. książka Ireny Pannenkowej „Legenda Piłsudskiego”, wydana pod pseudonimem Jan Lipecki. Było ich bardzo mało, bo za rządów sanacji za „obrazę czci” JP potencjalni autorzy takich krytycznych publikacji mogli zostać mocno pobici przez tzw. nieznanych sprawców co mogli przypłacić nawet życiem. Od kwietnia 1938 r. zaś za pisanie czy mówienie niewygodnej prawdy o JP można było iść na 5 lat do więzienia. To były wystarczająco dobre argumenty, aby uciszyć tych co chcieli głosić prawdę.
Sanacyjna propaganda gloryfikująca JP została doprowadzona do takiego absurdu, że przyznawali to nawet sami piłsudczycy tacy jak sanacyjny historyk Wacław Lipiński. Stwierdził on z żalem, że od śmierci JP wzrosła znacznie liczba jego biografii, ale nic albo nic nie wnoszą one do wiedzy o życiu Marszałka.
Na podstawie sfałszowanej biografii stworzono wizerunek propagandowy JP i taki prezentowano narodowi polskiemu.

Rozdział szósty pokazuje wielki kontrast między wizerunkiem propagandowym JP stworzonym przez sanację i jego samego, a faktami historycznymi. W dużym skrócie poniżej to przedstawiam.
Twórca Legionów – JP wg sanacji był twórcą Legionów bez których nie byłoby niepodległej Polski. Fakty są zaś takie, że Legiony powstały z inicjatywy gen. Władysława Sikorskiego oraz konserwatystów krakowskich z Juliuszem Leo na czele, który negocjował z Austriakami w Wiedniu uzyskując u nich zgodę na stworzenie Legionów. JP dowodził tylko jedną z trzech brygad. Poza tym oddział Legionów dowodzony przez JP wkraczając z zaboru austriackiego na teren ziem zaboru rosyjskiego próbował wywołać antyrosyjskie powstanie. Ludność była temu przeciwna. Próbując złamać opór żandarmeria legionowa na Kielecczyźnie dokonywała egzekucji ludności cywilnej. Dowodził tą zbrodnią szef legionowej żandarmerii Wacław Kostek Biernacki. Legioniści byli więc wrogo przyjmowani przez polską ludność zaboru rosyjskiego.
Męczennik z Magdeburga – wg sanacyjnej wersji JP został uwięziony przez Niemców i siedział w ciężkich warunkach w magdeburskiej twierdzy, po czym w końcu Niemcy go wypuścili. Faktycznie zaś JP został aresztowany ale niemalże na własną prośbę. Jak podaje autor sam JP pisał, że prosił aby Niemcy internowali też jego, bo chce dołączyć do swoich żołnierzy z Legionów, których Niemcy uwięzili. Wtedy został internowany i jak sam przyznał w Magdeburgu wypoczywał. Gdy Niemcy uznali, że już wystarczy tej „martyrologii” niemiecki wywiad wojskowy przetransportował JP specjalnym pociągiem do Polski 10.11.1918 r. Następnego dnia JP ogłoszony został przez kontrolowaną przez Niemców Radę Regencyjną Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem, a ambasadorem Niemiec w Polsce został „Czerwony Hrabia” Kessler – ten który zorganizował transport JP z Magdeburga do Polski 10.11.1918 r.
Twórca niepodległej Polski – wg sanacyjnej wersji bez JP nie byłoby niepodległej Polski.
Twórcą PPS i jej programu nie był jak się powszechnie uważa JP, ale Stanisław Mendelson. JP stworzył PPS Frakcję rewolucyjną, gdy nastąpił podział w PPS. Nie jest prawdą także, że JP był jedynym który podjął ideę zbrojnej walki o niepodległość. Myśl tę rzucili narodowi demokraci. W wywyższeniu JP na stanowiska Naczelnego Wodza i Naczelnika Państwa miał wydatny udział niemiecki wywiad wojskowy.
JP faktycznie walczył o niepodległość Polski, ale jego koncepcje były błędne. Chciał on uzyskać niepodległość Polski w oparciu o państwa centralne (Niemcy i Austro-Węgry), co było absurdem, bowiem bismarckowska polityka Mitteleuropy nie przewidywała niepodległej Polski. Niepodległość Polska odzyskała nie dzięki JP, ale dlatego, że jego koncepcje poniosły klęskę.
Twórca Polskiej Armii – wg sanacji JP stworzył polską armię. Faktycznie zaś JP nie miał żadnego wykształcenia wojskowego, był samoukiem i miał jedynie stopień brygadiera armii austriackiej. Duża i potężnie uzbrojona Błękitna Armia gen. Hallera jak i Armia Wielkopolska gen. Dowbora Muśnickiego, a wcześniej korpus gen. Dowbor Muśnickiego powstały bez udziału JP, a JP robił co mógł aby rozbić armię Hallera.
Zwycięski wódz Bitwy Warszawskiej – jak już było wcześniej wspomniane JP nie brał w ogóle udziału w Bitwie Warszawskiej, bo 12.08.1920 r. złożył dymisję ze stanowisk Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza, gdy bolszewicy dochodzili już pod Warszawę. Opuścił też wtedy zupełnie front udając się do swojej ówczesnej konkubiny Aleksandry Szczerbińskiej, co wiadomo z jej pamiętników które ujrzały światło dzienne w 1960 r. JP wrócił na front dopiero 16.08, gdy już wojska bolszewików zostały pokonane i się wycofywały. Opracowanie planu bitwy (rozkaz nr 10000 podpisany przez JP) jak i dowodzenie samą bitwą to zasługa gen. Tadeusza Rozwadowskiego.
Budowniczy Polski mocarstwowej – sanacyjna propaganda ogłupiała społeczeństwo wmawiając mu, że dzięki JP i jego rządom Polska jest potęgą gospodarczą. Fałszowano w tym celu dane gospodarcze. Chodziło o to, że hasło mocarstwowości choć groteskowe w zestawieniu z realiami politycznymi i gospodarczymi rzucone do społeczeństwa o wielkich tradycjach i z wielkimi kompleksami oddziaływało społecznie i zwiększało fałszywą wielkość JP.
Wielki wychowawca narodu – JP był przedstawiany jako wzór osobowy, niemalże chodzący ideał, półbóg, wzór do naśladowania dla narodu. Faktycznie zaś miał od samego początku powstania II RP, a nawet i wcześniej zapędy dyktatorskie. W 1899 r. dokonał konwersji z katolicyzmu na protestantyzm, aby poślubić pierwszą żonę Marię. Później za życia pierwszej żony miał kochankę Aleksandrę Szczerbińską, a gdy pierwsza żona zmarła to 2 miesiące po jej śmierci JP ożenił się z Aleksandrą. Potem będąc mężem Aleksandry i mając z nią dwie córki miał jeszcze dwie kochanki. Z powodu zapalenia mózgu cierpiał na koprolalię przez co często używał wulgaryzmów wobec współpracowników, posłów, a jego wypowiedzi z okresu dyktatury urągają wszelkiej przyzwoitości. Poza tym uprawiał praktyki okultystyczne i brał udział w seansach spirytystycznych o czym była mowa w pierwszej części. JP był zatem antywzorem dla narodu i nie jego wychowawcą, ale demoralizatorem.
Ojciec narodu i symbol Polski – JP jest do dziś przedstawiany jako ten, który dzięki zamachowi majowemu w 1926 r. zaprowadził porządek w kraju niszczonym przez sejmokrację i spory polityczne. Ustrój parlamentarny się rzekomo w II RP nie sprawdził. Fakty są takie, że sejm był rozdrobniony na wiele partii, gdyż to JP narzucił ordynację proporcjonalną. Mimo to nie było wcale tak źle i wygrywające wybory w 1919 r. i 1922 r. partie narodowe wraz z PSLem miały stabilną większość i mogły normalnie rządzić. JP i piłsudczycy robili wszystko, aby wywoływać zamieszanie, spory, waśnie aby móc przekonywać, że ustrój parlamentarny się nie sprawdza i JP powinien objąć dyktatorskie rządy. W okresie jego dyktatury rządy JP i potem sanacji były jedną wielką katastrofą i bandytyzmem o czym była już mowa w poprzednich rozdziałach.
Testament ideowy JP – JP nie zostawił nie tylko ideowego, ale w ogóle żadnego testamentu. Nie wyznaczył swojego następcy, co spowodowało po jego śmierci walki frakcyjne wśród piłsudczyków co jeszcze pogarszało i tak złą sytuację państwa polskiego. JP w całokształcie swoich działań politycznych zapisał się w historii Polski skrajnie negatywnie.

Rozdział siódmy dotyczy kultu JP i tego jak powstał. Pojęcie kultu JP pojawiło się już w 1917 r. Oddawanie czci JP zainicjował obóz jego zwolenników złożony głównie z członków I Brygady i POW. W II RP do czasu zamachu majowego w 1926 r. propagowanie kultu JP było często krytykowane. Po zamachu majowym kult przybrał na sile, a krytyków siłą uciszano poprzez ciężkie pobicia (np. Tadeusz Dołęga Mostowicz), morderstwa a od kwietnia 1938 r. zakazano w ogóle krytyki JP gdy weszła w życie ustawa zgodnie z którą za krytykę JP i jego polityki groziło nawet 5 lat więzienia. W 1932 r. weszła w życie reforma ówczesny minister szkolnictwa Janusz Jędrzejewicza. W szkołach uczono dzieci i młodzież sanacyjnej, załganej biografii JP i fałszywej wersji historii wg której JP był wielkim bohaterem narodu polskiego. Nowy program edukacyjny został społeczeństwu narzucony. W programie tym oprócz kultu JP był także kult państwa. Zgodnie z tym nauczaniem państwo było najważniejsze i stało ponad narodem i jego interesami. Średnio się to sanacji udawało, bowiem większość narodu znała prawdę. Autor przytacza przypadek, opisany przez Juliusza Zdanowskiego. Nauczycielka wiejska głosi chwałę JP, a uczeń mówi o tym ojcu. Ten mówi, że nauczycielka musi tak mówić, bo jej za to płacą, a JP to buntownik, który prezydenta wypędził, ludzi mordował na ulicach i do wojska strzelał.
Kult JP przybierał często absurdalne formy np. dzień imienin JP był dla wojska po 1926 r. dniem uroczystości ku czci JP. Tego absurdu nie zniesiono nawet po śmierci JP i wtedy także dzień imienin JP 19 III był w wojsku celebrowany, a uroczystości zaczynały się od wysłuchania przemówienia radiowego prezydenta Mościckiego późnym popołudniem 18 III. Nie tylko wojsko celebrowało imieniny JP. W marcu 1926 r. uczczono imieniny JP marszem Belweder – Sulejówek a marsze te były kontynuowane w kolejnych latach.
Kult JP budowano wykorzystując prasę, ale także przez poezję, sztukę i literaturę. Wszędzie tam JP był przedstawiany jak męczennik, wielki bohater, twórca niepodległości i zbawca narodu.
Sanacja zawłaszczyła też 11.11.1918 r. ustanawiając go dniem odzyskania niepodległości przez Polskę. Uznano JP za wskrzesiciela niepodległości, rugując z pamięci zbiorowej inne bardzo zasłużone postacie, w szczególności Romana Dmowskiego. 11.11.1918 r. JP został Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem z nadania Rady Regencyjnej, która była wtedy pod niemiecką kontrolą.
Uroczystości pogrzebowe JP w maju 1935 r. również wykorzystano do kultu JP. Sanacyjna propaganda mówiła o wielkiej stracie dla narodu, narzucała wielką żałobę narodową po stracie wielkiego bohatera narodowego. Żałoba początkowo miała trwać aż 6 tygodni! W kościołach odprawiano w dniu śmierci JP uroczyste msze święte w intencji zmarłego (mimo iż JP wyrzekł się katolicyzmu w 1899 r.) Pogrzeb JP odbył się z wielką pompą. Średnio się to wszystko sanacji udało, Jak podaje Stanisław Mikołajczyk, polityk PSL wiele osób wyrażało publiczną radość ze śmierci JP i było z tego powodu wiele aresztowań. Widać jak naród „kochał” JP.
Kult JP przetrwał i był i jest dalej propagowany w Polsce przez różne siły mające w tym swój interes. Jakie to siły i jaki mają interes autor pisze w kolejnym rozdziale.

W rozdziale ósmym autor przedstawia siły stojące za trwającym do dziś fałszywym kultem JP. Wymienia je on i opisuje. Poniżej w dużym skrócie to przedstawiam.
Piłsudczycy – po II wojnie światowej już nie rządzili w Polsce więc do tego celu w jakim go wykorzystywali przed II wojną światową już im nie służył. Dziś są to już tylko spadkobiercy dawnych piłsudczyków którzy znają prawdę, ale nie chcą jej ujawnienia oraz zwykli ludzie, których możnaby określić jako (nie)pożytecznych idiotów. Ci drudzy to wszyscy Ci, którzy wynieśli z domu czy ze szkoły zakłamaną wersję historii i biografii JP i dzisiaj głoszą jego kult będąc przekonanym, że to prawda. Nie są to tylko zwykli obywatele, ale co ze smutkiem stwierdzam, także patriotyczni dziennikarze zamilczanego przez głównościekowe media tygodnika „Warszawska Gazeta” tacy jak Andrzej Leja. Sam pisał nieraz na łamach „WG”, że on czci JP, bo to wyniósł z rodzinnego domu, a ci co „oczerniają” marszałka to czerwone komuchy. Ciężko z takimi ludźmi rozmawiać, bo są tak zindoktrynowani, że wszelką krytykę JP uważają za jego obrazę, a niekiedy mogą i wyzwać krytykanta od czerwonych pająków, zdrajców i antypolonitów.
Niemcy – w dwudziestoleciu międzywojennym obsadzili JP na stanowisku najważniejszej osoby w państwie i wydatnie skorzystali na polityce JP, która była jak już wcześniej wspomniałem proniemiecka i zarazem probrytyjska, a sprzeczna z polskim interesem narodowym. Choćby koncepcja federacyjna forsowana przez JP była zgodna z planami Niemiec, a dla nas niedobra, bowiem gdyby powstały niepodległe państwa Ukraina czy Litwa miałyby one sprzeczne interesy z naszymi i byłyby wrogie wobec nas a współpracowałyby z Niemcami. Dowody mamy w czasach II wojny światowej – w postaci np. ludobójstwa wołyńskiego czy mordu Polaków dokonanego przez Litwinów w Ponarach czy Glinciszkach. Dziś Niemcy wciąż są zainteresowani utrzymywaniem mitu JP jako wielkiego polskiego bohatera bowiem JP jest z ich perspektywy świetnym przykładem poddania się Polaków polityce niemieckiej. Kto wierzy w JP ten jest już w połowie zdobyty dla polityki niemieckiej i jej celów.
Żydzi – JP prowadził politykę prożydowską, a zarazem dyskryminującą naród polski. Z tego powodu Żydzi zawsze wyrażali się dobrze o JP i kultywują pamięć o nim. Żydzi także współfinansowali zamach majowy w 1926 r. Po zamachu gdy JP już rządził jako dyktator Żydzi uzyskali szereg przywilejów gospodarczych kosztem Polaków zwłaszcza w sektorze handlu i usług. Zlikwidowana została także na uczelniach wyższych zasada numerus clausus zgodnie z którą Żydzi mogli zajmować na uczelniach liczbę miejsc proporcjonalną do ich liczebności jako mniejszości narodowej w Polsce tj. ok. 10%. Teraz mogli studiować bez żadnych ograniczeń. JP tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości czynnie zaangażował się w stworzenie żydowskiego okręgu autonomicznego na Wileńszczyźnie, która nie miała wchodzić w skład państwa polskiego. Tylko dzięki ostrym protestom i silnemu oporowi nie doszło do tego i wbrew JP Wileńszczyzna weszła w skład II RP, a zalążek Judeopolonii nie powstał. Żydzi także jako ludzie o innej kulturze, religii i moralności stanowili w polskich organizmie społecznym ciało obce i rozsadzali II RP od środka na co zwracał uwagę Roman Dmowski i dlatego m. in. był i jest wyzywany od antysemitów. W związku z powyższym promowanie kultu JP w środowiskach żydowskich nie powinno dziwić.
Masoneria – masoni poparli i wsparli zamach majowy, a po nim wielu masonów było członkami rządów sanacyjnych. Dla zobrazowania wpływów masonerii na JP i piłsudczyków można podać, że tylko 2 premierów z lat 1926-1939 nie było masonami (sam JP i Sławoj Składkowski). Masoni dzięki dużym wpływom na rządy sanacji realizowali wiele swoich celów, choć wszystkich nie zrealizowali. Ich działalność zaznacza się np. w zmianie godła II RP w 1927 r. gdzie koronę orła zmieniono z zamkniętej na otwartą i usunięto z niej krzyż a na korpusie orła dodano masońskie gwiazdki. JP tak jak i masoni walczył też z kościołem katolickim. Za rządów JP masoneria przeżywała rozkwit choć w pewnym momencie się zbytnio rozpanoszyła i nawet dla piłsudczyków było to za wiele. W pewnym momencie masoni chcieli dokonać wewnętrznego przewrotu w kluczowych urzędach wsadzając tam swoich ludzi i sprowadzając JP w zasadzie do roli marionetki. Sanacja się zorientowała co się dzieje i nastąpiły dwa zamachy na życie premiera i masona Kazimierza Bartla po których wycofał się on z polityki oraz zabójstwo szefa jego gabinetu jednego z czołowych młodych polskich masonów Stanisława Zaćwilichowskiego (upozorowane na wypadek samochodowy). Po tych ciosach masoni odpuścili i nie przejęli pełni władzy w Polsce.
Obecnie związki z masonerią (podobnie jak sanacja) ma rządząca w Polsce neosanacja czyli PiS. Widać to choćby po reaktywacji przez Lecha Kaczyńskiego gdy był prezydentem (2007 r.) żydomasońskiej loży B’nai Brith zdelegalizowanej dekretem prezydenta Mościckiego tuż przed II wojną światową.
Anglia – dążyła ona do rewizji systemu wersalskiego uważając, że Niemcy zostały zbyt ostro potraktowane i że Francja może w sojuszu z Polską urosnąć znacznie w siłę i zagrozić mocarstwowej pozycji Anglii. Dla osiągnięcia swoich celów Brytyjczycy zorganizowali i współfinansowali zamach majowy JP w 1926 r. Od tej chwili polska polityka, dzięki dyktatorskim rządom JP i sanacji, była zgodna z interesami i planami Anglii, a sprzeczna z polską racją stanu. Krótko po zamachu majowym londyński The Times napisał, że za przewrotem JP stał rząd brytyjski i że finansował JP za pośrednictwem swojego posła w Warszawie i że JP jest nadal na żołdzie brytyjskim”. Oznaczało to, że JP dalej działa na polecenie Brytyjczyków. Boleśnie przekonaliśmy się o tym w 1939 r. gdy system wersalski się całkowicie rozsypał, wybuchła II wojna światowa a Polska została doszczętnie zniszczona, a naród polski stracił większość inteligencji i elit wymordowanych przez Niemców i sowietów. Dziś Anglia już nie jest mocarstwem i bardzo osłabła, więc promowanie przez nią kultu JP straciło na znaczeniu. Dziś miejsce Anglii zajęły Stany Zjednoczone. I dla ich interesów promowanie fałszywego kultu JP jest dobre. JP bowiem posłusznie robił co chcieli Anglicy. Dzisiaj jak to określa G. Braun rządzący PiS jest grupą rekonstrukcji historycznej sanacji. Tak jak sanacja wychwalała JP i wykonywała posłusznie rozkazy Anglii tak pisowska neosanacja wychwala JP i posłusznie wykonuje wszelkie rozkazy USA (z Żydami w pakiecie) sprzeczne z polską racją stanu czyli dokładnie tak jak to robił JP i sanacja. Podobieństwo jest uderzające. Miejmy nadzieję, że koniec będzie tym razem inny.
Dalsze promowanie przez ww. siły kultu JP w polskiej polityce za pomocą mediów oraz głównych partii politycznych (PiS, PO, PSL, SLD) ma na celu niedopuszczenie do odrodzenia się myśli narodowej i powstanie partii narodowej i silnego ruchu społecznego który będzie dążył do realizacji spuścizny Romana Dmowskiego dostosowanej do nowoczesnych realiów. Wtedy bowiem ww. siły osłabną a Polska urośnie w siłę i stanie się znaczącym krajem w Europie. Dziś zalążkiem takiej partii narodowej jest Konfederacja. Od nas zależy czy damy się dalej wodzić za nos socjalistycznej neosanacji PiS czy też przejrzymy na oczy i powołamy do życia partię/ruch który będzie wreszcie działał w interesie naszym, a nie obcych.

Rozdział dziewiąty dotyczy działalności politycznej JP i porównaniu jej ze wzorcem cywilizacji łacińskiej, do której zalicza się Polska. Najpierw mamy mały wykład na temat cywilizacji zaczerpnięty z prac Feliksa Konecznego gdzie dowiadujemy się czym jest cywilizacja i jakie są cywilizacje i na czym się opierają. Nie wchodząc w szczegóły cywilizacja łacińska opiera się na przede wszystkim na rządach prawa, wolności jednostki i poszanowaniu jej praw jednostki, rozgraniczeniu własności na państwową i prywatną, moralności i wierze chrześcijańskiej, dążeniu do dobrobytu oraz co bardzo ważne opiera się na prawdzie i dążeniu do jej poznania. Cechą tej cywilizacji jest też to, że rządzący wyznają te same wartości i działają zgodnie z ww. zasadami i dla dobra społeczeństwa.
JP od młodych lat ukształtowany został przez wpływ ideologii socjalistycznej i rewolucyjnej i szybko nasiąkł tą mentalnością. Jest to mentalność obca narodowi polskiemu, a bliska cywilizacji turańskiej, gdzie dążenie do osiągnięcia celów przemocą i bez liczenia się z prawem i interesami a nawet życiem innych ludzi jest cechą charakterystyczną. Na zesłaniu na Syberii gdzie spędził 5 lat i przebywał w gronie rewolucjonistów jego nienawiść do Rosji i odejście od cywilizacji łacińskiej jeszcze się nasiliło. Na str. 241-244 autor przedstawia fakty z biografii JP, które wpłynęły na to, że jego mentalność stała się turańska co objawiało się do odzyskania przez II RP niepodległości przede wszystkim w wykorzystywaniu kłamstwa i oszustwa w dążeniu do osiągania celów, a było główną metodą działania stosowaną przez rewolucyjnych socjalistów. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości JP nie zmienił swoich zasad działania i metody rewolucyjne, oparte na kłamstwie, kamuflowaniu i ukrywaniu swoich prawdziwych działań i dążenia do osiągnięcia swoich celów za pomocą przemocy stosował dalej z katastrofalnym skutkiem dla kraju. Uwidoczniło się to w szczególności po zamachu majowym w 1926 r. gdy JP i jego ludzie przejmując pełnię władzy przestali się zupełnie liczyć z kimkolwiek. Już samo przejęcie władzy przez JP było sprzeczne z zasadami cywilizacji łacińskiej, bowiem opierało się na złamaniu konstytucji (którą JP nazywał „konstytutą”, bo uniemożliwiała mu robienie wszystkiego co chciał) i obaleniu przemocą legalnego rządu. Dalsze rządy JP i sanacji były całkowitym zaprzeczeniem zasad cywilizacji łacińskiej. Wolności i prawa obywatelskie były notorycznie łamane, legalną opozycję parlamentarną oraz dziennikarzy zastraszano, bito (np. posłów endeckich), niewygodne osoby mordowano (jak gen. Zagórski czy gen. Rozwadowski) bezprawnie zamykano i znęcano się w obozach koncentracyjnych w Brześciu i Berezie Kartuskiej nad opozycją (m. in. Wojciechem Korfantym czy Wincentym Witosem). JP nie zapewniał dobrobytu narodowi (uprawiał politykę gospodarczą korzystną dla Anglii oraz Wall Street i USA), za to jego ludzie opływali w luksusy. Co ciekawe sam JP żył skromnie i nie czuł potrzeby wystawnego życia, ale swoim ludziom tego nie odmawiał. Zwłaszcza prezydent Mościcki lubił wystawne przyjęcia i jego utrzymanie kosztowało bardzo dużo. JP także walczył z kościołem katolickim, którego z powodów osobistych nienawidził, pozorując jedynie dobre stosunki z kościołem ze względu na społeczeństwo które było w zdecydowanej większości katolickie.
JP miał ogromną awersję do parlamentu, bowiem zawsze dążył do dyktatorskich rządów, a parlament mu w tym przeszkadzał. W latach 1919-1926 JP i piłsudczycy robili więc wszystko, aby w oczach społeczeństwa zdyskredytować parlament jako siedlisko awanturników. W każdej partii miał „swoich” ludzi, którzy na jego polecenie i wg jego instrukcji wszczynali dzikie awantury i burdy wywołując kryzysy parlamentarne. Od samego początku II RP JP dążył do zamachu stanu i przejęcia przez siebie pełni władzy. Takie próby podjął w grudniu 1922 r. i w 1923 r. jednak próby rewolucyjnego przewrotu nie powiodły się, gdyż siły samych piłsudczyków były zbyt małe. Dopiero wydatna pomoc Anglii i Żydów w 1926 r. zakończyła się sukcesem. Po zamachu majowym deprecjonowanie parlamentu się nasiliło. JP wręcz nie ukrywał swojej pogardy dla parlamentu. Wybory w 1928 r. w których sanacja nie uzyskała większości miejsc w parlamencie sprawiły że JP i jego ludzie nasilili dyktaturę przez przemoc i łamanie prawa, bowiem wiedzieli, że w normalny sposób władzy nie utrzymają, gdyż większość społeczeństwa widząc, że ich rządy są sprzeczne z zasadami cywilizacji łacińskiej do jakiej należy Polska była im przeciwna. Aby utrzymać się przy władzy JP opierał się na wojsku, w które po 1926 r. dokonał czystek wyrzucając z niego przeciwnych mu oficerów czym upolitycznił wojsko i sprowadził je do roli niemalże swojej prywatnej armii mającej zapewnić mu władzę. W sprawowaniu władzy JP i sanacja oprócz przemocy posługiwali się przekupstwem, omijaniem i łamaniem prawa, terroryzowaniem opozycji czy fałszowaniem wyborów. Ich sposób sprawowania rządów był zupełnie sprzeczny z zasadami i moralnością cywilizacji łacińskiej.

Ostatni, dziesiąty rozdział jest w zasadzie rozszerzeniem tematu z rozdziału dziewiątego. Ma on tytuł „Sanacyjna dyktatura jako narzędzie niszczenia państwa polskiego opartego na cywilizacji łacińskiej”. Autor opisuje m.in. walkę JP i sanacji z Kościołem katolickim. W okresie rządów JP walka ta odbywała się za pomocą utrudnień administracyjnych, przez laicyzację szkolnictwa i wprowadzenie bardzo liberalnego prawodawstwa w kodeksie karnym (zniesiono karanie za homoseksualizm a nawet zalegalizowano prostytucję nastolatek, co było wtedy największym liberalizmem w Europie – to mniej więcej tak jakby dzisiaj w Polsce zniesiono karanie za pedofilię). Po śmierci JP niewiele się tu zmieniło. Dowodem na to, że rządy sanacji były naprawdę antychrześcijańskie jest wojna domowa w Hiszpanii. Autor przedstawia dokładnie to zagadnienie. Już po śmierci JP sanacyjny reżim oficjalnie zapewniał świat i społeczeństwo polskie że stoi po stronie gen. Franco broniącego łacińskiego porządku. Naprawdę zaś sanacja wspierała czerwonych republikanów, którzy walczyli z kościołem i nic nie robili aby powstrzymać mordy księży i palenie kościołów przez agresywnych czerwonych anarchistów. Wsparcie to nie było jedynie symboliczne, ale przejawiało się w przesyłaniu dużej, jak na polskie możliwości, ilości broni i sprzętu wojskowego które transportowano do Hiszpanii przez port w Gdańsku na fałszywych dokumentach że rzekomo ładunek ma trafić do Urugwaju. Na str. 266 autor, przedstawia zestawienie sprzętu i broni przekazanych do Hiszpanii walczącym stronom: republikanom (Polska i ZSRR) oraz gen. Franco (Włochy i Niemcy). Karabinów i karabinków ręcznych oraz karabinów maszynowych i dział Polska przekazała dużo więcej niż mające znacznie większy od nas potencjał gospodarczy Niemcy! Było to działanie w zasadzie samobójcze wobec zbliżającej się wojny i czyniło nas niemal bezbronnymi.
Następnie autor pisze o próbie zainstalowania w Polsce systemu totalitarnego na bazie ideologii nacjonalistycznej na wzór tego jak to się stało w nazistowskich Niemczech. Próbę tę podjęła sanacja już po śmierci JP, gdyż ten sprzeciwiał się obozowi koncentracyjnemu w Berezie Kartuskiej i dopiero po prowokacji z ukraińskim zamachem na ministra Pierackiego zgodził się na jego uruchomienie na rok w 1934 r. Rok później JP zmarł, a obóz działał dalej. Jest to już omówione w pierwszej części. JP był też przeciwnikiem ideologii nacjonalistycznej, a był zwolennikiem federacji narodów co było w tamtych czasach nierealną utopią, bo każdy naród dążył wtedy do posiadania własnego państwa.
Na polecenie marszałka Śmigłego, który został dyktatorem w miejsce zmarłego JP utworzono partię Obóz Zjednoczenia Narodowego, który miał przyciągnąć wyborców prawicowych i stanowił jakby podróbkę endecji. Nic z tego jednak nie wyszło, społeczeństwo nie dało się nabrać. Zamiar wprowadzenia totalitarnego nacjonalizmu upadł, gdyż koncepcja była, ale nie było jej wykonawców tak jak w Niemczech. Naród polski zawsze był przeciwny totalitaryzmom i cenił sobie jak i inni Słowianie wolność. Widać po tym, że piłsudczycy byli oderwani od społeczeństwa i zupełnie nie rozumieli ducha i mentalności polskiego narodu, którym uzurpatorsko rządzili.
Na koniec mamy jeszcze trochę o zniszczeniu bezpieczeństwa państwa polskiego. Jak ustalili historycy archiwum polskiego wywiadu wojskowego „dwójki” przed wojną nie zostało z kraju wywiezione ani zniszczone, a jedynie ukryte i to słabo tak, że dostało się w ręce NKWD i Niemiec. Był to sabotaż i zdrada na rzecz naszych wrogów Niemiec i ZSRR. Z ustaleń wynika, że zdrajcami byli Jan Żychoń (Referat „Zachód”) i Jerzy Niezbrzycki (Referat „Wschód”). Przez ich zdradę ujawnieni zostali polscy agenci w Niemczech i ZSRR co oznaczało dla nich śmierć. Tak więc wśród obozu sanacji byli zdrajcy działający na szkodę państwa polskiego nawet w czasie już toczącej się II wojny światowej.
Na zakończenie autor opisuje jeszcze przypadek prześladowania i zabójstwa przez sanacyjną władzę śląskiego działacza niepodległościowego Wojciecha Korfantego, który zmarł 17.08.1939 r. w wyniku otrucia arszenikiem. Przez ostatnie 4 miesiące życia siedział w niesławnym więzieniu mokotowskim, w którym później w czasach stalinowskich komuniści więzili i mordowali polskich patriotów.  Tak więc sanacyjna władza zaczęła rządy od zamachu w 1926 r. w którym zginęło kilkaset osób i zakończyła je morderstwem wielkiego polskiego patrioty 2 tygodnie przed wybuchem II wojny światowej.

W zakończeniu autor pisze, że JP niezaprzeczalnie przyczynił się do rozpropagowania w polskim społeczeństwie idei niepodległości Polski. Wszystkie koncepcje polityczne realizowane w tym celu okazały się zupełnie błędne i poniosły fiasko i dzięki temu Polska wróciła na mapę świata. Rządy JP po maju 1926 r. były dla Polski katastrofą i zakończyły się jedną z największych klęsk w naszej burzliwej historii. Ostatnie 4 lata rządów sanacji nie miały realnie szans na zmianę sytuacji Polski, ale dalej działały wbrew naszej racji stanu np. biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji co przyczyniło się do rozpadu porządku wersalskiego, II wojny światowej i ogromnego zniszczenia fizycznego i materialnego kraju i narodu.

Książka, podobnie jak i poprzednia część bardzo cenna i warta przeczytania. Przedstawia nieznane i niewygodne fakty z historii II RP i życia Józefa Piłsudskiego. Przyczynia się ona do propagowania w Polsce prawdy o JP i rządach sanacji. Każdy kto chce znać prawdę powinien ją przeczytać. Książka oparta jest na źródłach historycznych i miała być w pierwotnym zamyśle rozprawą doktorską, co nadaje jej dużej wiarygodności.

Wall Street i rewolucja bolszewicka

Dziś będzie o niepoprawnej politycznie książce Anthonego C. Suttona pt. „Wall Street i rewolucja bolszewicka”, czyli o tym jak przemysłowcy i bankierzy z Wall Street finansowali bolszewików dzięki czemu ich rewolucja w Rosji się powiodła.

Wall Street i Rewolucja Bolszewicka - Sutton Antony C.
Autora przedstawiałem już wcześniej przy okazji książki „Wall Street i Hitler”.

Książka ma format A5 i liczy 160 stron zasadniczych i 29 stron załączników. Została wydana w USA w 1976 r. i opiera się na dokumentach.

Rozdział pierwszy ma tytuł „Aktorzy na rewolucyjnej scenie”. Zaczyna się od krótkiego cytatu z listu Williama Lawrence’a Saundersa, prezesa Ingersoll-Rand corporation, do prezydenta USA Woodrowa Wilsona. Napisał on „sympatyzuję z sowiecką formą rządów, jako najbardziej odpowiednią dla Rosjan”. Bez komentarza.
Potem autor pisze o ilustracji znajdującej się na drugiej stronie karty tytułowej. Pochodzi ona z 1911 r. z gazety St. Louis Post-Dispatch, a jej autorem jest Robert Minor. Przedstawia ona radosnego Marksa z długą brodą otoczonego różnymi finansistami z Wall Street: J.P. Morgana i jego wspólnika George’a W Perkinsa, Johna D. Rockefellera, Johna D. Ryana i widocznego w tle Teddy’ego Roosevelta. Wall Street ozdabiają czerwone flagi.
Dalej autor pisze o sprzeczności jaka na pierwszy rzut oka wynika z tego rysunku. Marks i jego ideologia jest przecież antykapitalistyczna i zaprzecza klasycznemu podziałowi na lewicę i prawicę, gdzie to prawica jest prokapitalistyczna. Mimo iż marksiści i kapitaliści politycznie są na przeciwnych biegunach faktycznie ich sojusz jest możliwy i wystąpił. A było tak dlatego, że celem finansistów była monopolizacja rynku, którą umożliwiały rządy komunistyczne. O tym jednak szerzej później. Wymienione wyżej nazwiska, wraz z Minorem oraz jeszcze innymi finansistami i przemysłowcami są ważnymi postaciami w tej książce i w rewolucji bolszewickiej.
Autor pisze następnie coś co niestety nie jest zgodne z prawdą. Być może już w latach 70-ych XX w. w USA to kłamstwo było rozpowszechnione przez media i polityków i stąd ten błąd. Autor pisze bowiem, że „Warto zauważyć, że zarówno skrajna prawica jak i skrajna lewica konwencjonalnego politycznego spektrum są absolutnie kolektywistyczne. Narodowi socjaliści (np. faszyści) i międzynarodowi socjaliści (np. komuniści) opowiadają się za totalitarnym polityczno-ekonomicznym systemem opartym na nieskrępowanej władzy politycznej i przymusie wobec jednostki”. Pozornie wszystko się zgadza. Poza jednym istotnym szczegółem – faszyzm (jak i nazizm) są to ideologie lewicowe, a nie prawicowe! Prawica jest wolnościowa i antysocjalistyczna. Skrajna prawica to niemal pełna wolność jednostki, bardzo niskie podatki i zero państwa w gospodarce (doskonałym przykładem tego jest Janusz Korwin Mikke i jego partia „Korwin” głoszący np. likwidację podatku dochodowego i chcący zlikwidować większość nakazów i zakazów wprowadzonych w różnych przepisach). Skrajna prawica jest zaciekłym wrogiem kolektywizacji.
Dzisiaj to kłamstwo jest rozpowszechnione przez lewicę i jej media, którzy zwolenników prawicy i polityków prawicowych (PiS nie jest prawicą, bo gospodarczo jest silnie lewicowe) nazywają często faszystami czy nazistami chcąc wmówić społeczeństwu, że faszyzm i nazizm to ideologie prawicowe, co jest kłamstwem. Powtarzane 1000 razy kłamstwo nigdy nie stanie się prawdą, choćby nawet wszyscy w to kłamstwo uwierzyli. Dlatego apeluję do wszystkich osób o poglądach prawicowych, aby w dyskusjach politycznych w razie gdyby usłyszeli od osób o lewicowych poglądach, że są faszystami czy nazistami, protestowali i mówili, że to są ideologie lewicowe i wyjaśniali dlaczego (wyjaśnienie jest powyżej). Zamordyzm, nakazy i zakazy to domena lewicy, a nie prawicy.

Rozdział drugi dotyczy Lwa Trockiego (a tak naprawdę Lejby Bronsteina) i tego jak opuścił on USA, aby dokończyć rewolucję (pierwszą jej fazą była rewolucja z lutego 1917 r. w której obalono cara i ustanowiono rząd Kiereńskiego). Dowiadujemy się tutaj, że nie tylko Amerykanie, ale i Niemcy pomogli Trockiemu w przeprowadzeniu rewolucji w Rosji. Celem Niemców było to, aby dzięki wywołaniu rewolucji wyłączyć Rosję z I wojny światowej, co jak sądzili da im zwycięstwo. Tak się nie stało, ale wojna trwała przez to o rok dłużej. Celem amerykańskich finansistów i przemysłowców było wyeliminowanie konkurencji w wydobyciu ropy (carska Rosja była wtedy druga na świecie) i przejęcie kontroli nad rosyjskim rynkiem i zasobami. Jak się okazuje Niemcy dali Trockiemu 10000 $, a prezydent USA Woodrow Wilson wydał Trockiemu amerykański paszport z zezwoleniem na wjazd do Rosji. 26.03.1917 r. Trocki na pokładzie statku Kristjaniafiord wraz z innymi rewolucjonistami, finansistami z Wall Street i amerykańskimi komunistami opuścił Nowy Jork. 03.04.1917 r. Trocki został przez Kanadyjczyków internowany i trafił do Amherst w Nowej Szkocji. Kanadyjczycy internowali go na polecenie Brytyjczyków, którzy widzieli że płynie on do Rosji przeprowadzić tam rewolucję. Dalej mamy opis działań jakie podjęli amerykańscy finansiści i wysocy urzędnicy państwowi doprowadzając do uwolnienia Trockiego dzięki czemu mógł on dotrzeć do Rosji i dokonać rewolucji.
Na koniec rozdziału mamy informacje o celach Trockiego. Był on fanatycznym marksistą i jego celem było wywołanie rewolucji w Rosji, a potem jej rozszerzenie na Europę i cały świat. To kim był Trocki i co knuł wiadomo z wielu źródeł, nie jest to tajemnica, więc nie będę się nad tym rozwodził.

Rozdział trzeci dotyczy Lenina i niemieckiego wsparcia dla rewolucji bolszewickiej. Lenin (jego dziadek ze strony matki był Żydem) wraz z 32 innymi rewolucjonistami w kwietniu 1917 r. przejechał pociągiem ze Szwajcarii przez Niemcy, Szwecję do Piotrogrodu w Rosji. Jechali, aby dołączyć do grupy Trockiego i dokonać właściwej rewolucji. Przejazd przez Niemcy był aprobowany, wspierany i finansowany przez niemiecki Sztab Generalny. Tranzyt ten był częścią planu (nieznanego niemieckiemu cesarzowi) aprobowanego przez główne dowództwo Niemiec. Chodziło o dezintegrację rosyjskiej armii i jej wyłączenie z działań wojennych I wojny światowej. Niemcy nie przewidywali możliwości obrócenia się bolszewików przeciwko nim, co nastąpiło i spowodowało klęskę Niemiec w I wojnie światowej. Oprócz tego Niemcy wspomogli również (także poza wiedzą swojego cesarza) finansowo bolszewików tak, że ci mogli zacząć wydawać swoje pismo „Prawda”, co umożliwiło im przeprowadzenie energicznej propagandy i znacznie rozbudowało pierwotnie wąskie zaplecze ich partii. Stał za tym ówczesny niemiecki kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg, któy był potomkiem bankierskiej rodziny Bethmannów, posiadającej wielkie majątki w XIX w.
Dalej autor pisze o tzw. dokumentach Sissona. Z dokumentów tych wynikało, że Trocki, Lenin i inni bolszewiccy rewolucjoniści są agentami niemieckiego rządu. Dokumenty te dotarły z Piotrogradu do USA. Okazało się jednak, że są to fałszywki. Rzekomo napisane przez Niemców raziły nieznajomością języka niemieckiego. Zamiast niemieckiego buro było słowo bureau, central zamiast niemieckiego zentral itd. Są one zatem zupełnie niewiarygodne. Na zakończenie tego tematu autor pisze, że te fałszywe dokumenty zostały wykorzystane do „udowodnienia” żydowsko-bolszewickiej konspiracyjnej teorii według wytycznych jakie są w Protokołach Mędrców Syjonu. Zatem autor nie wierzy (albo udaje, aby móc wydać książkę) w tę „spiskową teorię dziejów”. To, że nie jest to spiskowa teoria, ale prawda, a rewolucja bolszewicka bardzo dobrze współgra z planem przedstawionym w „Protokołach Mędrców Syjonu” wykazał szczegółowo ks. dr. Stanisław Trzeciak w książce pt. „Program światowej żydowskiej polityki – konspiracja i dekonspiracja” z 1936 r. Ponieważ już ją opisywałem zakończę ten temat, a zainteresowanych odsyłam do tej książki i mojego streszczenia w dziale lektury. Wspomnę jedynie, że rumuński Żyd Ravage na łamach pisma „Century Magazine” w 1928 r. przyznał, że to Żydzi są autorami rewolucji bolszewickiej, a „Protokoły Mędrców Syjonu” są autentyczne.
Na zakończenie rozdziału mamy opis tzw. przeciągania liny w Waszyngtonie czyli walki pomiędzy konserwatywnymi dyplomatami (jak ambasador Francis) i niższymi rangą urzędnikami Departamentu Stanu oraz finansistami z Wall Street (m.in. Robins, Thompson, Sands) i ich sprzymierzeńcami w Departamencie Stanu i Kongresie (Lansing i Miles, senator Owens) o wsparcie rewolucji w Rosji przez rząd USA.

Rozdział czwarty ma tytuł „Wall Street i światowa rewolucja”. Dowiadujemy się tu, że bolszewicki bankier Szwed Olof Aschberg był powiązany z kontrolowaną przez Morgana firmą Guaranty Trust Company z Nowego Jorku przed i po rewolucji. Za czasów caratu Aschberg był agentem Morgana w Rosji i negocjatorem rosyjskich pożyczek w USA jakie zaciągnął carat. W 1917 r. Aschberg był finansowym pośrednikiem rewolucjonistów. Po rewolucji został przewodniczącym Ruskombank – pierwszego sowieckiego międzynarodowego banku, podczas gdy Max May (wiceprzewodniczący kontrolowanego przez Morgana Guranty Trust) został w tym samym banku dyrektorem i szefem działu współpracy z zagranicą. W rozdziale przedstawiono dowody bazujące na obszernej dokumentacji, ukazujące stałą współpracę między Guarantee Trust a bolszewikami.

Rozdział piąty dotyczy amerykańskiej misji Czerwonego Krzyża do Rosji w sierpniu 1917 r. Oficjalnym jej celem była misja naukowa i wsparcie Rosji. W rzeczywistości zaś była to tylko przykrywka. Faktyczny cel misji był biznesowy. Chodziło o przejęcie rosyjskiego rynku przez Wall Street i ustalenie szczegółów w tej sprawie. Najlepszym tego dowodem był skład osobowy tej misji Czerwonego Krzyża. Na 29 głównych członków tej misji tylko 7 było lekarzami, 7 to sanitariusze i pielęgniarki, a 15 to prawnicy i biznesmeni. Pozostałe 17 osób było prawnikami, finansistami lub ich asystentami z nowojorskiego okręgu finansowego. Oprócz nich było jeszcze trzech sanitariuszy, dwóch fotografów filmowych i dwóch tłumaczy. Misję tę finansował William Boyce Thompson z Banku Federalnego USA. Misja ta wyraźnie różni się od tej do Rumunii wysłanej tam przez Czerwony Krzyż również w 1917 r. Tam na 30 członków delegacji tylko 4 było biznesmenami, a reszta to lekarze, pielęgniarki i sanitariusze. W Rosji na 29 członków misji było 15 prawników i biznesmenów.
Finansujący misję Thompson i jej przewodniczący przebywając od VII do XI 1917 r. w Rosji wpłacił na rzecz bolszewików milion dolarów, aby mogli rozpowszechniać swą doktrynę w Niemczech  Austrii. Gdy wrócił do USA kierowanie misją przejął jego zastępca Raymond Robins, który był socjalistycznym organizatorem wydobycia. Socjalizm wykorzystał on tylko jako narzędzie do wejścia na rosyjski rynek wydobycia zasobów.

Rozdział szósty dotyczy konsolidacji i eksportu rewolucji. Najpierw mamy powiedziane, że bez W. B. Thompsona i jego pobytu w Rosji w 1917 r. rewolucja mogłaby się nie udać. Thompson zapewnił bowiem Trockiemu i Leninowi nie tylko finansowe, ale także dyplomatyczne i propagandowe wsparcie. Mamy też krótką charakterystykę Thompsona jako specjalisty od biznesów wysokiego ryzyka, wydobycia, mającego wrodzony talent do biznesu, a także mającego dojście do politycznych i finansowych centrów władzy.
Wracając w XI 1917 r. z misji Czerwonego Krzyża  do USA Thompson najpierw dotarł do Londynu. Tam odbył rozmowę z brytyjskim premierem Lloydem Georgem. Przekonał go do zmiany postawy Wielkiej Brytanii z antybolszewickiej na chłodną probolszewicką. Było to tym łatwiejsze dla Thompsona, że Lloyd George był powiązany z grupami interesu mającymi związki z międzynarodowym handlem bronią, które były sprzymierzone z bolszewikami i zapewniały wsparcie mające na celu rozszerzenie bolszewickiej władzy w Rosji.  Dowiadujemy się także, że USA, Wielka Brytania i Francja miały w Rosji oficjalnych ambsadorów, dyplomatów wyrażających stanowisko antybolszewickie oraz nieoficjalnych „ambsadorów” działających probolszewicko (odpowiednio Robins, Lochkart i Sadoul, którzy nie byli dyplomatami, ale biznesmenami).
Dalej dowiadujemy się, że firmy z Wall Street w tym Guarantee Trust, były zaangażowane w działania rewolucyjne Carranzy i Villi w Meksyku. Są także dokumenty świadczące o finansowaniu przez syndykat z Wall Street w 1912 r. chińskiej rewolucji Sun-Yat-Sena, określanej do dziś przez chińskich komunistów jako prekursor rewolucji Mao. 

W rozdziale siódmym dowiadujemy się, że kilku międzynarodowych agentów m.in. Aleksander Nyberg (Nuorteva) pracowało dla Wall Street oraz dla bolszewików. W 1917 r. Nyberg był przedstawicielem amerykańskiej firmy w Piotrogradzie, pracował dla amerykańskiej Misji Czerwonego Krzyża Thompsona oraz został szefem bolszewkiej agentury w Skandynawii. Bolszewickim biurem w USA kierował zaś obywatel Niemiec Ludwig Martens. Władze USA nie uznawały oficjalnie tego biura. Nie przeszkadzało to jednak potencjalnym łowcom kontraktów ze sfery amerykańskiego przemysłu. Martens był w kontakcie ze wszystkim przedstawicielami lewicy w USA. Sowieckie biuro w USA było wspierane przez wielkie amerykańskie korporacje: przetwórcy mięsa, United States Steel Corporation, Standard Oil Company i inne zaangażowane w międzynarodowy handel. Są na to dokumenty sowieckiego biura w USA. Same firmy niechętnie potwierdzały taką działalność.
Bolszewików wspierali także europejscy bankierzy. Oprócz Aschberga byli to m.in. Abraham Givatovzo – szwagier Trockiego czy Lew Borysowicz Kamieniew, Gregory Benenson, Gregory Lessine.

W rozdziale ósmym dowiadujemy się, że w dużej mierze działania na rzecz bolszewików mają swoje źródło pod adresem 120 Broadway w Nowym Jorku. Pod tym adresem zlokalizowany był Bank Rezerwy Federalnej. Instrumentem wykorzystywanym w probolszewickiej działalności był American International Corporation także zlokalizowany pod tym adresem. Już kilka tygodni po rozpoczęciu rewolucji w Rosji Sekretarz Stanu USA Robert Lancing pytał AIC o opinię na temat bolszewickiego reżimu. Sekretarz wykonawczy AIC Sands ledwie powstrzymywał swój entuzjazm dla sprawy bolszewickiej. Ludwig Martens (pierwszy sowiecki ambasador) był wiceprezesem w firmie Weinberg & Posner, także zlokalizowanej na Broadway 120. Guarantee Trust znajdowało się na 140 Broadway (obok 120 Broadway). Na 120 Broadway w 1917 r. znajdowała się też firma prawnicza Hunt, Hill & Betts, a jej członek Charles B. Hill był negocjatorem podczas zawierania umów z Sun Yat-senem.  Na str. 117 mamy zestawienie firm zlokalizowanych na lub obok 120 Broadway w Nowym Jorku. W 1919 r. grupa przemysłowców z 120 Broadway utworzyła Amerykańsko-Rosyjski Syndykat Przemysłowy. Jego celem była eksploatacja rosyjskiego rynku po rewolucji. Dalej mamy kilkustronicowy opis działalności amerykańskiego bolszewika Johna Reeda. Pisał on dla miesięcznika o orientacji bolszewickiej „Masses” oraz tygodnika „Metropolitan” kontrolowanego przez Morgana. Urabiał on amerykańskich czytelników co do rewolucji w Rosji i Meksyku. Został on dwukrotnie aresztowany raz w 1915 r. w Rosji przez władze carskie i potem przez 1920 r. przez Finów. W obu przypadkach dzięki wstawiennictwu Departamentu Stanu USA został uwolniony i wrócił do USA. Treść korespondencji w tych sprawach autor podaje.

Z rozdziału dziewiątego dowiadujemy się, że amerykańskie wsparcie dla bolszewików nie zakończyło się po rewolucji, ale trwało dalej aż do umocnienia się reżimu. W 1918 r. sowieci zajmowali niewielką część Rosji i ich władza była niepewna. Wciąż potrzebowali dużego wsparcia, aby odnieść sukces. Potrzebowali zagranicznego uzbrojenia, importowanej żywności, zagranicznego finansowego wsparcia i dyplomatycznego uznania oraz zagranicznego handlu. Nowojorscy bankierzy i prawnicy zapewnili znaczące, a w niektórych sprawach wręcz decydujące wsparcie dla powyższych zadań. Także w kwestii dyplomacji amerykańskie korporacje zadbały o uznanie władz USA dla sowieckiego reżimu. Wstawiały się one przed kongresem i społeczeństwem, by zaaprobowali sowiecki reżim. Później założony Amerykańsko-Rosyjski Syndykat Przemysłowy, założony w 1918 r. uzyskiwał koncesje na działalność w Rosji i tym samym korporacje z USA mocno eksploatowały rosyjski rynek w zamian za wcześniejsze wsparcie bolszewickiej rewolucji. Oczywiście jak sądzę nie trzeba pisać, że powodowało to nędzę wśród rosyjskiego społeczeństwa w porównaniu z którą życie w carskiej Rosji było sielanką. W 1919 r. Guarantee Trust wspierało biuro sowieckie w Nowym Jorku. Opłaciło się im to, gdy w 1923 r. sowieci utworzyli pierwszy międzynarodowy bank – Ruskombank. Na jego szefa został powołany wspólnik Morgana – Olof Aschberg, a wiceprezes Guaarantee Trust Max May został dyrektorem tego banku. Ruskombank następnie natychmiast wskazał Guarantee Trust jako swojego amerykańskiego przedstawiciela.

W rozdziale dziesiątym mamy informacje na temat niewielkiej pomocy jakiej J.P. Morgan i Rockefeller udzielili drugiej stronie, adm. Aleksandrowi Kołczakowi walczącemu z bolszewikami i kontrolującym krótko po rewolucji Syberię. National City Bank (pod wpływami Rockefellera) pożyczył Kołczakowi 5 mln $, a J.P. Morgan i inni bankierzy jeszcze 10 mln funtów. W sprawie tej pożyczki w sierpniu 1919 r. wysłali list do Sekretarza Stanu Roberta Lansinga. Ten 30.09.1919 r. odpowiedział, że „pożyczka przeszła regularną ścieżką”.
Mamy tu także interesującą informację o Guaranty Trust. Okazuje się, że oprócz wspierania bolszewików wspierali także organizację United Americans, która była antybolszewicka i stawiała sobie za cel walkę z organizacjami i grupami mającymi charakter antykapitalistyczny. Organizacja ta rozpowszechniała w USA fałszywe informacje odnośnie zagrożenia rewolucją w USA. Zawyżyli oni znacznie liczbę radykałów rewolucyjnych w USA siejąc panikę. Organizacja ta była fortelem odciągającym uwagę społeczeństwa i urzędników od potajemnych wysiłków czynionych przez przemysłowców i finansistów z Wall Street mających na celu uzyskanie dostępu do rosyjskiego rynku.

Ostatni, jedenasty rozdział dotyczy przymierza bankierów z rewolucją. Najpierw mamy przedstawione podsumowanie informacji podanych w poprzednich dziesięciu rozdziałach. Następnie autor wyjaśnia potworne przymierze między bolszewikami a kapitalistami. Oczywiście autor nie zajrzał do głów kapitalistów, ale z prawdopodobieństwem bliskim pewności można stwierdzić, że kapitalistom z USA chodziło, aby dzięki rewolucji wyeliminować z rynku poważnego konkurenta do światowej hegemonii gospodarczej jakim była za czasów carskich Rosja (choćby z powodu produkcji ropy naftowej). Poza tym amerykańscy przemysłowcy i finansiści tacy jak Morgan, Rockefeller i Guggenheim ujawnili wtedy światu swoje monopolistyczne tendencje. A skoro tak, to Rosja jako potencjalny silny konkurent musiała zniknąć. Dzięki rewolucji przejęli oni rosyjski rynek i osiągnęli swój cel.
Cel rewolucjonistów był jasny – chcieli przejąć przy pomocy przewrotu rządy w Rosji. Do tego potrzebowali wsparcia finansowego, broni, uznania ich rządów. To zapewniał im syndykat w Wall Street. Obie strony miały zbieżne cele, były sobie potrzebne i uzyskały korzyści – rewolucjoniści władzę, a kapitaliści z USA – pozbyli się rosyjskiej konkurencji i mogli eksploatować rosyjskie zasoby. To wyjaśnia ich sojusz. Był to jednak sojusz wyłącznie strategiczny, a bankierzy wykorzystali bolszewików i ich ideologię jedynie jako narzędzie do osiągnięcia swojego celu.
Dowodem na to jest fakt, że kapitaliści z USA wspierali nie tylko bolszewików, ale także inne strony wojny domowej w Rosji. W mniejszym lub większym stopniu wsparli także wcześniej cara, adm. Kołczaka i gen. Denikina. Ktokolwiek z nich wygrałby i przejął władzę w Rosji byłby ich dłużnikiem (m.in. przez udzielone pożyczki i dostawy broni) i musiałby ich dopuścić do rosyjskiego rynku. Ktokolwiek by wygrał kapitaliści wychodzili na swoje, choć w przypadku zwycięstwa innej opcji niż bolszewicy z pewnością zyskaliby mniej, bo obóz białych jako ci, którzy chcieli zachować cywilizację chrześcijańską w Rosji na pewno działaliby w interesie narodów zamieszkujących Rosję i nie dopuściliby do takiej eksploatacji ich państwa jak to zrobili bolszewicy. Ci bowiem nie tylko mieli w pogardzie Rosjan, ale wręcz masowo mordowali wszystkich opierających się ich władzy. To jednak wiemy już nawet z oficjalnej historii, więc to żadne odkrycie.
Na zakończenie rozdziały autor pisze jeszcze o tzw. planie Marburga. Finansowany był on przez dziedzictwo Andrewa Carnegie i powstał na początku XX w. Jego celem było dokonanie takich zmian aby rządy świata dokonywały zsocjalizowania społeczeństw. To zaś miał sprawić, że władza faktycznie będzie sprawowana przez międzynarodowych finansistów i ich korporacje. Dzisiaj widzimy, że plan ten się powiódł. Prawie wszędzie na świecie istnieją rządy mniej lub bardziej socjalistyczne, a rynek został opanowany przez korporacyjne giganty. Prawo jest tak tworzone, że jest korzystne właśnie dla nich. Konkurencja z tymi molochami jest trudna lub wręcz niemożliwa. Rządy pod ich dyktando wprowadzają mnóstwo różnych regulacji prawnych (jak np. koncesje czy podatki nakładane na małe firmy) co powoduje, że nie ma wolnego rynku i uczciwej konkurencji, a znaczna część ludzkości czy chce czy nie pracuje dla tych korporacji zarabiając w porównaniu z ich zyskami marne grosze. Krótko mówiąc plan ten miał na celu zniewolenie ekonomiczne ludzkości i to się udało. Na szczęście ludzkość się budzi i to się niedługo może zmienić.

Na sam koniec mamy jeszcze 3 załączniki: 1) dyrektorzy głównych banków, firm i instytucji wspomianych w książce (w latach 1917 – 1918), 2) żydowska spiskowa teoria rewolucji bolszewickiej i 3) wybrane dokumenty z akt rządowych Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Załącznik 3 jest niewątpliwie bardzo ważny, bo stanowi dowód na to co autor pisze w książce. Jest w nim jednak przedstawione aż 9 różnych dokumentów z komentarzami autora, co zajmuje w sumie ok. 20 stron więc nie będę tu ich opisywał. Zainteresowani niech przeczytają to w książce.

Skupię się zaś na moim zdaniem ciekawszym i równie istotnym załączniku 2.  Autor przytacza m.in. artykuły Winstona Churchila m.in. „Syjonizm kontra bolszewizm”. Nie wchodząc w szczegóły Churchil napisał, że Żydzi knują różne wywrotowe rewolucje już od czasów założenia organizacji Iluminatów przez Adama Weishaupta w XVIII w. Rozszerza literaturę tematu o Trockiego, Bela Kuna, Różę Luksemburg i Emmę Goldman. Jak pisze Sutton „Churchill w roku 1920 był zaabsorbowany rolą Żydów w rewolucji bolszewickiej i istnieniem światowego żydowskiego spisku”. Mamy też informacje o innych osobach które były zwolennikami tej teorii i podawały różne dane mające ją uzasadniać. Autor dokonuje analizy tych danych i na zakończenie rozdziału stwierdza, że owszem Żydzi brali udział w rewolucji bolszewickiej w Rosji, ale brały w niej udział także inne narody, a Żydzi nie byli wśród nich szczególnie licznie reprezentowani. Jego zdaniem ta teoria spiskowa ma na celu wywołanie antysemityzmu i odwrócenie uwagi od rzeczywistych zagadnień i rzeczywistych przyczyn.

Mój komentarz do tego jest taki, że Winston Churchil był mądrym człowiekiem („mądrym gojem” jakby go określili Żydzi) i miał rację. Anthony Sutton albo nie wie czym jest syjonizm, nie zna odwiecznej mesjańskiej idei tkwiącej w narodzie żydowskim i tego co z niej wynika albo robi dokładnie to co sam zarzuca innym – odwraca uwagę od rzeczywistych zagadnień i przyczyn rewolucji bolszewickiej. Sądzę, że raczej chodzi o to pierwsze, bo mało kto nie tylko wśród zwykłych zjadaczy chleba, ale i wśród dziennikarzy, publicystów, historyków i innych przedstawicieli nieżydowskich elit zna dobrze historię narodu żydowskiego, jego mentalność i zagadnienie mesjanizmu. Udowodnienie, że autor jest w błędzie a Winston Churchill ma rację wymagałoby napisania całego oddzielnego artykułu na ten temat. Taki artykuł w zasadzie już napisałem, bowiem streściłem wcześniej wspominaną już książkę ks. dr. Stanisława Trzeciaka z 1936 r. pt. „Program światowej żydowskiej polityki – konspiracja i dekonspiracja”. W niej autor, teolog i znawca religii żydowskiej oraz Talmudu wszystko dokładnie przedstawia, obnaża i udowadnia dlaczego rewolucja bolszewicka i wszystkie przewroty komunistyczne były dziełem syjonistycznych Żydów. Odsyłam zainteresowanych zatem do lektury.

Reasumując książka bardzo interesująca, niepoprawna politycznie i zmieniająca znacznie wersję historii w kierunku tej prawdziwej. Jednakże negując to, że Żydzi stali za rewolucją bolszewicką i poruszając ten temat bardzo skrótowo autor wypacza prawdę historyczną. Po lekturze książki ks. Trzeciaka i tej A. C. Suttona o Wall Street i bolszewikach nasuwa się wniosek, że syjoniści wykorzystali żądzę pieniądza kapitalistów z Wall Street i posłużyli się nimi jako narzędziami do osiągnięcia swojego celu – wywołania rewolucji komunistycznej w Rosji i przejęcia w niej rządów. Był to jednak tylko jeden z etapów. Ostatecznym celem miało bowiem być dokonanie takiej rewolucji na całym świecie. Ktoś może powiedzieć, że przecież ci finansiści i przemysłowcy z Wall Street w większości nie byli Żydami. Zgoda. Jednak po przeczytaniu książki ks. Trzeciaka zrozumiecie dlaczego. Otóż Żydzi są narodem zakonspirowanym i działają tak, aby jak najmniej osób zorientowało się co naprawdę knują. W tym celu posługują się dla odwrócenia uwagi nieświadomymi niczego „gojami”. Tu posłużyli się więc nieżydowskimi kapitalistami z Wall Street i w razie gdy im ktoś zarzuci, że wywołali do spółki z Wall Street rewolucję w Rosji mają dla zmylenia przeciwnika argument: przecież oni nie byli Żydami, aj waj antysemityzm.
Nie oznacza to, że każdy Żyd jest syjonistą i wrogiem ludzkości. Jest wielu antysyjonistycznych Żydów nie uznających syjonistycznego państwa Izrael i palących ich flagi (np. rabin Cohen, z którym wywiad jeszcze do niedawna był na you tube). Jednak z uwagi na to, że naród żydowski jest zakonspirowany lepiej zachować dystans. Na pewno wielu Żydów to uczciwi ludzie. Można ich poznać po tym jak są traktowani przez syjonistów. Jednym z nich jest np. Norman Finkelstein, którzy zdemaskował „Przedsiębiorstwo Holokaust” książką o tym samym tytule i został przez syjonistów wyklęty. Kończąc należy stwierdzić, że nie każdy Żyd to komunista ale komunizm i rewolucja to „wynalazek” Żydów.

Wall Street i Hitler

Dziś będzie o książce Anthonego C. Suttona pt. „Wall Street i Hitler”, czyli o tym jak bankierzy i przemysłowcy z Wall Street finansowali Hitlera i jego nazistowski reżim w Niemczech czym doprowadzili do wybuchu II wojny światowej.

Najpierw krótko o autorze. Anthony C. Sutton (1925-2002) to amerykański ekonomista. Napisał trzy książki na podstawie dokumentów z USA oraz innych materiałów. Książki te dokumentują związki Hitlera, rewolucji bolszewickiej i prezydenta Franklina D. Roosevelta z Wall Street. Książki te zostały wydane w latach 70-ych XX w. i przedstawiają prawdziwą historię nazizmu i bolszewizmu, która wygląda zupełnie inaczej niż ta oficjalna znana nam ze szkoły, gdzie udział USA jest zupełnie pominięty.

Książka liczy 161 stron oraz załączniki (ok. 15 stron), w których są (w polskiej wersji językowej) tłumaczenia ważnych dokumentów.

We wprowadzeniu autor pisze o niezbadanych aspektach nazizmu i tu podaje właśnie związki firm z Wall Street z finansowaniem nazizmu w Niemczech. Mamy tu także informacje o tym, że wczesna hierarchia nazistów (Hitler, Himmler czy Rudolf Hess) była przesiąknięta okultyzmem i miała związki z towarzystwem Thulle, którego ideały były zbliżone do Bawarskich Iluminatów. Była to siła napędowa nazizmu z potężną mistyczną władzą ponad trzonem SS. Współcześni historycy o tym milczą lub ledwie wspominają.

Książka jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich przedstawia jak Wall Street zbudowało nazistowski przemysł (rozdziały 1-5). Druga dotyczy Wall Street i funduszy dla samego Hitlera i jego partii (rozdziały 6-12).

Rozdział pierwszy pt. „Wall Street toruje drogę Hitlerowi” dotyczy tzw. planów Dawesa i Younga z lat 20-ych XX w. Plan Dawesa powstał głównie przy udziale J.P. Morgan. Plan Owena Younga, prezesa General Electric company, który był amerykańskim politykiem powiązanym z J.P. Morgan, zaowocował dojściem Hitlera do władzy. Po I wojnie światowej Niemcy musiały płacić wysokie odszkodowania wojenne. Ich gospodarka przez to była słaba, a Niemcy biedne. Ww. plany polegały na tym, że finansiści z Wall Street udzielili Niemcom dużych kredytów. Dzięki temu powstały dwa niemieckie kartele I.G. Farben – zajmujący się produkcją chemikaliów, a także paliw oraz Vereinigte Stahlwerke – produkcja stali. Bez tych dwóch wielkich karteli Niemcy nie zdołaliby urosnąć w siłę, uzbroić się, wyprodukować koniecznych materiałów i paliw i wywołać wojny. Jak pisze autor między 1924, a 1931 rokiem Niemcy, dzięki ww. planom, spłaciły aliantom w reparacjach około 36 mln marek, a pożyczyły w tym czasie (głównie w USA) 33 mln marek. W rzeczywistości spłacili więc tylko 3 mln marek. Cała operacja polegała na tym, że międzynarodowi bankierzy z USA pożyczyli Niemcom pieniądze ulokowane w ich bankach i czerpali z tego potem pokaźne korzyści.
Plan Younga uzależnił Niemcy od amerykańskiego kapitału – niemiecki majątek miał być zastawem za ogromne pożyczki udzielone przez finansistów z USA. Przyjęcie tego planu doprowadziło do wzrostu bezrobocia. Około milion Niemców nie miało pracy i nie mogło jej znaleźć. Ludzie byli zdesperowani. Hitler obiecał, że poradzi sobie z bezrobociem. Ówczesny rząd Niemiec był bardzo słaby, a sytuacja ludności coraz gorsza. To był prawdziwy powód dojścia Hitlera do władzy, którego partia NSDAP wygrała wybory w 1933 r uzyskując blisko 40% głosów.
Na str. 27-30 mamy szczegóły odnośnie budowy niemieckich karteli. Mamy np. tabele z podanymi nazwami firm niemieckich i syndykatów Wall Street oraz kwot pożyczek jakie im one udzieliły. Były to kwoty w dziesiątkach mln $ (ówczesny kurs dolara był zupełnie inny niż dziś, dolar był wart dużo więcej niż dziś).

Rozdział drugi dotyczy I.G. Farben. Tuż przed II wojną światową I.G. Farben była największym koncernem chemicznym na świecie, mającą szczególne wpływy w III Rzeszy. W radzie nadzorczej koncernu zasiadali Niemcy ale i obywatele USA. Po wojnie przed Trybunałem w Norymberdze za zbrodnie wojenne sądzeni byli tylko niemieccy członkowie zarządu. Dyrektorzy i zarządzający firmą przedsiębiorcy wspierali finansowo Hitlera i jego partię, na co są dowody.
Dzięki współpracy z Amerykanami koncern w ciągu 12 lat powiększył się dwukrotnie. W skład I.G. Farben wchodziły kopalnie węgla, elektrownie, huty i stalownie, banki, instytuty badawcze i dziesiątki spółek handlowych.
Wpompowanie ogromnych pieniędzy z USA jednak to nie było wszystko. Firmy z USA (np. Standard Oil of New Jersey) dały Niemcom technologię produkcji benzyny syntetycznej, izooktanu a potem także tetraetyloołowiu (zapobiegał spalaniu stukowemu paliwa w silniku samolotu). Bez tych technologii I.G. Farben nie zdołałoby szybko wyprodukować odpowiedniego paliwa i w 1939 r. III Rzesza nie byłaby gotowa do wojny. Musiałoby minąć jeszcze co najmniej kilka, a może i z 10 lat zanim inżynierowie w niemieckich laboratoriach zdołaliby opracować odpowiednie technologie wytwarzania tych produktów. Mamy tu też informacje o produkcji przez koncern ogromnych ilości cyklonu B. Wyprodukowano go tyle, że wystarczyłby aby zabić 200 mln ludzi!
Dowiadujemy się także, że istniała amerykańska I.G. Farben będąca spółką zależną od tej niemieckiej. M.in. sponsorowała ona nazistowską propagandę. Zarządzali nią czołowi finansiści z Wall Street. Żaden z nich nie zasiadł na ławie oskarżonych w Norymberdze.

Rozdział trzeci mówi o tym jak General Electric (GE) sponsorowało Hitlera. Jest to międzynarodowy gigant, który zelektryfikował ZSRR w latach 20-ych i 30-ych XX w. Prezes GE Gerard Swop opracował plan realizowany potem przez Franklina D. Roosevelta gdy został prezydentem. Plan ten zwany Nowym Ładem (New Deal) był niezwykle podobny do planu gospodarczego wprowadzonego przez Hitlera po dojściu do władzy w Niemczech. Oba przewidywały zmonopolizowanie gospodarki przez kilka wielkich koncernów i wycięcie konkurencji (poprzez różne rządowe ograniczenia wolnego rynku takie jak np. koncesje, licencje itp.).
Swope kierował także niemieckimi i francuskimi spółkami zależnymi od GE takimi jak A.E.G czy Osram. Był on też dyrektorem National City Bank of New York.
Na str. 53-56 mamy szczegóły odnośnie finansowania Hitlera przez GE. Na str. 54 mamy dowód – wyciąg przelewu z 2.03.1933 r. z niemieckiego GE do banku w Berlinie z instrukcją wpłaty 60000 marek na fundusz „Nationale Treuhand” wykorzystany do wyboru Hitlera w 1933 r. Dowiadujemy się też, że fabryki A.E.G w Niemczech (niemiecki GE) uniknęły bombardowań w czasie II wojny światowej.
Na str. 61 mamy kopię wyciągu przelewu z 27.02.1933 r. z instrukcją zapłaty wydaną przez I.G. Farben do banku w Berlinie 400000 marek na fundusz „Nationale Treuhand” z którego sfinansowano wybór Hitlera.

Rozdział czwarty dotyczy tego jak amerykańska firma Standard Oil of New Jersey napędziła II wojnę światową. Pakiet kontrolny w niej posiadała wtedy rodzina Rockefellerów. Mamy w tym rozdziale przedstawione szczegóły odnośnie tego jak Standard Oil udostępnił I.G. Farben technologie produkcji benzyny syntetycznej z węgla przez jego uwodornienie. Niemcy nie miały bowiem odpowiednich zasobów ropy naftowej do prowadzenia nowoczesnej zmechanizowanej wojny i musiały pozyskiwać paliwo z węgla.
Dalej jest też mowa o tym jak Standard Oil udostępnił I.G. Farben kolejne dwie kluczowe dla wojny technologie: produkcji izooktanu oraz tetraetyloołowiu. To samo Standard Oil zrobił także w przypadku syntetycznego kauczuku, bowiem Niemcy nie mieli naturalnego kauczuku. Brak kauczuku uniemożliwiłby Wehrmachtowi podjęcie nowoczesnych działań wojennych.

Rozdział piąty przedstawia to jak kolejny z koncernów z USA, I.T.T (International Telephone and Telegraph) pracowało dla obu stron wojny. Mamy opis powiązań I.T.T z interesami bankierów z J.P. Morgan. I.T.T to międzynarodowy gigant założony w 1920 roku przez urodzonego na Wyspach Dziewiczych przedsiębiorcę Sosthenesa Behna. Poprzez niemieckiego barona Kurta von Schrodera I.T.T miało dostęp do elit nazistowskich. Dzięki niemu I.T.T uzyskało dostęp do niemieckiego rynku.
Drugim dojściem do nazistowskich Niemiec dla I.T.T był niemiecki adwokat dr Gerhard Westrick. W 1940 r. stał się on dyrektorem całego I.T.T. w Niemczech i chronił firmę przed spodziewanym zaangażowaniem się USA w wojnę.
Wiadomo na pewno, że w czasie II wojny światowej I.T.T wysyłało pieniądze do lidera SS Heinricha Himmlera a SS chroniło ich inwestycje w Focke-Wolfe, firmie produkującej samoloty bojowe wykorzystywane do walki z armią USA. Przesłuchanie barona Schrodera z 19.11.1945 r. wskazuje na umyślną naturę bliskiej współpracy pomiędzy S. Behnem, właścicielem I.T.T, a Westrickiem, Schroderem i nazistowską machiną wojenną podczas II wojny światowej. Fragment ww. przesłuchania mamy na str. 79 i 80. Na tym kończy się pierwsza część książki.

Drugą część otwiera rozdział szósty. Opisuje on współpracę Henry’ego Forda z nazistami. Ford był intrygującą postacią. Z jednej strony bowiem krytykował elity Wall Street w latach 20-ych i 30-ych XX w. o to, że wykorzystują wojny i rewolucje do osiągania zysków. Z drugiej zaś strony jego firma robiła to samo podczas II wojny światowej. W 1938 r. Ford w wywiadzie dla New York Timesa stwierdził: „Ktoś raz powiedział, że 60 rodzin kieruje losami całego narodu. Można też powiedzieć, że jeśli ktokolwiek naświetliłby 25 osób, które zajmują się finansami narodu to ukazałby światu prawdziwych sprawców wojen„. Nie pozostaje nic innego jak tylko przyklasnąć i podpisać się pod tymi słowami.
Słowa jedno, a działanie jednak drugie. Wiadomo, że H. Ford finansował partię Hitlera już na początku lat 20-ych XX w, a portret H. Forda wisiał w gabinecie Hitlera na ścianie za jego biurkiem. W sierpniu 1938 r. H. Ford dostał Order Orła Niemieckiego za zasługi dla III Rzeszy. Było to najwyższe odznaczenie w III Rzeszy dla cudzoziemców.
Firma Forda miała status neutralny. Dzięki temu produkowała dla Niemców ciężarówki,  czołgi czy uzbrojenie. Produkował też m.in. ciężarówki dla ZSRR.  Jak pisze autor istnieją dowody, że Ford Motor Company pracował po obu stronach konfliktu podczas II wojny światowej. Henry Ford ani jego syn Edsel, który też pracował w firmie ojca w Niemczech i bynajmniej nie był tam robotnikiem, nie byli sądzeni w Norymberdze. Historia Forda została zatajona przez USA.

Rozdział siódmy ma tytuł „Kto finansował Hitlera?”. Mało jest informacji na ten temat. Jednak jak ustalił Amerykański Komitet Kligore’a, który zajmował się po wojnie m.in. finansowaniem Hitlera do 1919 r. ideologię nazistowską wspierał Krupp. W 1924 r. potajemnie pieniądze nazistom wysyłali też inni ważni przemysłowcy i finansiści tacy jak: Fritz Thyssen (obecnie firmy Kruppa i Thyssena połączyły się i mamy Thyssen-Krupp), Albert Voegler, Adolph Kirdorf i Kurt von Schroder. W 1931 r. członkowie stowarzyszenia właścicieli węgla (z Kirdorfem na czele) obiecali płacić 50 fenigów z każdej sprzedanej tony węgla na organizację, którą budował Hitler. Partia Hitlera dostała 20000 dolarów od przemysłowców norymberskich. Na stronach 96 i 97 mamy tabelę, która przedstawia powiązania finansowe pomiędzy amerykańskimi przemysłowcami i Adolfem Hitlerem. Mamy tu podane imiona i nazwiska, nazwę firmy z USA, niemieckie źródło informacji, wpłaconą sumę oraz pośrednika/agenta w przekazywaniu środków. Są to kwoty od 35000 marek do 600000 marek (RM).
Mamy tu także opis finansowania Hitlera w wyborach powszechnych w marcu 1933 r. po których przejął władzę w Niemczech. Na str. 101 jest tabela z podaniem jakie firmy wpłacały jakie kwoty na wybory w 1933 r. (okres 23.02 – 13.03.1933). Łącznie było to 1310000 marek. Mamy też składki indywidualnych przedsiębiorców (z podaniem personaliów i kwot). Na str. 102 mamy tłumaczenie dowodu – listu I. G. Farben z 27.02.1933 r. zlecający transfer 400000 marek na konto Narodowego Funduszu Powierniczego (Nationale Treuhand), którym dysponował Rudolf Hess.

Rozdział ósmy pt. „Putzi: przyjaciel Hitlera i Roosevelta” dotyczy Ernsta Sedgewicka Hanfstangla zwanego Putzim lub też Hanfym. Był to niemiecki Amerykanin. Urodził się w USA w Nowej Walii, był kuzynem i wnukiem dwóch generałów wojny secesyjnej. Z Hitlerem poznał się we wczesnych latach 20-ych XX w.
Z późniejszym prezydentem USA Franklinem D. Rooseveltem Putzi poznał się na Harwardzie gdzie obaj razem studiowali i tam się zaprzyjaźnili.
Putzi nie tylko znał Hitlera i był jego poplecznikiem, ale był niemalże jedyną osobą, która przekroczyła linie jego grupy znajomych. W latach 20-ych i 30-ych Putzi był amerykańskim obywatelem w sercu hitlerowskiej świty.  W 1943 r. popadł w niełaskę nazistów, opuścił Niemcy i został internowany przez aliantów.
Gdy w 1933 r. Hitler oraz F.D. Roosevelt doszli do władzy Putzi został wysłany do Berlina jako emisariusz Roosevelta. Miał zrobić co w jego mocy, aby zapobiec wszelkim pochopnym i porywczym decyzjom Hitlera.
E. Hanfstaengl odegrał też istotną rolę w akcji fałszywej flagi jaką było podpalenie Reichstagu  27.02.1933 r., po którym wkrótce Hitler przejął władzę oskarżając o to podpalenie komunistów i wmawiając Niemcom, że jeśli nie wybiorą jego w wyborach to może za chwilę nastąpić rewolucja i komuniści zaprowadzą w Niemczech swoją dyktaturę. Oprócz obietnic rozwiązania problemu bezrobocia było to na pewno istotnym czynnikiem, który wpłynął na zwycięstwo NSDAP w wyborach w marcu 1933 r. Dziś jest wiadomo na pewno, że podpalenie Reichstagu było dziełem nazistów, a nie komunistów. Szczegóły udziału w tej akcji Putziego i jej przebiegu są na stronach 108-110.
Mamy w tym rozdziale także informacje o planach gospodarczych „New Deal”Roosevelta i „Nowy Porządek” Hitlera.  Jak wskazywał na przesłuchaniu po wojnie w Norymberdze Hjalmar Schacht (zarządzał Bankiem Rzeszy za rządów Hitlera) oba te plany były niemal identyczne. Śledczy jedynie parsknął i udał że sprawy nie ma. Oba te plany nie były liberalne, ale korporacyjno-socjalistyczne. Wielki biznes Wall Street, twórca tych planów, chciał stworzyć taki porządek gospodarczy, w którym mógłby kontrolować przemysł i wyeliminować konkurencję. Rynek zostałby w założeniu zmonopolizowany przez kilka wielkich koncernów. Dzisiaj właśnie taką sytuację mamy.

Rozdział dziewiąty dotyczy Wall Street i wewnętrznego kręgu nazistów. Mamy tu opis tzw. kręgu Kepplera i klubu przyjaciół Himmlera (szefa SS). Krąg Kepplera była to grupa niemieckich biznesmenów wspierających Hitlera w dojściu do władzy przed i w trakcie 1933 r. William Kepplera był biznesmenem, który dla korzyści biznesowych wykorzystywał polityczną grę. Był zainteresowany promocją socjalizmu , bo w takim systemie ma on największe szanse na lukratywne kontrakty jakie dostanie od rządu. Dlatego wspierał Hitlera i po ich spotkaniu w 1931 r. powstało koło przyjaciół zwane kręgiem Kepplera. Hitler poprosił Kepplera, aby pozyskał kilku liderów gospodarczych, którzy będą do dyspozycji NSDAP gdy ta dojdzie do władzy. Keppler podjął się tego zadania. Do kręgu Kepplera należał też bratanek Kepplera Frank Kranefuss. Na str. 114-115 mamy tabelę w której podani są wszyscy członkowie kręgu Kepplera wraz z firmami czy instytucjami z którymi byli powiązani. Część z nich, mimo iż była Niemcami, reprezentowała niemieckie oddziały amerykańskich firm (jak np. I.T.T, GE) oraz niemieckie kartele założone dzięki pieniądzom z Wall Street (I.G. Farben i Vereinigte Stahlwerke).
W latach 30-ych XX w., zwłaszcza po 1932 r. Himmler stał się częstym uczestnikiem tych spotkań i przez niego do kręgu Kepplera dołączyli do grupy oficerowie S.S. jak też i przedsiębiorcy.  Ta poszerzona grupa z czasem przekształciła się w Koło Przyjaciół Himmlera, gdzie Himmler był koordynatorem członków. W obu tych kręgach międzynarodowe korporacje z Wall Street były szeroko reprezentowane. Korporacje te dokonywały wpłat na rzecz SS (na Sonder Konto S) aż do 1944 roku. W zamian uzyskiwały ochronę swoich biznesów przez SS. Przedstawicieli Wall Street w kręgu Kepplera i Himmlera w 1933 i 1944 r. mamy przedstawionych na wykresach na str. 121.

Rozdział dziesiąty przedstawia mit „Sidneya Warburga”. Jak ustalono osoba o takich personaliach nie istniała. Jednak rodzina Warburgów jak najbardziej istniała i miała związki z nazistami. Paul Warubrg był dyrektorem American I. G. Farben, Max Warburg, był dyrektorem niemieckiego I.G. Farben. Synem Paula Warburga był amerykański bankier, urodzony w Hamburgu James Paul Warburg. „Sidney Warburg” napisał w 1933 r. książkę, w której opisał w jaki sposób niemieccy narodowi socjaliści pozyskali pieniądze na swoją działalność. Autor w skrócie przedstawia treść książki i rozważa jej treść, podając istniejące i pewne dowody dotyczące finansowania nazistów. Na tej podstawie wnioskuje, że książka jest częściowo zgodna z prawdą. Dalej mamy oświadczenie Jamesa Paula Warburga, który twierdzi, że tej książki nigdy nie widział, ale to co tam jest napisane to same kłamstwa i antysemityzm. Dalej autor słusznie pisze iż takie oświadczenie jest nic niewarte, bo jak można wydawać osąd o książce skoro się jej nie widziało i nie czytało. Autor szczegółowo podaje to oświadczenie i je komentuje. Najwyraźniej książka „Sidneya Warburga” była mocno nie na rękę J.P. Warburgowi.
Nie wiadomo kto i po co napisał tę książkę. Autor przypuszcza, że motywem mogła być rzekoma skrucha kogoś z rodziny Warburgów, lub kogoś innego kto ich znał i miał dostęp do informacji. Celem książki mogło być zahamowanie transferu amerykańskiego potencjału wojennego oraz wyeliminowanie dyplomatycznego i finansowego wsparcia III Rzeszy. Jeśli tak było, to cele te nie zostały osiągnięte.

Rozdział jedenasty przedstawia współpracę Wall Street i nazistów w czasie II wojny światowej. Dowiadujemy się tu m. in., że spółki zależne Forda we Francji między 1940 a 1942 rokiem znacznie zwiększyły działalność i produkowały wyłącznie na rzecz Niemców i krajów pod ich okupacją. Niemcy zaś chronili interesy Forda.
W czasie II wojny światowej były też oskarżenia, że Chase Bank Rockefellera współpracował z nazistami we Francji. Miało być w tej sprawie przeprowadzone wtedy przez władze USA dochodzenie, ale nie zostało przeprowadzone. Sugeruje to, że mogła to być prawda.
Dalej mamy opis działalności American I.G. Farben podczas II wojny światowej. Dowiadujemy się tutaj także, że po wojnie gdy Niemcy zostały podzielone przez aliantów i ustanowiona została tam ich Rada Kontroli to w jej skład weszli ci, którzy w czasie wojny i przed nią byli w zarządach lub mieli związki z niemieckimi kartelami lub koncernami z Wall Street. Można zatem powiedzieć, że ci którzy zbudowali potęgę nazistowskich Niemiec i tym samym doprowadzili do II wojny światowej, po zakończeniu wojny brali udział przy odbudowie Niemiec. Interesy ponad wszystko. Więcej na ten temat i tzw. planu Marshalla o ile pamiętam jest w książce pt. „Prawdziwa historia klubu Bilderberg”. Plan Marshalla sprawił że Niemcy gospodarczo po wojnie dość szybko się odbudowali, a amerykańskie koncerny które tej odbudowy w dużej mierze dokonały bardzo dobrze na tym zarobiły.
Na zakończenie rozdziału autor rozważa czy amerykańscy przemysłowcy i finansiści są winni zbrodni wojennych. Stawia takie pytanie bowiem ich niemieccy odpowiednicy ponieśli odpowiedzialność przed Trybunałem w Norymberdze po wojnie, a amerykańscy mający w tych zbrodniach co najmniej taki sam jak nie większy udział już nie. Jak pisze autor powołując się na zeznania nazistów, niemieccy przemysłowcy byli zaskoczeni śledztwem i byli pewni, że ich przyjaciele z Wall Street uratują ich i ochronią przed gniewem zwykłych ludzi, którzy przez nich ucierpieli. Jak wiemy srodze się zawiedli. Zostali kozłami ofiarnymi rzuconymi na pożarcie społeczeństwu, a tzw. elitom z Wall Street włos z głowy nie spadł. Ich kluczowy udział w finansowaniu, przekazaniu technologii i uzbrojeniu III Rzeszy a także i w rewolucji bolszewickiej i sponsorowaniu reżimu bolszewii aby nie upadł (o tym szczegółowo autor pisze w innej książce) został zamieciony pod dywan. Ciemne masy nie miały zdaniem „elit” prawa, aby to wiedzieć ani tym bardziej żądać wsadzenia za kratki tych kreatur. Od napisania tej ksiąski minęły 44 lata i nic się w tej kwestii nie zmieniło – tak w kwestii świadomości zwykłych ludzi jak i odpowiedzialności amerykańskich korporacji i banków.

W Konkluzji (rozdział 12) autor przedstawia krótkie streszczenie każdego z wcześniejszych rozdziałów, po czym pisze o wszechobecnym wpływie międzynarodowych bankierów, zwłaszcza spod adresu Broadway 120 w Nowym Jorku.
Następnie mamy rozważanie na temat tego czy USA jest rządzone przez dyktaturę elit. Dziś już każdy świadomy człowiek wie, że nie tylko USA, ale i inne kraje są rządzone przez coś co w USA określane jest jako „Deep State”, czyli głębokie państwo. Ja to nazywam władcami marionetek. Są to osoby i rodziny nieznane zdecydowanej większości ludzkiej populacji Ziemi (jak rodziny Rothschildów, Rockefellerów czy Morganów), które pociągają za sznurki politycznych marionetek jakimi są politycy – posłowie, prezydenci, premierzy, ministrowie itp. Ci prawdziwi władcy nie pojawiają się w głównych mediach, ani media o nich nie mówią więc nic o nich nie wiemy i o to im chodzi. A te media są przez nich kontrolowane. Ich skryta działalność została dobrze opisana w książce „Prawdziwa historia klubu Bilderberg”, więc zainteresowanych tym zagadnieniem odsyłam do niej i ten wątek tu zakończę.
Ostatnie dwa akapity konkluzji autora poniżej cytuję prawie w całości, gdyż moim zdaniem są one ważne i mimo upływu ponad 40 lat pozostają aktualne. Przedstawiają m.in. prawdę o socjalizmie. Zadanie jakie przed nami tam zostało postawione wciąż nie zostało bowiem wykonane.

Kiedy to się wszystko skończy? Nie skończy się dopóki nie uświadomimy sobie, że system władzy trwa tak długo jak chcą ludzie i będzie trwał dopóki ludzie będą próbowali dostać coś za nic (na tym polega socjalizm – przyp. WS). Dzień w którym większość osób zadeklaruje lub zadziała dając do zrozumienia, że nie chce nic od rządu i że samemu zajmie się swoimi interesami i dobrobytem będzie dniem końca elit. Urok „podążania” za elitami władzy jest iluzją dostania czegoś za nic. Jest to przynęta. Establishment zawsze oferuje coś za nic, ale coś jest zawsze odbierane komuś innemu w postaci podatków lub grabieży i przekazywane dalej w zamian za polityczne poparcie.

Okresowe kryzysy i wojny są wykorzystywane, aby wzbudzać poparcie dla kolejnych cykli nagród i grabieży, które w efekcie zaciskają pętlę wokół naszych swobód obywatelskich. (…) Gdy koło grabieży i niemoralnych nagród zostanie zatrzymane struktury elit upadną. Jednak dopóki większość nie znajdzie moralnej odwagi i moralnego wewnętrznego hartu ducha, aby odrzucić oszustwo czegoś za nic i zastąpić go dobrowolnymi stowarzyszeniami czy zdecentralizowanymi społeczeństwami- zabijanie i rabowanie będzie trwało bez końca„.

Podpisuję się pod tym całkowicie. Zamiast dalej żyć w socjalizmie (jak teraz za rządów PiS) należy odrzucić to dostawanie „czegoś za nic”, bo jest to nic innego jak okradanie jednych kosztem drugich. To nie jest sprawiedliwość społeczna i powoduje tylko skłócanie społeczeństwa. Dla pracującej i przedsiębiorczej części narodu ci biorący socjal to „złodzieje i nieroby” czy może nawet „roszczeniowa hołota”, a dla beneficjentów socjalizmu ci pierwsi to „kapitalistyczni wyzyskiwacze i krwiopijcy”.  Ktoś na pewno powie zaraz: ok, ale socjal musi być, bo musimy utrzymywać tych co nie mogą znaleźć pracy czy chorych, niepełnosprawnych albo muszą być pieniądze na leczenie, bo większości ludzi nie stać na drogie operacje. Tu się zgodzę i dlatego póki co nie można całkowicie zlikwidować socjalizmu, ale można go mocno ograniczyć, uprościć prawo i znacznie obniżyć podatki, które dziś jak się wszystko uwzględni (PIT, VAT, ZUS, akcyza i inne) to ok. połowy naszych miesięcznych zarobków. Dzięki temu ludzie będą mieli więcej pieniędzy do swojej dyspozycji i będą mniej zależni od rządu. Docelowo po zmianie świadomości społecznej (1-2 pokolenia) system powinien opierać się na dobrowolnych wpłatach na odpowiednie fundusze z których finansowane byłyby właśnie świadczenia dla niepełnosprawnych, operacje czy zasiłki dla bezrobotnych. Poza tym jest jeszcze kwestia wielkich bogactw naturalnych jakie są w Polsce i z których każdy Polak i Polka powinni czerpać zyski dzięki czemu nasza egzystencja będzie dużo łatwiejsza. To już jednak inna kwestia i nie będę tu rozważał mojej koncepcji państwa.

Na sam koniec mamy jeszcze 5 załączników. Pierwszy to program NSDAP (z 24.02.1920 r.), a pozostałe to oświadczenie pod przysięgą Hjalmara Schachta, szefa Banku Rzeszy (w sprawie funduszu dla NSDAP i Hitlera „Nationale Treuhand”), wpisy na rachunku „Nationale Treuhand” w aktach niemieckiego banku Delbruck, Schickler Co., list z Departamentu Wojny USA do Ethyl Corporation (przez tę firmę Standard Oil przekazał Niemcom technologię produkcji tetraetyloołowiu; Departament domagał się aby nie przekazywać Niemcom tej technologii – bezskutecznie) i fragment z pamiętnika Morgenthau (amerykański urzędnik z Departamentu Stanu) do Sosthenesa Behna z I.T.T.

Najciekawszy jest dla mnie pierwszy załącznik czyli program NSDAP, partii Hitlera. Po jego przeczytaniu ze zdziwieniem muszę przyznać, że wiele punktów z tego programu popieram i nie dziwię się dlaczego NSDAP wygrało wybory w 1933 r. (aj waj antysemityzm!). Przykładowo pkt 11 „Żądamy niehonorowania dochodów niepochodzących z pracy„,
pkt 12 –  dotyczy bezwzględnej konfiskaty wszystkich bogactw uzyskanych w wyniku wojny,
pkt 18 „Żądamy stosowania bezwzględnych środków prawnych wobec tych, których działalność jest sprzeczna z interesem społecznym. Nikczemni kryminaliści występujący przeciwko narodowi, lichwiarze, spekulanci etc. muszą być karani śmiercią” (co do wymiaru kary niekonieczne zawsze kara śmierci, ale surowe kary z pewnością choćby banicja do końca życia),
pkt 4 trochę bym zmodyfikował „Tylko członkowie narodu mogą być obywatelami państwa. A tylko ci, w których żyłach płynie niemiecka krew, bez względu na wyznanie, mogą być członkami narodu. Dlatego żaden Żyd nie może być członkiem narodu.” Ja bym zamiast Żyd napisał: syjonistyczny, talmudyczny Żyd (kto nie wie co to jest syjonizm i Talmud to odsyłam do książek ks. dra Stanisława Trzeciaka „Talmud o gojach, a sprawa żydowska w Polsce” oraz „Program światowej polityki żydowskiej” – tę drugą streściłem  w dziale lektury) oraz dopuściłbym przyznawanie obywatelstwa cudzoziemcom po 10 latach pod następującymi warunkami: zamieszkiwania i pracowania przez ten czas w Polsce; niekaralności, zdania egzaminu z języka polskiego i historii Polski w zakresie określonym przez odpowiednią ustawę (na pewno co najmniej ortografia, płynna i poprawna mowa, a z historii podstawowe wydarzenia o których kandydat na obywatela powinien umieć powiedzieć choć kilka zdań więcej niż np. to że w 1410 r. była bitwa pod Grunwaldem, a w 1683 r. bitwa Sobieskiego pod Wiedniem).
Są też punkty z którymi się zupełnie nie zgadzam jak pkt 17 mówiący o konfiskacie ziemi na cele społeczne bez odszkodowania (dla mnie jest to po prostu grabież), czy pkt 19 „Żądamy, aby prawo rzymskie, które służy materialistycznemu porządkowi świata zostało zastąpione przez nowy system prawny dla całych Niemiec” – nasz świat jest złożony z materii więc i prawo musi się odnosić do świata materialnego. Prawo rzymskie można zmodyfikować (choćby jeśli chodzi o religię, aby nie była nikomu narzucana), ale znieść je zupełnie to absurd. Docelowo prawo powinno być jak najbliższe prawom natury i nie być z nimi sprzeczne.

Reasumując – jest to lektura godna polecenia mimo iż ma ponad 40 lat (rok pierwszego wydania oryginału: 1976). To co jest tam zawarte zmienia zupełnie znaną nam historię. Ta prawdziwa jaka się po tej lekturze nam odsłania jest taka, że to korporacje i bankierzy z USA zbudowali potęgę III Rzeszy i doprowadzili do wybuchu II wojny światowej. Mimo upływu ponad czterech dekad wciąż wiedza o tym nie jest powszechna, a powinna być. Wtedy może wreszcie nasz naród przejrzałby na oczy i przestał uważać USA za naszych przyjaciół jak nam wmawiają łże media i polityczne marionetki.

Program światowej polityki żydowskiej

Dziś będzie o książce ks. dr. Stanisława Trzeciaka „Program światowej polityki żydowskiej” (konspiracja i dekonspiracja) – wydanie II rozszerzone z 1936 r.

Program światowej polityki żydowskiej (Konspiracja i dekonspiracja) Wyd II rozszerzone

Za posiadanie tej książki w ZSRR w czasach stalinowskich groziło rozstrzelanie bez wyroku, a w PRL poważne represje. Sam ten fakt sprawił, że nie mogłem nie przeczytać tej książki. O jej istnieniu dowiedziałem się dzięki lewackiemu stowarzyszeniu „Nigdy  Więcej”, które podniosło rwetes, że ta rzekomo antysemicka książka jest sprzedawana na allegro. Pisałem o tym już wcześniej tu.

Po lekturze tej książki stwierdzam, że to co tam jest napisane jest bardzo niewygodne dla żydów. Tym bardziej niewygodne, że to co autor pisze opiera na żydowskich źródłach i cytuje różnych rabinów i żydowskich myślicieli z różnych wieków. Nie da się więc mu zarzucić że sobie to zmyślił, aby zniesławić żydów.  I dlatego z braku merytorycznych argumentów podnosi się wrzask: aj waj antysemityzm.

Książka liczy 185 stron oraz około 30 dodatkowych dopisanych już w czasach nam bardziej współczesnych (lata 80-te XX w. jak wnioskuję z treści) dotyczących masonerii.

Najpierw krótko o autorze. Ksiądz Stanisław Trzeciak (1873-1944) to polski duchowny katolicki. Był działaczem społecznym, doktorem teologii, profesorem Akademii Duchownej w Petersburgu. Był znawcą Talmudu, religii i działań Żydów.

ks. dr Stanisław Trzeciak przy pracy

Autor podzielił książkę na wstęp i 22 krótkie (5-10 stron) rozdziały wraz z zakończeniem.  Książka mimo iż jest krótka i nieduża (format A5) to jednak jej treść sprawia, że jej czytanie zajmuje sporo czasu. Trzeba bowiem przemyśleć to co pisze autor, aby zrozumieć o co chodzi. Nie jest to bowiem ani łatwa ani niestety zbyt przyjemna lektura. Z powyższych względów według mnie taki układ książki jest bardzo dobry.
Książka ta była pisana przed II wojną światową i to widać po języku. Jest on trochę inny niż dzisiejszy co widać po pisowni różnych słów i samych słowach. Mamy np. tem zamiast tym, tłómaczyć, encyklopedji itp. Po prostu taki był wtedy język. Przytaczając cytaty z książki będę je przedstawiał dla łatwiejszego zrozumienia we współczesnej wersji językowej.

We wstępie autor pisze o mentalności żydów, uważających się za „naród wybrany” czy „nadnaród”, który przypisuje sobie szczególną misję, która wg Ahad-Haama, tajnego wodza narodu żydowskiego z przełomu XIX i XX wieku „polega na tym, żeby być „nadnarodem”, „narodem proroków” wcielającym w siebie z pokolenia na pokolenie najwyższy typ moralności, by nieść najtrudniejsze moralne zobowiązania, bez jakiejkolwiek myśli o tym, czy przynosi on przez to szkodę, czy porządek ludziom, a wyłącznie tylko w imię istnienia tego wyższego typu„. Mamy tu więc bezwzględność w dążeniu do celu i ślepy fanatyzm. A celem tym jest panowanie nad światem.
Następnie autor wspomina niesławne „Protokoły mędrców Syjonu”, które są równie fanatyczne i jak pisze nie ma znaczenia czy są one autentyczne czy fałszywe. Jak dalej autor dowodzi protokoły te bronią się bowiem same. To co w nich zapisane już wówczas przed II wojną światową w dużej mierze się dokonało. Te protokoły są zatem programem dojścia przez żydów do władzy nad światem i są one realizowane. Dziś tj. 75 lat po zakończeniu II wojny światowej jeszcze bardziej dobitnie to widać. W kolejnych rozdziałach autor skrupulatnie i z naukowym podejściem analizuje różne punkty z ww. „Protokołów”. Można wręcz powiedzieć, że cała książka jest krótką analizą „Protokołów”.

W pierwszych czterech rozdziałach jest mowa o zakonspirowanych autorach pism żydowskich w starożytności, proroctwie, mesjanizmie praktycznym i celu marzeń żydowskich. Dowiadujemy się tutaj sporo o tym jacy są żydzi, co chcą osiągnąć i dlaczego oraz jaki to ma związek z ich religią i wierzeniami. Dowiadujemy się że żydostwo to naród zakonspirowany, któremu nie można ufać.
Żydzi wiele razy ukrywali swoje autorstwo różnych pism. Chcieli rozszerzać swoje idee wśród obcych narodów wśród których żyli, a nie chcieli aby te narody wiedziały, że głosicielami tych idei są żydzi. Inny cel to podtrzymanie na duchu narodu żydowskiego obietnicą przyjścia Mesjasza. Jednym z takich anonimowych pism jest Collatio Legum Mosaicarum et Romanarum z IV w. n.e.  Innym zaś jest Talmud bodaj najbardziej szowinistyczna księga na świecie. Według tej księgi, która dla żydów jest wyznacznikiem moralności i prawa ważniejszym niż Biblia, wszyscy nie-żydzi to „goje”, a jedynie żydzi są ludźmi. Goje to zwierzęta stworzone przez Boga do pracy dla żydów. Inne wg tej księgi są zasady moralne dla żydów, a inne dla gojów. Np. okradzenie żyda przez żyda lub żyda przez goja to przestępstwo, a okradzenie goja przez żyda już nie. Gdy o tym czytałem to pomyślałem sobie, że Hitler pewnie czytał Talmud i dlatego tak nienawidził Żydów, a że był podobnym fanatykiem co autor Talmudu to zastosował zasady z Talmudu wobec Żydów i innych narodów, a swój naród uznał za „nadnaród”.
Dalej mamy mowę o nadzwyczajnym proroctwie w odniesieniu do „Protokołów mędrców Syjonu”. Autor przedstawia tu już kilka cytatów z „Protokołów” i dowodzi że się to już spełniło lub się spełnia. Np. ks. Trzeciak pisze o tym, że w „Protokołach” jest mowa o wtrącaniu się żydów do prawodawstwa i dążeniu do zniszczenia małżeństwa, zwłaszcza jego nierozerwalności. I podaje że w latach 30-ych w II RP żydzi forsowali projekt ustawy umożliwiającej dość łatwe jak na owe czasy uzyskanie rozwodu. Dzisiaj zaś mamy ideologię gender i homomałżeństwa, a więc już każdy widzi, że ten punkt z „Protokołów” jest dalej realizowany, a żydzi ukrywają się pod maską ideologii gender i różnych lewackich organizacji. Aj waj antysemityzm.
Mesjanizm polega na tym, że Żydzi nie uznają Chrystusa i nadal oczekują przyjścia ich Mesjasza. Ów Mesjasz według ich wierzeń ma przyjść jako król potężny, zniszczyć narody gojów i założyć wszechświatowe królestwo żydowskie. Żydzi czekali na to 19 wieków od czasów Chrystusa, a ponieważ się nie doczekali to w pod koniec XIX wieku powstał syjonizm. I tu dochodzimy do celów marzeń żydowskich – ponieważ wg wierzeń Żydów ich Mesjasz nie przyjdzie dopóki nie ustanie jakiekolwiek panowanie nad Izraelem (w znaczeniu ich narodu) postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i zrzucić panowanie nad ich narodem i sami zapanować nad światem, a wtedy przyjdzie ich Mesjasz. Do realizacji tego celu służą im wspomniane już „Protokoły mędrców syjonu”, gdzie cel ten jest podany, a które są szczególnym programem dojścia żydów do panowania nad światem. Jest to tzw. mesjanizm praktyczny – cały naród jest jego wykonawcą.

Rozdział piąty dotyczy środków do osiągnięcia celów. Mamy tu kilka cytatów z „Protokołów” np. „Państwo nasze krocząc drogą podboju pokojowego, ma prawo zastąpić okropność wojny przez mniej dostrzegalne, ale więcej celowe egzekucje, przy pomocy których należy podtrzymać terror, usposabiający do ślepego posłuszeństwa” – tym środkiem pokojowego podboju jest wojna ekonomiczna. Doświadczyliśmy jej (i wciąż doświadczamy) przez ostatnie 30 lat tzw. wolności w III RP gdzie polskojęzyczne elity ukrywające swoje żydowskie pochodzenie i nazwiska pod polskimi (np. Balcerowicz zamiast Bucholtz) wyprzedały nasz majątek narodowy za bezcen i zrobiły z nas niewolników ekonomicznych koncernów zachodnich, a tak naprawdę żydowskich.
Wówczas nasze prawa międzynarodowe zniweczą właściwe prawa narodowe” – dobitnie to dziś widzimy będąc członkami UE. Straciliśmy suwerenność i wykonujemy tylko dyrektywy UE najczęściej sprzeczne z naszym interesem (choćby tzw. neutralność klimatyczna). Nawet w tak błahej kwestii jak żarówki nie mamy wolności (od kilku lat nie kupi się w Polsce zwykłej żarówki, ale to udało się nam póki co ominąć dzięki wprowadzeniu „żarówek wstrząsoodpornych”).
Przy pomocy nędzy i wypływającej stąd zawistnej nienawiści, rządzimy tłumem i dłońmi jego miażdżymy wszystkich, którzy stoją na drodze do naszych celów” – najlepiej to widać na przykładzie rewolucji bolszewickiej dokonanej przez żydów Lenina i Trockiego dzięki pieniądzom bankierów i przemysłowców z Wall Street (pisze o tym w swojej książce Anthony C. Sutton).

Rozdział szósty dotyczy własności ziemskiej. Żydzi wiedzieli, że własność ziemska jest kluczowa dla osiągnięcia ich celów i dążyli do jej przejęcia. Także temu celowi służył wymyślony przez nich (Karol Marks) socjalizm i komunizm. Bolszewia w trakcie rewolucji w Rosji napuściła chłopów na właścicieli majątków ziemskich, ci ich zamordowali i przejęli ziemię, a potem bolszewia chłopom ziemię zabrała siłą, a opornych zamordowała jako „kułaków” lub wywiozła na Syberię.
Ideologie liberalizmu i socjalizmu były narzędziem Żydów do przejęcia przez nich własności. Sami Żydzi zaś byli konserwatywni i w ZSRR majątki będące w rękach Żydów nie były upaństwawianie i kolektywizowane. Żydzi nie wykazywali żadnych skłonności do socjalizmu jeśli chodziło o nich samych. Promowali zaś tę ideologię wśród innych nacji w swoim interesie. Autor podaje cytat na ten temat z „Protokołów mędrców Syjonu”: „Psychologia gojów ułatwia nam znacznie zadanie kierowania nimi. Te z pozoru tygrysy mają dusze baranów, a w głowach przeciągi. (…) Nie pojęli jeszcze i nie pojmą nigdy, że „kolektywizm” stanowi jawne pogwałcenie najważniejszych praw natury, która od początku świata tworzyła jednostki, niepodobne do innych, mające na celu właśnie indywidualność. (…)„.
Jak pisze na koniec rozdziału autor socjalizm i liberalizm są tylko dla „zbaraniałych gojów”, a konserwatyzm dla swoich.

Rozdział siódmy ma tytuł „Rewolucja a żydzi” i dotyczy działań żydów w kierunku wywołania na całym świecie rewolucji komunistycznych i przejęcia przez nich rządów we wszystkich krajach. Jak pisze autor największym sukcesem żydów w tej materii (w 1936 r.) była rewolucja w Rosji, którą żydzi zniszczyli, zrabowali, ujarzmili i przejęli nad nią władzę. Mamy też podane inne przykłady nieudane np. próba wywołania rewolucji w Anglii przez strajki górnicze w 1926 r. W Anglii działała wtedy handlowa misja bolszewicka „Arkos”, gdzie była centrala bolszewickich przygotowań do rewolucji w Europie. Służby angielskie dokonały rewizji w jej siedzibie dzięki czemu udaremniły plany żydów. Przechwycono różne dokumenty w tym wykaz opłacanych agentów w różnych stolicach Europy. Akcją kierował żyd Rosenholz. Po tym fiasku próbowali wywołać rewolucję w Austrii w 1927 r.. Ponieważ znów się nie udało część żydów zaczęła obierać inną strategię – osiągnięcie celu podstępem przez socjalizm.
Również wojna domowa w Hiszpanii była żydowską, komunistyczną rewolucją. Udaremnił ją gen. Franco choć on sam i jego ludzie także dalecy byli od świętości.

Rozdział ósmy dotyczy przygotowania i przebiegu rewolucji w Rosji. Żydzi najpierw za pomocą prasy i agitatorów omamili naród. Potem podsycali nienawiść klasową i głosili bardzo liberalne hasła które trafiały do mas, bowiem zapowiadały uwolnienie ich od ciemiężenia przez cara i „burżujów” i obiecywały niemalże raj na ziemi. Mamy tu różne cytaty z „Protokołów” m. in. o wprowadzeniu trucizny liberalizmu do organizmów państwowowych gojów oraz o tym, że dzięki powstaniu republik mogą łatwo przekupować prezydenta, premiera czy posłów, a agitacja partyjna jest źródłem waśni, sporów, nieładu i mocno osłabia państwo. To wszystko jak na dłoni widzimy dzisiaj w Polsce i na całym świecie.
Dalszy plan wg „Protokołów” przewidywał stopniowe ograniczanie władzy ustawodawczej i swobód konstytucyjnych i w końcowym etapie zastąpienie rządów i konstytucji w każdym kraju przez samowładztwo żydów, czyli władzę absolutną żydów. Plan ten w skróconej wersji zrealizowany został w bolszewickiej Rosji, gdzie żydzi nie dopuścili do uchwalenia konstytucji i od razu przejęli samowładne rządy. W obecnych czasach widzimy że ten punkt programu „Protokołów” jest wciąż realizowany. Cały czas kontrolowane przez żydów polityczne marionetki ograniczają naszą wolność, a żebyśmy się na to zgodzili kreują różne wydarzenia takie jak tzw. atak na WTC 11.09.2001 i tzw. światowy terroryzm (inwigilacja pod pozorem bezpieczeństwa), stopniowe likwidowanie gotówki pod pretekstem walki z przestępczością (dzięki czemu władza ma coraz większą kontrolę nad obywatelami, a po pełnej likwidacji gotówki do czego zmierzają kontrola będzie całkowita – jednostki niepokorne będą miały zablokowane konto i nie będą mogły niczego kupić), przymusowe szczepienia pod pretekstem dbałości o zdrowie dzieci (a tak naprawdę chodzi o ich osłabienie, aby jako młodzi dorośli nie byli zdolni ani intelektualnie ani fizycznie do buntu przeciw zamordystycznej władzy, a przy okazji duży zarobek na szczepionkach i potem lekach). Władza ustawodawcza też jest ograniczana przez różne umowy międzynarodowe takie jak CETA czy Trybunały Arbitrażowe, które uniemożliwiają rządom np. nakładanie podatków na korporacje czy wprowadzanie ostrych norm na produkty. Wtedy bowiem korporacja pozywa kraj do trybunału, a ten zasądza ogromne odszkodowanie za utracone zyski. To tylko oczywiście kilka przykładów.
„Protokoły” mówią też o tym, że po zapanowaniu żydów przez przewroty państwowe należy zdławić wszelkie możliwości oporu przeciw nim, a w tym celu wymordować inteligencję . „Kiedy nareszcie zapanujemy niepodzielnie przy pomocy przewrotów państwowych (…) postaramy się, aby przeciwko nam nie było spisków. W tym celu bez miłosierdzia będziemy skazywać na śmierć wszystkich, którzy z bronią w ręku sprzeciwiać się będą objęciu przez nas panowania„. Zrealizowali to szczególnie w Polsce i w Rosji gdzie właśnie wymordowali inteligencję mogącą poderwać naród do oporu i powstania przeciw żydowskiej dyktaturze. Posługiwali się przy tym dla zmyłki nieżydami takimi jak np. Dzierżyński Polak – kat Rosji, okrutnik Peters Łotysz lub zmieniali nazwiska swoje na nieżydowskie jak Różański (Goldberg).

Rozdział dziewiąty dotyczy ustawodawstwa bolszewickiego i znów mamy cytaty z „Protokołów”. Np. „Skasujemy wszelkie nauczania wolne” To zrobiono. Wszędzie na świecie istnieje obowiązek szkolny i dzieci muszą uczyć się w szkołach tego co ustali władza. Nauczanie domowe w wielu krajach jest zabronione. Np. w Niemczech grozi za to kara więzienia. Nauczanie państwowe jest takie, że kształtuje bezmyślność, postawy bierne i uległe wobec władzy, dąży do całkowitego uzależnienia społeczeństwa od władz (zasiłków, świadczeń, zakazów, nakazów itp.). Np. na zachodzie uczy się dzieci i w ogóle społeczeństwo, żeby w razie gdy napotkają np. nożownika ukryć się gdzieś i dzwonić po policję. W tym czasie ów nożownik może ich zadźgać, a przy zorganizowanym działaniu kilku osób można go unieszkodliwić. Druzgocące skutki tego widzimy na przykładzie masakry na wyspie Utoya, gdzie Anders Breivik mając jeden karabin i działając w pojedynkę zamordował kilkadziesiąt osób, bowiem nikt nie próbował zareagować w związku z wyuczoną bezradnością.
Chcąc przyzwyczaić narody do posłuszeństwa, należy uczyć je skromności, potrzeba więc będzie ograniczyć wyrabianie przedmiotów zbytku” – w ZSRR tak ograniczono te przedmioty zbytku, że panował głód i nędza. Dzisiaj nie jest aż tak źle, w sklepach towarów jest mnóstwo, ale nadal zarabiamy bardzo mało i żyjemy biednie. Na zachodzie wiele lepiej nie jest – patrz Francja i protesty żółtych kamizelek trwające już prawie 1,5 roku.
Strajki jest to sprawa najniebezpieczniejsza dla rządu. Skończą się one z chwilą, kiedy my posiądziemy władzę„. I w ZSRR czasów leninowsko-stalinowskich nie było strajków. Każda próba buntu kończyła się bowiem w łagrze lub od razu na cmentarzu. A bunntować się nie bardzo było komu, bo była nędza i głód, więc ludzie byli zajęci walką o przetrwanie.
Każda ofiara z naszej strony warta jest tysiąca ofiar gojów” – żydowscy komisarze w ZSRR mordowali swe ofiary bez litości powtarzając „to za dawne pogromy” czy „za jedną kroplę krwi żydowskiej garniec krwi gojów”. W Polsce pod koniec lat 40-ych XX w. istniał komunistyczny obóz koncentracyjny „Zgoda” w Świętochłowicach. Jego kierownik żyd Salomon Morel sam znęcał się nad polskimi, niemieckimi i innymi więźniami, wielu z nich mordując. Motywował to tym, że jest to zemsta za to co przeszedł w Auschwitz (co było kłamstwem, bo w Auschwitz nigdy nie był, a w czasie wojny ukrywał się w gospodarstwie Józefa Tkaczyka w Garbowie). Kanalia ta uniknęła kary, bowiem uciekła z Polski do Izraela jako „ofiara antysemityzmu”.

Rozdział dziesiąty ma tytuł „Dekonspiracja”. Mowa jest tu o tym, że żydzi zdemaskowali się poprzez rewolucję w Rosji. Po niej jasno było widać, że „Protokoły” są autentycznym planem zapanowania żydów nad światem. To co tam zapisano w Rosji się dokonało, bo żydzi przejęli tam władzę. Autor przedstawia tu też podobieństwo „Protokołów” do Talmudu i to, że wywodzą się one właśnie z tej księgi. Głównym podobieństwem jest wielka pogarda dla nie-żydów nazywanych w Talmudzie „gojami” występująca też w „Protokołach” gdzie nie-żydzi to także „goje”.  Według Talmudu (Baba mecia 114 b): „Wy (Izraelici), wy moje owce, owce mojego pastwiska ludźmi jesteście, wy nazywacie się ludźmi, narody świata jednak nie nazywają się ludźmi lecz bydlętami„. Co więcej niektórzy żydzi nawet przyznają się do tego co robią. Np. angielski uczony żyd dr Oskar Levy: „Wszystkie rozruchy i idee sekciarskie wytryskują z żydowskiego źródła (…) My żydzi nie jesteśmy dzisiaj czym innym jak tymi, którzy demoralizują świat i burzą, jesteśmy jego podpalaczami i katami„. (The World Significance of the Russian Revolution” Pitt-Rivers Oxford 1920 – przedmowa dr. Oscar Levy)

Rozdział jedenasty przedstawia list księcia żydów w Konstantynopolu do żydów w Arles we Francji z 1489 r. i wyjaśnia jego związki z rewolucją (wojną domową) w Hiszpanii. Pod koniec XV w. król Francji Ludwik XI nakazał żydom mieszkającym w Prowansji przyjęcie wiary chrześcijańskiej albo opuszczenia Francji. Powodem jest wyzysk przez żydów miejscowej ludności i tyranizowanie jej przez lichwę. Żydzi Ci napisali list do księcia żydowskiego w Konstantynopolu aby im poradził co robić w tej sytuacji. Książę poradził im, aby przyjęli wiarę chrześcijańską, ale zachowali zawsze pamięć o Mojżeszu w sercu. Dalej radził im, aby  udając chrześcijan robili wszystko, aby ich dzieci zostały kupcami, lekarzami, aptekarzami, prawnikami, notariuszami, a nawet katolickimi duchownymi. Gdy to wszystko im się uda to po wielu latach z pognębionych staną się wysoko wyniesionymi i pomszczą swoją krzywdę.
I taki plan zastosowali żydzi w Hiszpanii. Pojawili się tam tzw. marani – żydzi, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Robili wszystko, aby udowodnić Hiszpanom, że są tacy jak oni. Nawet wystawiali za drzwi swoich mieszkań gotujące się garnki z mięsem świńskim. Po cichu zaś w domach praktykowali judaizm. Wśród księży było wielu maranów. Doszli w pewnym momencie aż na szczyt władzy. Prezydent Alcalo Zamorra był z pochodzenia maranem i liberałem. Minister oświaty De Los Rios też był maranem. Gdy marani doszli do władzy wprowadzali prawa korzystne dla żydów, a  rządząca lewica wprowadziła rozdział kościoła od państwa. Zaczęło się palenie kościołów i terror co doprowadziło do wojny domowej którą wygrał gen. Franco i żydokomunistyczna rewolucja poniosła fiasko.

Rozdział dwunasty przedstawia podłoże do rewolucji w Rosji. Żydzi postarali się nie tylko o to, aby przez prasę i agitatorów ogłupić naród, ale także aby skompromitować w oczach narodu cara. Niestety trzeba powiedzieć, że car był intelektualnie a może mentalnie słaby i dał się ograć żydom jak dziecko. Na cara Mikołaja II ogromny wpływ miał Rasputin. Car wręcz ślepo mu wierzył i ufał. Żydzi, w osobie Arona Simanowicza zadbali o to, aby Rasputin był pod ich kontrolą. Tym samym mieli w garści cara. Gdy trzeba było kogoś nominować car zwracał się w tej sprawie do Rasputina, a ten dostawał nazwisko od Simanowicza. Wprowadzeni tak na stanowiska żydowscy agenci lub osoby przekupione stanowiskiem (damy ci tekę ministra, ale masz robić to i to jak chcemy) robili robotę wywrotową, czym działali na szkodę Rosji i kompromitowali cara w oczach społeczeństwa. W podobnym sposób żydzi usuwali z rządu i urzędów osoby dla nich niewygodne.

Rozdział trzynasty przedstawia nam jak „Protokoły” mają się do moralności oficjalnego kodeksu żydowskiego „Szulchan-aruchem”, który dla żydów jest niemal równie ważny jak Talmud. Wg tego kodeksu np. jeśli żyd pomoże drugiemu żydowi oszukać goja to temu żydowi pomocnikowi należy się udział w zysku z tego oszustwa. Natomiast żyd nie może oszukać innego żyda, bo to jest przestępstwo. Kodeks ten przewiduje także, że każdy żyd, który działa na szkodę narodu żydowskiego (np. mówiąc prawdę o co knują żydzi chcąc ostrzec inne narody o tym co im grozi) jest zdrajcą. A zdrajcę każdy żyd ma obowiązek zabić lub jeśli to możliwe okaleczyć tak, aby nie mógł dalej prowadzić swej zdradzieckiej działalności (np. oślepić, uciąć język itp.). Tu autor podaje przykład procesu w Bernie dotyczącego autentyczności „Protokołów”. Świadkowie żydowscy powoływani jako eksperci wypowiadali się że „Protokoły” to fałszywka mająca zniesławić żydów. Nie można im wierzyć, bowiem gdyby ktokolwiek z nich powiedział, że „Protokoły” są autentyczne zostałby przez innych żydów zamordowany lub ciężko okaleczony.

Rozdział czternasty opisuje I kongres syjonistyczny w Bazylei w 1897 r. oraz w Pradze w 1933 r. Dowiadujemy się znowu jak żydzi konspirują przed innymi narodami. Na obu kongresach odgrywano szopkę w postaci plenarnych obrad gdzie były gorące dyskusje i spory i gdzie byli obecni dziennikarze. Robiło to wrażenie chaosu. Tymczasem faktyczne obrady bez kłótni odbywały się w tym samym budynku piętro wyżej. Brała w nich udział wyselekcjonowana garstka elitarnych żydów, a pozostali uczestnicy kongresu nic nie wiedzieli o tym. Najważniejsze ustalenia zapadały na tzw. Komisji Sześciu, która była tak zakonspirowana, że o jej działaniach nie wiedzieli nawet członkowie Komitetu Wykonawczego, którzy obradowali w ukryciu przed resztą delegatów kongresu. Jak pisze autor, powołując się na żydowskie źródła, tak samo wyglądał przebieg kongresu w 1897 r. i 1933 r. I najprawdopodobniej „Protokoły mędrców Syjonu” zostały przyjęte podczas tajnych obrad I kongresu w Bazylei w 1897 r.

Rozdział piętnasty dotyczy wartości przysięgi żydowskiej. Według ww. kodeksu Schulchan aruch jeśli żyd jest zmuszony złożyć przysięgę gdy okradł nieżyda, a ten mu każe przysięgać, że tego nie zrobił to powinien przysięgnąć, a potem może w sercu tą przysięgę uznać za nieważną. Można też zwolnić się od przysięgi czy ślubu u rabina lub trzech pospolitych mężczyzn. Autor opisuje procedurę w takim przypadku. Oprócz tego żyd ma jeszcze asekurację od zobowiązań wynikających z przysięgi ogłaszając je z góry wszystkie jako nieważne na cały rok następny w „jom kippur” tj. dzień sądny. Wg ww. kodeksu jest nawet coś takiego jak anulowanie wszystkich ślubów czy przysięg, a raczej rozgrzeszenie całej gminy od krzywoprzysięstwa awansem na cały rok uroczyście i oficjalnie w synagodze. Wypowiadana jest odpowiednia formuła (autor podaje jej treść) przez najwyższego uczonego spośród zebranych, po czym odmawiana i śpiewana jest 3 razy modlitwa Kol nidre (treść na str. 104), której ostatnie zdanie brzmi „Nasze śluby nie powinny być żadnymi ślubami, nasze przysięgi nie powinny być żadnymi przysięgami„. Jak więc widać wartość przysięgi żydowskiej jest zerowa. Dotyczy to także zeznań przed sądem. Autor podaje tu jako przykład proces w Radomiu toczący się od 2.06.1936 r. w sprawie zajść w Przytyku liczącym w tamtych czasach ok. 3000 mieszkańców z czego 90% to żydzi. W procesie było oskarżonych 43 Polaków. 33 z nich sąd uniewinnił odrzucając zeznania żydów jako niewiarygodne. Szczegóły autor opisuje na str. 104-106.

Rozdział szesnasty ma tytuł „My i wy, czyli otwarte przyznanie się do konspiracyjnej walki żydostwa ze światem aryjskim”. Autor przytacza tu fragmenty z 2 artykułów z pisma Century Magazine (I i II 1928 r.) autorstwa rumuńskiego żyda Markusa Eli Ravage, zatytułowanego „Istotny zarzut przeciw żydom” („The real case against the Jews”) i „Commissary to the Gentiles”. W artykułach tych przemawia do nieżydów jakby w imieniu żydów używając form „wy” i „my”. I jest tak bezczelny, że aż trudno w to uwierzyć i demaskuje żydów tak, że lepiej nie można sobie było tego wymarzyć. Pisze np. jak cytuje autor „Jesteśmy arcypodżegaczami do wojen światowych i głównie odnosimy korzyści z takich rzezi narodów. (…) Obwiniacie nas, żeśmy wzniecili rewolucję w Moskwie. Niech będzie, my to przyznajemy. No i ?!
Jeszcze lepiej jest dalej, bowiem Rawage przyznaje, że „Protokoły mędrców Syjonu” są autentyczne. „Rosyjski prostak fałszuje zwitek papieru i ogłasza w książce, którą nazywa „Protokołami mędrców Syjonu”. Wy uważacie tę książkę za autentyczną. Dobrze! Dla dowodu chcemy podpisać się pod każdym słowem. Jest ona niesfałszowana i autentyczna. (…)”
Weźmy trzy główne rewolucje w nowych czasach, francuską, amerykańską i rosyjską. Czym one były innym jak nie triumfem żydowskiej idei o sprawiedliwości społecznej, politycznej i gospodarczej” – Trudno nie przyznać mu racji.
Myśmy to uczynili wyłącznie nieodpartą siłą naszego umysłu, ideami, propagandą” – tu także zgoda. Bez uwierzenia mas żydokomunistycznej propagandzie nie udałaby się ani rewolucja we Francji, ani w Rosji ani żadna inna. Piszę we Francji, w Rosji, a nie francuska, rosyjska, bo to nie Francuzi ani Rosjanie byli autorami tych rewolucji. Przedstawiciel narodu autorów powyżej sam się przyznał.
Z drugiego artykułu np. „Goj nie pozna nigdy istotnego znaczenia naszych przestępstw” – tu również trudno zaprzeczyć skoro 99% ludzkości (albo i więcej?!) do dziś wierzy w szkolną wersję, że rewolucję francuską wywołali Francuzi, a bolszewicką Rosjanie.
Wy nazywacie nas wywrotowcami, agitatorami, podżegaczami do rewolucji. Zgadza się to zadziwiająco, nachylam się przed waszym odkryciem!
Mamy nawet odniesienie do czasów starożytnych: „Przewrót jaki wniosło chrześcijaństwo do Europy był wprowadzony i przeprowadzony przez żydów, jako akt zemsty przeciwko wielkiemu aryjskiemu państwu. A kiedy wy mówicie o żydowskich sprzysiężeniach nie mogę pojąć, dlaczego nie myślicie o zburzeniu Rzymu i o całym starym świecie kulturalnym„. Rzym fizycznie zniszczyli Sławianie („barbarzyńcy”), ale moralnie rozłożyli go najpierw żydzi. Akurat za to możemy żydom podziękować, bo Rzym był też wrogiem Sławian.
Na zakończenie rozdziału autor zamieścił (str. 115 i 116) kopie spisu treści obu numerów jako dowód, że taki autor, magazyn i artykuły rzeczywiście istnieją.

Rozdział siedemnasty dotyczy pism pokrewnych „Rabin o gojach”, „Na cmentarzu żydowskim w Pradze” i „Mowa rabina we Lwowie”. Te pisma stanowią potwierdzenie tego, że „Protokoły” nie są jakimś tworem oderwanym od mentalności i kultury żydowskiej, ale wręcz przeciwnie. Te pisma są jakby zarysem „Protokołów” – określają co żydzi powinni zrobić by osiągnąć cel (np. przejąć ziemię, prasę, zawładnąć giełdą i zadłużyć państwa, zapanować nad urzędami, sądami itd.). „Protokoły” podają szczegółowy plan jak to osiągnąć. A i w tych pismach, jak i w „Protokołach” jest ten sam cel – panowania żydów nad światem. Tu krótki cytat z „Na cmentarzu żydowskim w Pradze”, który to potwierdza „Bracia! (…) osiemnaście wieków prowadzi naród izraelski walkę o panowanie, które zostało obiecane Abrahamowi, a które nam wyrwał Krzyż„.

Rozdział osiemnasty dotyczy Świadków Jehowy (do 1933 r. nazywali się Badaczami Pisma Świętego). Jest to żydowsko-chrześcijańska sekta założona przez kupca Karola Russela z Brooklynu (USA). Myślą przewodnią tej sekty jest przygotowanie umysłów ludzi na objęcie panowania żydów nad światem. Żeby było to łatwiejsze do przyjęcia przywódcy sekty podają uzasadnienia religijne, których podstawą są „Wykłady Pisma św.” w siedmiu tomach, napisane przez Russela oraz inne mniejsze pisma. Sekta ta wydaje pismo Strażnica (dawniej Strażnica Sjonu). Na potwierdzenie tego co pisze autor podaje różne cytaty z „Wykładów Pisma św.” i je analizuje. Mamy tu zbieżność treści „Wykładów” z treścią „Protokołów”. Np. taki cytat z „Wykładów”: „Wielkie jednak walki przyjść muszą, zanim nowy czas nastąpi”. „Niesłychany ucisk czasu poprzedzi przyjście mesjasza”. W „Protokołach” mamy zaś podane, że żydzi dojdą do władzy przez dokonanie przewrotów państwowych, co spowoduje zniszczenie państw narodów rdzennych. Na zgliszczach tych państw żydzi zbudują swoją władzę tak jak to było w ZSRR.
Mamy tu jeszcze informację o tym, że w II RP nadano tej organizacji w 1928 r. religijny charakter mimo iż to co głosili jej członkowie było wywrotowe, antypaństwowe i antykatolickie. Mamy tu więc kolejny dowód na to, że rządy tzw. sanacji z sanacją nie miały nic wspólnego i były antychrześcijańskie i żydomasońskie. Znacznie więcej dowodów jest w omówionej już przeze mnie książce pt. „Józef Piłsudski bez retuszu”.

Rozdział dziewiętnasty dotyczy obrządku żydowsko-katolickiego mszy. Chodzi tu o to, że żydowscy konwertyci (katolicy żydowskiego pochodzenia) dążyli do tego, aby mieć możliwość uczestnictwa we mszy w języku hebrajskim. Wg autora miało to na celu osłabienie Kościoła Katolickiego. Nie jestem teologiem ani religijny też nie jestem (co nie znaczy, że jestem ateistą), więc nie będę tutaj tego rozwijać. Ciekawy natomiast jest według mnie spór o pogrzebanie zwłok urzędnika wojskowego II RP Neumana. Był on, jak wszyscy sądzili katolikiem (bo przyjął kilka lat wcześniej chrzest) i miał mieć zorganizowany pogrzeb katolicki. Tak zarządził prokurator. Rodzina jednak wniosła sprzeciw twierdząc, że był żydem. Żona udowodniła przed sądem, że jej mąż był prawowitym żydem bowiem miał żonę żydówkę, pokrywał opłaty na gminę żydowską (na co jako potwierdzenie były kwity), a syna obrzezał. W związku z tym sąd nakazał pochować Neumana na cmentarzu żydowskim. Taki to był z niego katolik. Kolejny przykład na fałszywość żydów.

Rozdział dwudziesty dotyczy realizacji mesjanizmu w świetle historycznych wypadków. Przez 19 wieków żydzi czekali na nadejście swojego mesjasza. Nie doczekali się, więc postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i tak powstał syjonizm. Dalej mamy opis działań syjonistów, kongresy, ich różne koncepcje w dążeniu do celu (zapanowania nad światem). Z tego rozdziału możemy domniemywać, że „seryjny samobójca” to chyba wynalazek żydów. Świadczą o tym nagłe i dziwne zgony syjonistów mających inne zdanie niż jakby to dziś ująć główny nurt. Np. Theodor Herzl zmarł w 1904 roku w wieku tylko 44 lat rzekomo na serce. Był uznany za zdrajcę. Główny jego ideowy spadkobierca Wolfson także nagle umiera w 1914 r. Tymczasem przywódca głównego syjonistycznego nurtu Ahad-haam żył i dziar łał do 1927 r. Po tym gdy w 1914 r. Ahad-Haam nie miał już konkurencji wydarzenia poszły szybko – I wojna światowa i rewolucja żydokomunistyczna w Rosji. Miliony gojów straciły życie, ich państwa się rozpadły (jak Austrowęgry) lub znacznie osłabiły. Tymczasem żydzi zrobili interesy na tej wojnie i urośli w siłę. Nahum Sokołow na kongresie w Pradze w 1933 r. powiedział: „Znikli carowie, sułtani i cesarze. Syjonizm stał się utwierdzonym na piśmie prawem narodów. Milionom żydów poręczono prawa majątkowe.” Mamy też dobitnie udowodnione, że przed II wojną światową Francja była już rządzona zupełnie przez żydów. Autor wymienia (str. 166-167) nazwiska kilkudziesięciu mniej lub bardziej ważnych urzędników w ministerstwach czy na stanowiskach podsekretarzy.

Rozdział dwudziesty pierwszy dotyczy podwójnej etyki i podwójnej polityki. Inne są one dla żydów, a inne dla reszty narodów. Realizując rewolucję żydzi rzucają różne wzniosłe hasła jak: postęp, wolność sumienia, tolerancja, równość wobec prawa, równość obywatelska, dbałość państwa o obywatela (socjalizm) itd. Pod ich osłoną, mając osobną etykę dla siebie a osobną dla „gojów” przedzierają się oni do społeczeństw rdzennych jak pod zasłoną dymną i rozkładają te społeczeństwa moralnie, socjalnie i politycznie. Wyśmiewają i wyszydzają wiarę i uczucia narodowe u innych podczas gdy sami są skrajnie nacjonalistyczni i mocno bronią swej religii. Odniosę się tu trochę do czasów współczesnych. Jak dziś wiemy wszechświatowa rewolucja żydokomunistyczna przez zastosowanie siły i terroru nie powiodła się. Najwyraźniej świat gojów nie był aż tak głupi jak się żydom wydawało i po tym co zrobili w Rosji stawił zbyt silny opór. To jednak nie znaczy, że rewolucja się skończyła. Wcale nie. Ona trwa cały czas. Zmieniła tylko formę. Skoro marksizm zawiódł dziś żydzi stosują w tym celu jego zmodyfikowaną wersję czyli neomarksizm albo marksizm kulturowy. Stosują te same hasła co poprzednio np. tolerancja (czyli wg nich bezwarunkowa zgoda na wpuszczenie milionów nienawistnie nastawionych do Europejczyków muzułmanów – używają ich jako ślepego narzędzia do zniszczenia nas i naszej kultury i cywilizacji), wolność sumienia (teraz to się nazywa wolność wyboru czyli prawo do zbrodni na życzenie – tzw. aborcji), postęp to dziś ideologia gender, homomałżeństwa, promowanie dewiacji, zmiany płci u dzieci itp. A zamiast armii dzisiaj narody (przynajmniej w Europie) terroryzuje się przez odpowiednie prawo (tzw. mowa nienawiści, czyli wszystkie opinie które są niezgodne z tym co nakazuje myśleć władza (czyli żydzi) są karane – niekiedy nawet więzieniem) i opanowanie przez neomarksistów instytucji (sądy, uczelnie itd.). Często wystarczy jednak tylko nazwanie kogoś homofobem, islamofobem, antysemitą itp. aby sam zamilkł lub zaczął mówić tak „jak trzeba”. Tu Szwecja jest doskonałym przykładem państwa które przez dziesięciolecia neomarksizmu sterroryzowało naród tak, że oni boją się nie tylko mówić, ale nawet myśleć inaczej niż każe władza (tak wynika z relacji Polski mieszkającej od ponad 30 lat w Szwecji, którą czytałem jakieś 2-3 lata temu).

W zakończeniu autor pisze, że Rosja była ostrzegana o tym, że żydzi knują, by wywołać rewolucję i realizują plan opisany w „Protokołach”. W 1901 r. Jerzy Butmi wydając „Protokoły” we wstępie pisał, że jest to piekielny plan, który każdy powinien znać, żeby móc ocalić naród od zguby. Butmi postulował tu jako przeciwdziałanie wykluczenie żydów z armii i floty, ze szkolnictwa, sądownictwa, administracji państwowej, zakazać im prawa posiadania majątków ruchomych i nieruchomych, zakazać korzystania ze  służby chrześcijańskiej i że jeśli Rosja tego nie zrobi, to popadnie w niewolę żydowską. I jak wiemy w Rosji „Protokoły” wyśmiano, zlekceważono i nastąpiła żydokomunistyczna rewolucja. W 1905 r. Nilus inny rosyjski patriota pisał tak: „Istnienie systemu głosowania zawsze pozwala Syjonowi przy pomocy łapówek przeprowadzić te prawa, które mu najbardziej odpowiadają. Najdogodniejszym dla żydów ustrojem państwowym „gojów” jest republika, bo przy niej najłatwiej jest im kupić sobie większość. Ustrój ten daje nieograniczoną swobodę ich agentom i armii anarchistów. Z tej przyczyny żydzi są stronnikami liberalizmu (dzisiaj to się zwie liberalna demokracja), głupi zaś „goje” otumanieni przez nich, nie widzą tak rzucającego się w oczy faktu, że w republice nie ma wcale więcej wolności niż w ustroju autokratycznym„. Zgoda od wielu lat to obserwujemy na przykładzie naszego kraju, gdzie polskojęzyczne marionetki pod żydowskie dyktando ograbiły nas z majątku i zrobiły z nas niewolników ekonomicznych, a teraz wciskają nam ideologię gender i inne „nowoczesności” i choć rząd jest teraz niby patriotyczny, to jednak na gadaniu się kończy, a sodomia wdziera się do nas coraz bardziej. Musimy zatem jako naród się obudzić i zmienić ten ustrój. Alternatywy są dwie: przywrócenie monarchii (wersja Grzegorza Brauna) lub demokracja szwajcarska. Pierwsza opcja raczej nie wchodzi w grę, bo mentalnie odbiegliśmy od tego daleko. Poza tym istnieje zawsze ryzyko dojścia do władzy tyrana mającego w swoich rękach pełnię władzy. Zostaje zatem druga opcja, której jestem zwolennikiem – demokracja szwajcarska oparta na referendach, które rząd musi przeprowadzić po zebraniu określonej liczby podpisów i jej wynik musi wdrożyć w życie. W ten sposób naród może obalić każdą ustawę jak i przeforsować samemu każdą ustawę lub zmianę konstytucji. Wtedy przekupstwo polityków traci sens, a przekupić całego narodu się nie da. Musimy więc pokazać żydom, że „goje” jednak nie są takie zbaraniałe jak im się wydaje. Tylko tak możemy pozbyć się syjonistycznej okupacji z naszego kraju.
Na koniec autor pisze, że praca ta ma na celu ostrzeżenie narodu polskiego przed niebezpieczeństwem i że autor nie potępia narodu żydowskiego jako całości i nie nawołuje do nienawiści wobec żydów. Wręcz przeciwnie szanuje on uczciwych żydów, których działalność jest pożyteczna i dla społeczeństwa nieżydowskiego. Przychylam się do tego co pisze autor i również apeluję, aby lektura tej książki czy tylko mojego streszczenia nie była powodem do nienawiści do żydów jako całego narodu. Chodzi tu o to, abyśmy wiedzieli do czego zmierzają syjoniści i jak to robią, aby móc się bronić i nie być „zbaraniałymi gojami”. A że żydzi pożyteczni także są to jako przykłady można podać choćby Normana Finkelsteina (zdemaskował „Przedsiębiorstwo Holokaust” swoją książką o takim właśnie tytule) czy rabina Cohena (rabin ortodoksyjny, antysyjonistyczny – wywiadu z nim można posłuchać na you tube: https://www.youtube.com/watch?v=rF2xWlgMQPM&t=834s).

Mamy jeszcze dodatkowe ok. 30 stron na których jest mowa o tym, że wiarą masonerii jest satanizm, o soborze watykańskim II i mamy lucyferyczny plan zniszczenia Kościoła. Są to informacje mocno religijne. Jak kogoś to interesuje to też warto przeczytać.

Poznaj ich prawdziwe nazwiska

Dziś o książce Aldony Zaorskiej pt. „Poznaj ich prawdziwe nazwiska”. Chodzi o prawdziwe nazwiska tzw. polskich elit sprowadzonych tu przez sowietów w 1944 r. które zastąpiły te prawdziwe elity wymordowane przez Niemcy i ZSRR w Katyniu, Miednoje, Palmirach i wielu innych miejscach.

Aldona Zaorska jest z zawodu prawnikiem. Jest też dziennikarką piszącą artykuły w tygodniku „Warszawska Gazeta” oraz redaktorem naczelnym miesięcznika „Zakazana Historia”.

Pierwszy rozdział pt. „Nierozliczona zbrodnia” dotyczy zbrodni w Katyniu w 1940 roku. To, że odpowiada za nią jako państwo ZSRR, a obecnie jako jego spadkobierca Rosja wiadomo od dawna. Wiadomo również, że Beria napisał notatkę do Stalina, w której rekomendował zamordowanie polskich jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie jako zaciekłych wrogów komunizmu nie rokujących żadnych nadziei na poprawę. Stalin zaś wydał w tej sprawie decyzję o przeprowadzeniu mordu (właściwie decyzję podjęło politbiuro). Wiadomo także, że wykonawcami zbrodni byli Żydzi wybrani w tym celu przez Stalina i Berię- szefa NKWD. Autorka podaje ich nazwiska. Mamy tu informację o wywiadzie jakiego udzielił w 1971 roku izraelskiemu dziennikowi „Maariv” Abraham Vidro (Wydra), który rozmawiał o tej zbrodni z trzema oficerami NKWD żydowskiego pochodzenia w ośrodku wypoczynkowym w ZSRR. Byli to: por. Aleksander Susłow, mjr Joshua Sorokin i por. Samyun Tichonow.
Dodatkowym potwierdzeniem tego faktu są słowa lidera partii Rosyjska Jedność Narodowa, Aleksandra Barkaszowa, z 1994 r., przekazane przez „Życie Warszawy”. Powiedział on dziennikowi: „Wiem jaką tragedią jest dla was sprawa katyńska, ale oświadczam – polskich oficerów nie rozstrzelali Rosjanie. Sprawdziliśmy przynależność rasową NKWDzistów – wykonawców wyroku. Wszyscy byli Żydami i wypełniali rozkazy sobie podobnych, stojących wyżej w hierarchii. Rosjanie są z natury przyjaźnie nastawieni do Polski i Polaków.” A zatem Katyń to zbrodnia chazarska (bo ci co jej dokonali nie byli prawdziwymi Żydami – kim są fałszywi Żydzi, czyli Chazarzy pisałem już przy okazji opisu książki „Niewidzialna Chazaria”), a nie rosyjska. I to jest jak sądzę powód dla którego Rosja nie chce się przyznać do tej zbrodni. Jak można bowiem się przyznać do czegoś czego się nie popełniło? A powiedzenie przez Rosję prawdy spowodowałoby wrzask syjonistów trudny do wyobrażenia (ajwaj jaki straszny antysemityzm!!). Ciężko także moim zdaniem Rosji jako państwu przypisać tę zbrodnię. W przeciwieństwie do Niemiec bolszewicy w Rosji nie doszli do władzy demokratycznie, ale w wyniku przemocy i zamachu stanu. Podobnie jak z naszymi postąpili z własnymi elitami. Przykładem jest choćby rodzina carska Romanowów, którą bolszewia wymordowała. A opornych chłopów, którzy nie chcieli się poddać władzy bolszewii wymordowali w liczbie co najmniej 20 milionów. Skutki tego w Rosji są mocno odczuwalne do dziś. Jak podał Janusz Korwin Mikke jeden z sondaży zrobionych w Rosji wskazuje, że po ok. 30 latach od upadku ZSRR wciąż aż 60% Rosjan uważa Stalina za bohatera i uważa, że za czasów ZSRR byli potężnym krajem. Brak prawdziwych elit w połączeniu z ogromnym terrorem i propagandą wciąż jest tam mocno odczuwalny. A że nawet w Rosji jest jakaś tam demokracja to Putin nie może od tak zerwać ze spuścizną komunizmu i wywrócić do góry nogami świata 60% narodu, bo albo byłaby rewolucja albo najbliższe wybory wygrałby np. Władimir Żyrinowski, czyli nie kto inny, ale czerwony komuch.
Wracając jednak do tematu – w pierwszym rozdziale mamy opis tego jak wykonano zbrodnię i dokumentów jakie są w tej sprawie znane. Nic nowego, ale jeśli ktoś sprawy dobrze nie zna, to warto przeczytać, bo jest tu wszystko co najważniejsze.

Drugi rozdział dotyczy „Chamów” i „Żydów”, czyli dwóch frakcji w PZPR tak potocznie nazywanych. „Chamy” to byli ci, którzy byli jakby to ująć mniej czerwoni, bardziej pronarodowi i mniej zamordystyczni. I nie byli (może poza nielicznymi wyjątkami) pochodzenia żydowskiego. A nazwa „Chamy” wzięła się stąd, że pochodzili z nizin społecznych, byli prości, niewykształceni i często mało inteligentni. Najbardziej znanym ich przedstawicielem jest jak sądzę Władysław Gomułka, który skończył tylko kilka klas szkoły podstawowej. W jednym z przemówień powiedział on m. in. takie zdanie „Staliśmy już nad przepaścią, ale udało nam się zrobić krok do przodu”. Stefan Kisielewski powiedział o ich rządach (od 1968 r.), że jest to „dyktatura ciemniaków”. Został pobity przez „nieznanych sprawców”.
Druga frakcja to „Żydy”, czyli jakby to powiedzieć komuniści pochodzenia żydowskiego, bardziej czerwoni i bardziej zamordystyczni niż „Chamy”. To oni sprawowali władzę w Polsce do 1968 r. Choć Gomułka rządził w Polsce od 1956 r. to przez 12 kolejnych lat w zasadzie najważniejsze osoby z frakcji „Żydów” pozostały na swoich stołkach. Dopiero wydarzenia z marca 1968 r. wymiotły ich z rządów, a spora część z nich uciekła wtedy do Izraela, USA i innych krajów podając się za „ofiary polskiego antysemityzmu” (wśród nich był niesławny Jan Tomasz Gross).
Autorka pisze, że 10.11.1945 r. komuniści wprowadzili w Polsce dekret o zmianie i ustalaniu imion i nazwisk. Na jego podstawie wielu Żydów zmieniło swoje nazwiska na polskobrzmiące. Chodziło o to, aby ukryć przed polskim narodem prawdziwe pochodzenie osób z aparatu terroru (UB, MBP). Zdecydowaną większość kierownictwa bezpieki bowiem stanowili Żydzi. Komuchy chciały, aby nasz naród myślał, że sami wprowadzamy i utrwalamy tzw. władzę ludową. Jednak nie daliśmy się oszukać. Powszechnie wtedy mówiono o tzw. żydokomunie. Z opowiadań mojej mamy i babci wiem, że mój pradziadek (ojciec matki ojca) nie znosił komunistów i mawiał o nich bardzo często „żydokomuna”. Kiedyś zaś się uparł i nie chciał mojemu kilkuletniemu wujkowi czytać „Lokomotywy” Tuwima „bo to Żyd napisał” (chodziło raczej nie tyle o pochodzenie co o fakt, że ów Żyd pisał utwory pochwalne na cześć Stalina).
Nazwiska zmieniali jednak nie tylko Żydzi. Część pracowników bezpieki byli to bowiem Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie.
Za dziełkiem Matthiasa Miesesa pt. „Polacy-chrześcijanie pochodzenia żydowskiego” autorka podaje schemat zmian nazwisk przez Żydów na polskie. Znając go można z dużym prawdopodobieństwem (choć nie z pewnością) twierdzić, że przodek tej osoby był Żydem, który zmienił nazwisko i być może był stalinowską kanalią. Ów schemat to:
pochodne imienia Abraham (Abramski, Abramowski, Abramowicz itp.);
nazwiska pochodzące od nazw miesięcy i dni tygodnia (np. Czerwiński, Lipski, Poniedziałek, Środa);
nazwiska z członem nowo (np. Nowowiejski, Nowicki);
nazwiska z „dobrej woli” (np. Dobrowolski);
nazwiska z członem „krzyż” (np. Krzyżanowski, Krzyżak, Krzyżowski);
nazwiska od nawracania się (np. Nawrocki, Nawrot);
nazwiska pochodzące od nazw regionów czy miejscowości lub jednostek administracyjnych (np. Mazowiecki, Warszawski, Gdański, Wojewódzki);
nazwiska nadane Żydom przez urzędników jakie im w danym momencie przyszły do głowy (np. Woda, Guma, Słoma itp.)
Autorka podaje oficjalne i prawdziwe (lub przypuszczalne, bo nie zawsze dało się to w 100% ustalić) nazwiska wielu stalinowców rządzących Polską i/lub będących funkcjonariuszami UB/MBP/KBW i propagandy zwłaszcza w latach 1944-1956. Opisuje też ich działania, życiorys i życie osobiste. Wspomnę krótko o jednym z nich –
Roman Zambrowski (prawdopodobnie Rubin Nussbaum, na pewno pochodzenia żydowskiego) – jeden z 4 najgorszych, bo stojących najwyżej, stalinowców w Polsce w latach 1944-1956. Jest dziś praktycznie nieznany. Do tej czwórki należeli także: Bolesław Bierut (jedyny nieżyd), Jakub Berman i Hilary Minc. Autorka opisuje nie tylko ich, ale także wspomina też o ich dzieciach.

Rozdział trzeci dotyczy dzieci bezpieki. Zaczyna się od Jakuba Bermana i jego córki Lucyny Tychowej. Autorka pisze o niej i jej poglądach. Cóż widać, że powiedzenie że niedaleko pada jabłko od jabłoni w jej przypadku doskonale się sprawdza. Mamy też krótko o rodzeństwie Jakuba Bermana i jego bliskich krewnych m. in. Aronie Bermanie znanego bardziej jako Wiktor Borowski. Był on ojcem znanego postkomunisty Marka Borowskiego. Ten ostatni się strasznie pieni, gdy mu się przypomina jego korzenie.
Dalej mamy opis struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (schemat na całej stronie książki – str. 99) i główne osoby z jej kierownictwa. Na czele stał Stanisław Radkiewicz (nieŻyd, figurant), a faktycznie rządzili Roman Romkowski (Natan Grinszpan-Kikiel – wiceminister po dwóch klasach) i Mieczysław Mietkowski (Mojżesz Borowicki). Było kilkanaście departamentów. Jednym z nich (zajmujących się m.in. walką z Kościołem Katolickim) kierowała niesławna żydowska psychopatka Luna Brystygier. Miażdżyła ona młodym AKowcom jądra za pomocą szuflady. O metodach „przesłuchań” też trochę jest. Oszczędzę tu szczegółów. Kto ma mocne nerwy niech poczyta (str. 101-103).
Mamy też informacje o innych czołowych UBekach m.in. Leonie Andrzejewskim (Lajb Wolf Ajzen) i Józefie Czaplickim (Izydor Kurc) zwanym „Akowerem” (ze względu na szczególne znęcanie się nad członkami Armii Krajowej).
Mamy tu także pewną wartą odnotowania dygresję. Autorka wspomina o niemal zupełnie nieznanej polskiej bohaterce może nawet na miarę rtm. Witolda PileckiegoStanisławie Rachwał. Była o kilka lat młodsza od Pileckiego i działała w Związku Walki Zbrojnej i potem w Armii Krajowej. Zajmowała się konspiracją i była bardzo skuteczna, ale w końcu jednak wpadła. W 1941 r. aresztowali ją Niemcy. Na Gestapo przeszła gehennę – rozebrali ją do naga, torturowali, kopali (wybili jej 9 zębów!). Mimo to nie ugięła się i nie wydała nikogo i jeszcze udało jej się jakimś cudem przekonać śledczych, że nie działa w podziemiu. Została wypuszczona, ale w październiku 1942 r. znów ją Niemcy aresztowali. Katowali ją do grudnia i znowu nie uzyskawszy niczego wysłali ją do Auschwitz-Birkenau. Tam dołączyła do obozowej konspiracji. Przeżyła obóz i w maju 1945 roku wróciła do Polski znów angażując się w konspirację w ramach zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Tym razem już była ona wymierzona w okupujących Polskę sowietów. Ubecja tropiła ją i dowiedziała się gdzie mieszka, ale Rachwał została uprzedzona i przesłała Ubekom list, że wie o zasadzce i że mogą sobie na nią czekać ile chcą. Kocioł się nie udał, ale ostatecznie przez popełnienie jednego błędu wpadła 30.10.1946 r. A niewiele brakło, aby uciekła zagranicę, bo miała już wszystko przygotowane. Pojechała do Warszawy prosić o pomoc Sonię Landau – żonę Leona Andrzejewskiego, z którą razem była w Auchwitz-Birkenau. Ten zauważył ją na ulicy i kazał aresztować.  Przeszła 11 miesięcy tortur na UB i sfingowany proces, w którym w 1947 roku skazana została na karę śmierci. Bierut tym razem „okazał łaskę”. Nie wiadomo dlaczego. Może dlatego, że była kobietą?! Na wolność wyszła w wyniku amnestii w czasie „odwilży” w 1956 roku. Zmarła w 1985 roku. Więcej na jej temat tu

Kolejny, czwarty rozdział dotyczy literatów. Zaczyna się od Janiny Broniewskiej (z domu Kunig), żony Władysława Broniewskiego. Była do śmierci fanatyczną komunistką i bliską przyjaciółką Wandy Wasilewskiej i Julii Brystygierowej. Kierowała Związkiem Literatów Polskich i była postrachem literatów. Pisała książki dla dzieci. W jednej z nich („Siostrzeńcy ciotki Agaty”) przedstawiła wywózki Polaków na Syberię i do Kazachstanu jako sielankę, a Polaków którzy wyszli z ZSRR z Armią Andersa jako wydalonych szpiegów, leni i złodziei. Była jakby to dzisiaj można określić feministką. Miała co prawda córkę (Annę), ale niewiele się nią zajmowała skupiając się na czerwonej działalności. Wyznawała tzw. wolną miłość (dzisiaj się to zdaje się nazywa seks bez zobowiązań). Oprócz męża miała wielu kochanków, a że była urodziwa to często młodszych i to sporo. Raz przespała się z kochankiem swojej własnej córki Bohdanem Czeszką. Gdy ta się o tym dowiedziała popełniła samobójstwo odkręcając gaz i wysadzając się. Gdy jej ojciec się dowiedział o tym był zdruzgotany i oskarżył o wszystko swoją, byłą już wtedy, żonę i odgrażał się, że ukatrupi Czeszkę. Janina zaś wykorzystując swoje znajomości zamknęła go na jakiś czas do psychiatryka. Na pogrzebie córki w ogóle nie płakała, a śpiewała „Międzynarodówkę”. Wyznawała, podobnie jak Julia Brystygier, zasadę, że polski honor trzeba rozstrzelać (choć w odróżnieniu od krwawej Luny rozstrzeliwała go tylko propagandowo).
Dalej jest mowa o Adamie Ważyku (Wagmanie), czołowym piewcy stalinizmu w Polsce, który po wydarzeniach marca 1968 nagle się „nawrócił” i przestał kochać Stalina, z którego wcześniej robił niemal Boga. Był jednym z największych czerwonych propagandystów piszących oczerniające AKowców utwory literackie i pseudosztuki. Jego wierszykiem na cześć Stalina „Rzeka” katowane były w szkołach dzieci i młodzież.
Wspomniani są także inni twórcy m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński (Ważyk go zwalczał), Aleksander Wat czy Roman Kobzdej oraz nieco informacji o dzieciach i kolejnych potomkach Adama Ważyka. Jego córką jest najprawdopodobniej Małgorzata Ważyk, emerytowany pracownik UW, która na Facebooku ma profil ze znaczkiem KODu.

Rozdział piąty, zatytułowany „Kino to najważniejsza ze sztuk” i oczywiście dotyczy kina. Poświęcony jest on przede wszystkim reżyserowi Aleksandrowi Fordowi (Mosze Lifszyc), który przez wiele lat rządził polskim kinem. Jeszcze przed wojną (w 1936 r.) nakręcił w jidysz film „Droga młodych” o żydowskich dzieciach z sanatorium dla chorych na gruźlicę, który stał się komunistycznym manifestem, do którego twórcy wykorzystali nieświadome niczego dzieci. Władze II RP nie zgodziły się na emisję filmu w kinach. Ford poczuł się głęboko tym urażony. Po wojnie wziął odwet pokazując w swoich filmach prostacki i fałszywy obraz Polaków. Lifszyc został osobiście wybrany przez Stalina do zarządzania Polską na docinku filmowym. I robił to. Jednym z pierwszych powojennych filmów była jego „Ulica Graniczna”. Było to obrzydliwie antypolskie „dzieło” pokazujące Polaków jako skrajnych antysemitów, obojętnych na tragedię Żydów czy wręcz popierających działania Niemców. Paszkwil ten trafił w zachodnie gusta, bo zdobył Złoty Medal w Wenecji. Podobne stalinowskie paszkwile mamy też w obecnych czasach np. zdobywca Oskara „Ida” czy „Pokłosie”. A podobno żyjemy w wolnym kraju. Wolne żarty.
Ford oprócz reżyserowania zajmował się też kontrolą scenariuszy i decydowaniem czy dany film może pójść czy nie. Był też kierownikiem artystycznym przy filmie Andrzeja Wajdy „Pokolenie”(a Wajda asystentem Forda przy filmie „Piątka”). Przypuszczalnie Ford miał pilnować czy Wajda pójdzie po linii partyjnej. Jak wiemy nie zawiódł pod tym względem ani wtedy ani później. W czasach III RP poglądy miał też czerwone. Jedyny wyjątek to chyba jego film „Katyń”.
Wracając do Forda jednym z jego słynnych filmów są Krzyżacy. To także jest film propagandowy. Mamy tu sojusz Polski, Litwy i Rusi atakowany przez Krzyżaków (Niemców) wzbogacony o historię czystej i tragicznej miłości. Lifszyc-Ford jednak wszystko przerysował. Według niego nawet konie krzyżackie były przystrojone w białe „kaptury” (jak w Ku Klux Klanie) i „prześcieradła” z krzyżami wymalowanymi na zadach. Krzyżacy też wg Forda ruszają do boju ze słowami „Got mit uns” (Bóg z nami) – tymi samymi co 20 lat wcześniej żołnierze Wehrmachtu  mieli wypisane na klamrach swoich pasów. Ford pokazał odśpiewanie przez polskie wojska „Bogurodzicy” przed bitwą pod Grunwaldem w bardzo okrojonej wersji. Musiał to pokazać, bo to że była to pieśń rycerstwa polskiego było powszechnie wiadome. Zdaniem wielu jest to świetny przykład do szkolenia pt. „jak NIE ROBIĆ filmów”. Mamy też trochę informacji o żonie Forda i jego synu. Sam Ford do 1968 roku trząsł polską kinematografią, a potem gdy „Chamy” przejęły władzę wypadł z łask, wywalili go z PZPR, stracił wpływy i apanaże. W 1969 r. wyjechał do Danii jako „ofiara polskiego antysemityzmu”. Tam okazało się że kiepski z niego reżyser i kariery nie zrobił. Popadł w depresję. Do Polski powrotu nie miał, bo Gierek nie życzył sobie go w kraju. Drugą żoną Forda była Eleonora Grinswold, lewicowa amerykańska aktorka. Ford poznał ją w Londynie w 1955 r. Gdy Ford finansowo cienko prządł zostawiła go, zabrała dzieci i wyjechała na Florydę do USA i zażądała rozwodu. Ford pojechał do niej i spotkali się w 1980 r. Wieczorem Lifszyc wrócił do hotelu i się powiesił. Zostawił taśmę z pożegnalnym nagraniem, w której w niecenzuralnych słowach oskarżył żonę że to przez nią się powiesił. Cóż był gnidą i skończył jak gnida.

Rozdział szósty ma tytuł „W dżungli lister”. W zasadzie można by go zatytułować „W matriksie”. Przedstawia bowiem historię człowieka, którego oficjalny życiorys jest niemal dokładnie przeciwny niż ten rzeczywisty. Chodzi o Jerzego Zawieyskiego (Henryka Feintucha: 1902-1969). Był on, wg Wikipedii, polskim aktorem, dramatopisarzem, prozaikiem, eseistą, katolickim działaczem społecznym. W 1979 r. sam prymas Wyszyński odsłonił po mszy poświęconej 10 rocznicy jego śmierci tablicę pamiątkową wg której był on wielkim przyjacielem Polski i Polaków, a swą twórczością i życiem dał świadectwo prawdzie, miłości Boga i Polski.
A jaka była prawda? Nie będę pisał szczegółowo. W każdym razie był on sodomitą, miał stałego partnera Stanisława Trębaczkiewicza i mnóstwo kochanków. Był homoseksualnym erotomanem. Jako, że był wpływowy w środowisku literatów i aktorów to przychodziło do niego wielu młodych chłopaków, którym poprzez łóżko załatwiał różne rzeczy. Nazywał ich „synusiami”. SB nagrało wiele jego seksualnych orgii, które były ohydne. Fuj. Jednym z jego kochanków był też ksiądz. Zawieyski jeździł często do niego do Otwocka pod pretekstem spowiedzi. Jego kochankami było też wielu kleryków, niekiedy duchownych, kandydaci do szkół aktorskich i młodzi aktorzy. Podczas orgii z nimi wiele razy nabijali się z wiary katolickiej np. śmiejąc się i śpiewając pieśń „Te Deum” (Ciebie Boga wysławiamy). Sodomia na maksa. Skończył w pewnym stopniu podobnie jak sodomici w Sodomie i Gomorze. Doznał wylewu i wylądował w szpitalu. Był częściowo sparaliżowany i nie mógł się sam poruszać. Jego ciało znaleziono rano 18.06.1969 r. pod szpitalem. Ktoś go wyrzucił przez okno i zabił. Prawdopodobnie był to jeden z jego kochanków. Grób Zawieyskiego i jego partnera Trębaczkiewicza znajduje się na cmentarzu leśnym w Laskach pod Warszawą.
Zawieyski był dla SB użyteczny, bo oprócz tego że był niewyżytym sodomitą to był też wielkim gadułą i był zupełnie beztroski. Zdawało się jakby sądził, że SB podsłuchuje wszystkich ale nie jego. Gadał dużo o prymasie Wyszyńskim i innych osobach, o działaczach Klubu Inteligencji Katolickiej itp. Często bowiem bywał w Laskach gdzie się modlił i rozmawiał z prymasem Wyszyńskim. Grał wtedy wzorowego katolika. I takiego kogoś parę lat temu umieszczono w panteonie narodowych bohaterów, przedstawiając jako wzór dla młodego pokolenia. Warszawski Dom Spotkań z Historią organizował po szkołach pogadanki na jego temat. Jest idolem środowiska LGBTQ. TFU!

Kolejny, siódmy rozdział „Jakie to ma znaczenie” dotyczy już czasów nam współczesnych i obecnych lub byłych zarządców (nie)miłościwie nam panującej III RP. Tytuł stąd, że wiele osób (w szczególności o poglądach lewicowych lub z kręgów lewicowych) zadaje powyższe pytanie, gdy ktoś mówi o zmienionych nazwiskach i powiązaniach rodzinnych osób publicznych.
Może dla niektórych osób to nie ma znaczenia, ale dla mnie ma znaczenie i to duże. Zwłaszcza, że jak się ok. 8 lat temu dowiedziałem brat cioteczny mojej babci był stalinowskim sędzią. Pracował nawet w Sądzie Najwyższym! Dowiedziałem się o tym przypadkowo. Moja mama znalazła jego nekrolog w „Gazecie Wyborczej” (wtedy jeszcze czytała czasem tę makulaturę) i choć mieszkał od wielu lat w Warszawie i tu miał rodzinę (dzieci nie miał) to pochowany został w Płocku. O jego śmierci i pogrzebie mnie ani mamy nikt nie zawiadomił. Było to bardzo dla mnie dziwne. Miałem wtedy niespełna 30 lat i dopiero od kilku lat interesowałem się czasami PRL i stalinowskimi oraz Żołnierzami Niezłomnymi, zwanymi przez komuchów Wyklętymi. Jednak nigdy bym wujka Kazika nie posądzał o bycie stalinowskim mordercą sądowym. Na przyjęciach rodzinnych był bardzo miłym, elokwentnym starszym panem i nikt nie podejrzewał niczego (albo wszyscy z wyjątkiem mnie i moich rodziców byli świetnymi aktorami w co trudno mi uwierzyć). Dopiero ten pogrzeb w Płocku dał mi i mamie do myślenia. I wtedy zacząłem szukać po internecie aż dotarłem do materiałów IPN. Wynikało z nich że wujek Kazik w Białymstoku wydał przynajmniej 4 wyroki śmierci z czego dwa wykonano, a w dwóch przypadkach Bierut „okazał łaskę”. Dalej nie chciało mi się już szukać. Na pogrzeb oczywiście nie pojechałem. Nie wiem gdzie jest jego grób i nie chcę wiedzieć. Niech smaży się w piekle. A żył ponad 90 lat i najwyraźniej zupełnie go to co zrobił nie ruszało. Niesamowite. A jeszcze bardziej dołujące jest to, że w tej tfu demokracji III RP nie poniósł żadnej kary. Nazwiska wujka Kazika nie podam, bo nie ma się czym chwalić. Dociekliwi po tych informacjach co podałem pewnie i tak znajdą o kogo chodzi. Potomkom ofiar mojego tfu wujka mogę jedynie powiedzieć, że bardzo mi przykro z powodu tego co się stało. Przepraszać nie będę, bo nie jestem niczemu winny, a mojego tfu wujka raczej sumienie niestety nie gryzło. Mój dziadek był w Szarych Szeregach, a jego kuzyn brał udział w zamachu na Kutscherę. Taki to przewrotny może być jak widać los.
Wracając do tematu na początku rozdziału mamy przedstawionych rodziców byłej prezydentowej Anny Komorowskiej, tj. Jana Dziadzię i Hanę Rojer. Pracowali w MBP, a Jan angażował się w walkę z „reakcyjnym podziemiem”. W latach 50-ych XX w. zmienili nazwisko na Dembowski(a).
Potem mamy informacje o Janie Lityńskim – m.in. o tym jak to w 1952 roku jako 6-latek stał obok Bieruta na trybunie honorowej i podobnie jak Bierut podnosił rękę pozdrawiając tłum.
Dalej autorka pisze o Bronisławie Geremku (Benjamin Lewertow) i o dziwnym wypadku, w którym zginął. Jego mercedes, którym kierował zjechał 13.07.2008 r. z drogi na drodze krajowej nr 2 i zderzył się czołowo z Fiatem Ducato. Geremek zginął na miejscu, a jego pasażerka złamała tylko rękę i wyszła z wraku auta o własnych siłach. Kierowca Ducato i jego pasażer odnieśli ciężkie obrażenia. Pasażerka Geremka zupełnie jakby zapadła się pod ziemię. Nikomu nie udało się do niej dotrzeć. Policyjnego raportu z wypadku brak. Autorka przedstawia też życiorys Geremka do 1989 r. i potem, oczywiście skrótowo. To jakim był szkodnikiem w MSZ wiadomo. Mniej pewnie znana jest jego czerwona przeszłość, bo tym łże media się nie chwalą.
Następnie autorka pisze o Karolu Modzelewskim (Kiryle (Cyrylu) Budniewiczu). Działacz opozycji, twórca nazwy NSZZ „Solidarność”, więzień PRL, kawaler Orderu Orła Białego. Zasłużony autorytet, a też miał czerwone korzenie. Urodził się w 1937 r. w Moskwie w rodzinie żydowskich komunistów, ale jego ojciec był mienszewikiem i został aresztowany krótko po narodzinach Kiryła i skazany na 8 lat łagru. Jego matka 2 lata po aresztowaniu jego ojca związała się z komunistą Zygmuntem Modzelewskim, od którego przejął nazwisko. Zygmunt był dziwnym komunistą, bo w 1920 r. walczył po stronie polskiej, a potem w 1923 r. wyjechał do Francji i tam do 1937 r. działając w partii komunistycznej doszedł aż do funkcji członka jej Komitetu Centralnego. W 1937 r. wrócił do Moskwy i omal nie zginął na fali czystek stalinowskich. W 1939 r. zaczął działać w Polsce. W latach 1947-51 był szefem MSW, a potem rektorem Instytutu Nauk Społecznych przy KC PZPR, której był członkiem.
Następnie autorka pisze jeszcze sporo o ojcu gwiazdy TVN Andrzeja Morozowskiego, tj. Mieczysławie Morozowskim (Mozes Mordka). Nie wdając się w szczegóły pracował wiele lat w UB, ale był mało inteligentny i wielkiej kariery nie zrobił. Był archiwistą więc nad nikim się nie znęcał. Z jego oceny jako funkcjonariusza UB wynika jednak, że ideowo był bez zarzutu „całkowicie jest oddany demokracji ludowej”.

Ostatni, ósmy rozdział ma tytuł „Niedokończony rozdział”. I rozdział ten z pewnością jest niedokończony. Porusza on sprawę tzw. matrioszek albo inaczej mówiąc agentów wtórnikowych. Byli oni w ZSRR wykorzystywani jako agenci specjalni. Działali w Polsce i innych krajach „demoludów”. Byli to najlepiej wyszkoleni tajni agenci NKWD i GRU, podstawiani w miejsce autentycznych osób i latami je udający. Byli fizycznie bardzo podobni do oryginałów i znali mnóstwo szczegółów z ich życia rodzinnego. Oryginał NKWD łapało, szczegółowo przesłuchiwało po czym albo mordowało albo wysyłało do łagru. Tak czy owak człowiek oryginał zniknał, a w jego miejsce podstawiany był wyszkolony sobowtór. Wyborem matrioszek kierował gen. NKWD Gieorgij Siergiejewicz Żukow. Takimi matrioszkami były na pewno osoby w Armii Berlina, Armii Andersa, Ludowym Wojsku Polskim, ale niemal na pewno nie tylko. Jest duże prawdopodobieństwo że matrioszkami byli Bolesław Bierut i gen. Wojciech Jaruzelski, a możliwe że także gen. Czesław Kiszczak. Autorka opisuje przypadki Bieruta i Jaruzelskiego. Jeśli chodzi o Bieruta to niemal na pewno był matrioszką. Wskazują na to wydarzenia z lutego 1947 r. z Hotelu Francuskiego w Warszawie gdzie NKWDzista w mundurze wszedł sobie spokojnie do budynku i dalej do pomieszczenia, w którym był Bierut i wielu bezpieczniaków. Wyjął pistolet i zastrzelił Bieruta. Chwilę potem zginął. Pół godziny później gdy trwało jeszcze wielkie zamieszanie pojawił się jak spod ziemi Bolesław Bierut jak najbardziej żywy i jakby zmartwychwstały. Ochrona i świadkowie dostali nakaz milczenia. Jak wszystko wskazuje zastrzelony został prawdziwy Bierut. Ten fałszywy wrócił z Moskwy „w kuferku”  w 1956 r.
Jeśli chodzi o gen. Jaruzelskiego to także wiele faktów wskazuje na to, że był wymieniony na matrioszkę. Np. w 1946 r. gdy matka i siostra Wojciecha wróciły z zesłania na Syberię miały poważne wątpliwości co do tego czy ów człowiek stojący przed nimi to ich syn i brat. Ich relacje stopniowo pogarszały się coraz bardziej aż do tego stopnia, że matka Wojciecha nie życzyła sobie, aby uczestniczył w jej pogrzebie. Zdjęcia z dzieciństwa wskazują, że Wojciech miał odstające uszy, a ten powojenny już nie. Rzekomo na Syberii Wojciech nabawił się śnieżnej ślepoty i przez to musiał nosić słynne ciemne okulary, ukrywające jego oczy. Jednak jako młody żołnierz obywał się bez nich. Czyżby zatem sowieci znaleźli sobowtóra o innym kolorze oczu i dlatego Jaruzelski nosił ciemne okulary, aby to się nie wydało?! Poza tym przedwojenny Jaruzelski znał łacinę, a powojenny nie. I ten przed wojną delikatnie mówiąc nie przepadał za czerwonymi, a ten powojenny wręcz przeciwnie i zrobił ogromną karierę w czerwonym wojsku.
Autorka pisze, że gen. Żukow po pijanemu kiedyś powiedział o matrioszkach w Armiach Andersa i Berlinga swojemu koledze gen. Karolowi Świerczewskiemu, a ten w 1946 r. przekazał to późniejszemu premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi (obaj byli wtedy wiceministrami obrony narodowej). Świerczewski zginął niedługo później w dziwnych okolicznościach podczas potyczki z UPA, a Jaroszewicz wraz z żoną został zamordowany w 1992 r. Po śmierci Świerczewskiego zaczął on węszyć i prawdopodobnie coś wywęszył. Twierdził już w III RP nieostrożnie, że ma jakieś dokumenty które zmiotą wiele karier. I to go zgubiło, a przy okazji jego żonę.

Resumując, książka bardzo ciekawa, zawiera mnóstwo informacji. Mnie jednak nieco rozczarowała. Liczyłem, że autorka bardzie się skupi na czasach nam współczesnych i takich osobach jak np. Janusz Lewandowski, Tadeusz Mazowiecki, Jan Krzysztof Bielecki, Leszek Balcerowicz, Hanna Gronkiewicz Waltz i wiele innych osób ze świecznika III RP. Według informacji krążących od dawna po internecie, powołujących się na dokumenty MSW wymieniane są żydowskie imiona i nazwiska tych osób odpowiednio: Aron Langman, Icek Dickman, Izaak Blumenfeld, Aaron Bucholtz, Haka Grundbaum. Więcej na ten temat tu: http://yelita.pl/artykuly/art/lista-prawdziwych-zydowskich. Dobrze byłoby aby ktoś zweryfikował i potwierdził te informacje. No cóż widocznie autorka uznała, że jeśli to zrobi to może popełnić samobójstwo. Najwyraźniej jeszcze nie czas na to, ale wierzę, że ten czas nadejdzie. Tak czy inaczej książka bardzo dobra i warta przeczytania.

Powrót do Jedwabnego

Dziś streszczenie i recenzja książki pt. „Powrót do Jedwabnego” autorstwa Wojciecha Sumlińskiego, Tomasza Budzyńskiego i Ewy Kurek.

Najpierw bardzo krótko o autorach – przy okazji recenzji innych książek już ich sylwetki bowiem przedstawiałem.

Wojciech Sumliński – dziennikarz śledczy, absolwent Wydziału Psychologii UKSW. Mocno wierzący katolik. Autor wielu książek o patologiach III RP przez co wielokrotnie był ciągany po sądach. Ma swoje wydawnictwo – Wojciech Sumliński Reporter (WSR).
Tomasz Budzyński – major, były szef delegatury ABW w Lublinie. Od 2015 r. współpracuje z Wojciechem Sumlińskim przy pisaniu książek o tzw. elitach III RP.
Ewa Kurek – doktor historii po lubelskim KUL, specjalistka od Żydów i stosunków polsko-żydowskich. Autorka wielu książek. „Historyk wyklęta”, bowiem przedstawia prawdę niewygodną dla tzw. narodu wybranego, „antysemitka”.

Na początku mamy 2-stronnicowe noty biograficzne o każdym z trójki autorów, a potem słowo wstępne od Wojciecha Sumlińskiego. Pisze on, że wreszcie zakończył się ostatni z procesów jaki mu wytoczono i że został uniewinniony. Miał 20 procesów cywilnych i 4 procesy karne.

Pierwszy i najdłuższy rozdział książki ma tytuł „Antysemita”.  Zaczyna się on od opisu zatrzymania Wojciecha Sumlińskiego na lotnisku w podlondyńskim Luton w 2018 r. przez służby graniczne. Sumliński jechał wtedy do Southampton na zaproszenie tamtejszych księży i miał się spotkać z Polonią. Zatrzymano go i przesłuchiwano, gdyż jak się dowiedział z informacji posiadanych przez straż graniczną należał on rzekomo do ultraprawicowej neonazistowskiej organizacji. Było to jedno wielkie nieporozumienie, a sam opis tego jak Sumlińskiego potraktowano i jak go przesłuchiwano pokazuje jak mają w UK wyprane mózgi i jaka to u nich jest demokracja. Sumliński spędził kilka godzin w areszcie nim go wypuszczono i pozwolono na wjazd do Wielkiej Brytanii. Polskie (tak pisze autor, a dla mnie jedynie polskojęzyczne) władze zupełnie się nie przejęły potraktowaniem dziennikarza przez Brytyjczyków. Nie podjęły żadnej interwencji dyplomatycznej. To pokazuje że słowa byłego ministra Sienkiewicza o Polsce (z taśm PO), że nasz kraj to państwo teoretyczne i ch… d… i kamieni kupa są w pełni prawdziwe.
Następnie jest mowa o wstrzymaniu w 2001 r.  ekshumacji w Jedwabnem. Przedstawiona jest opowieść w tej sprawie jednego z prokuratorów IPN i o tym co się stało potem, czyli jak tzw. autorytety moralne i ówczesny prezydent niedoszły magister i alkoholik Kwaśniewski, a nawet biskupi przepraszali za rzekomą polską zbrodnię popełnioną na Żydach w Jedwabnem. Tu według mnie nie ma nic ciekawego, bo to żadna nowość.
Potem mamy informację o tym, że W. Sumliński odkrył przy okazji innych dziennikarskich badań, że pewne środowiska żydowskie specjalizują się w monopolizowaniu cierpień Żydów, deprecjonowaniu cierpień innych narodów i kreowanie swojego rzekomego bohaterstwa i heroizmu. Też nic nowego.
Następnie jest mowa o tym jak świat postrzega Polskę i Polaków i jak w świecie tzw. zachodnim zrobiono z nas nazistów, antysemitów i morderców Żydów. I uczą o tym np. w Kanadzie na I roku studiów na kierunku historia! Z pewnością wiedzieliśmy, że kłamstwa na nasz temat są bardzo rozpowszechnione na zachodzie, ale pewnie nie wszyscy po tej lekturze się spodziewali że aż do tego stopnia.
Dalej mamy przedstawione to w jaki sposób Wojciech Sumliński dochodził do tego o co chodzi z tymi światowymi kłamstwami i oczernianiem Polski przez Żydów. Dotarł do książki Normana Finkelsteina pt. „Przedsiębiorstwo Holokaust”, w której autor opisuje jak to syjonistyczne organizacje zrobiły sobie z Holokaustu „świnkę skarbonkę” i wymusiły za Holokaust odszkodowania (rzekomo dla ofiar i ich rodzin, a faktycznie większość pieniędzy wzięły te syjonistyczne organizacje) najpierw od państwa niemieckiego, potem od przedsiębiorstw niemieckich i od Szwajcarów. I wciąż było im mało, więc za kolejny cel do ograbienia obrały sobie teraz Polskę i ogólnie kraje Europy wschodniej. Tak jak wcześniej zrobili kampanię w mediach i kongresie zniesławiającą Szwajcarię i poprzez naciski USA wymuszającą zapłatę odszkodowań za tzw. „uśpione konta” tak potem zaczęli robić to samo z naszym krajem. I temu służyła m.in. oszczercza i kłamliwa książka Grossa pt. „Sąsiedzi”.
Dalej mamy opis ciekawego spotkania Wojciecha Sumlińskiego z młodszą koleżanką Ewy Kurek, Żydówką Judytą Cohner-Lewinowską. Napisała ona bardzo niepoprawną politycznie pracę doktorską na temat zagłady Żydów podczas II wojny światowej z punktu widzenia żydowskich praw Kidusz HaSzem i Kidusz HaChaim. Nie będę tu wyjaśniał o co chodzi. Opisywałem to przy przedstawianiu książki dr Ewy Kurek o stosunkach polsko-żydowskich w latach 1939-1945. Jak się okazuje są także uczciwi Żydzi. Ta młoda kobieta chciała prosić W. Sumlińskiego o wydanie jej rozprawy w jego wydawnictwie bowiem na Uniwersytecie Warszawskim jej nie pozwolono ani obronić ani wydać jej pracy. Jeden z recenzentów jej rozprawy prof. Paweł Śpiewak bardzo się na nią wkurzył za to że ośmieliła się poruszać taki temat i nazwał ją nawet antysemitką! Wojciech Sumliński zgodził się wydać jej pracę.
Następnie mamy informacje o tym jak W. Sumliński kopał w różnych archiwach, artykułach i szukał informacji o tym jak naprawdę wyglądała sytuacja Żydów i Polaków w czasie niemieckiej okupacji Polski w latach 1939-1945. Mamy tu przedstawione w skrócie zapisy z pamiętników Emanuela Ringelbluma i Adama Czerniakowa. Dowiadujemy się z nich m.in., że do przełomu 1941/1942 Żydzi żyli sobie całkiem spokojnie w gettach, a burmistrzowie gett (jak Adam Czerniakow w Warszawie czy Chaim Rumkowski w Łodzi) współpracowali z Niemcami, pilnowali porządku w gettach i wykonywali rozkazy Niemców i żyli sobie bardzo wygodnie mając nawet do dyspozycji samochód służbowy.
Dowiadujemy się też o tym, że przez pierwsze ok. 2 lata okupacji Polacy chcąc uniknąć wywózki na roboty do Niemiec zakładali na ramię opaski z gwiazdą Dawida udając Żydów. Jeśli ktoś nie zna historii to informacje które tu przeczyta go z pewnością zszokują. Dla mnie po lekturze ww. książki dr Ewy Kurek nie jest to jednak nic nowego. Pisałem już o pamiętnikach Ringelbluma i Czerniakowa przy okazji przedstawiania książki dr Kurek, więc nie będę tu się nad nimi rozwodził.

Drugi rozdział, zatytułowany „Niebezpieczne kłamstwa Grossa” dotyczy, jak sama nazwa rozdziału wskazuje, książki socjologa Jana Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”, w której to oskarża on mieszkańców Jedwabnego i tym samym także naród polski o to, że w 1941 r. bestialsko zamordowali Żydów i  ograbili ich z kosztowności. Kłamstwa te są tak bezczelne, że ten pseudohistoryk nawet napisał w tej swojej makulaturze, że Niemcy próbowali z polskimi władzami miasteczka dyskutować, aby po jednej rodzinie żydowskiej z każdego zawodu zostawić przy życiu ze względów praktycznych, a Polacy odpowiedzieli, że nie że mają swoich i trzeba wszystkich Żydów zamordować. Każdy kto zna dobrze historię wie, że to są wszystko bzdury, bowiem nigdy Niemcy na podbitych terenach nie dyskutowali z „podludźmi” tylko narzucali im swoje porządki. Choćby tylko z tego jednego powodu książka Grossa jest całkowicie niewiarygodna. W rozdziale tym mamy doskonale zdemaskowane wszystkie istotne kłamstwa, manipulacje i pominięcia Grossa począwszy od co najmniej 4-krotnie zawyżonej liczby ofiar, przez podważenie wiarygodności świadków na których oparł się Gross, a których w momencie dokonania przez Niemców mordu w Jedwabnem nie było. Co więcej ci rzekomi świadkowie Grossa są niewiarygodni także z innego powodu. Pod koniec lat 40-ych w Polsce miała miejsce tzw. sprawa Samuela Fabera – szefa UB w Łomży, który stworzył szajkę wyłudzającą majątki po Żydach, którzy zginęli w czasie Holokaustu. Faber wynajął tych rzekomych świadków Grossa, a ci zeznawali w sądzie że byli w 1941 r. w Jedwabnem i są rzekomo krewnymi zamordowanych i widzieli co się wtedy działo. O dokonanie zbrodni oskarżyli wtedy Niemców, a nie Polaków. O tym Gross w książce nie napisał. Nie mógł tego wiedzieć, bo te materiały odkryto dopiero po publikacji jego książki.
Nie będę się skupiał na dokładnym opisie tych wszystkich kłamstw, manipulacji i przemilczeń Grossa oraz ich demaskacji. Odsyłam do lektury. Jeśli ktoś słuchał kilka lat temu, jak ja, kilkuczęściowego wykładu o zbrodni w Jedwabnem Leszka Żebrowskiego (na you tube) to wiele nowego i odkrywczego się z tego rozdziału nie dowie.

Rozdział trzeci pt. „Sąsiedzi” to zapis rozmów jakie przeprowadził mjr Tomasz Budzyński z dr Ewą Kurek podczas pracy nad książką o mordzie w Jedwabnem. Jest tu sporo informacji historycznych i nie tylko. Dowiadujemy się np., że ekshumacje szczątków Żydów zamordowanych w czasie wojny przeprowadzono w kilkudziesięciu miejscach w Polsce. Ewa Kurek dowodzi, że ekshumacje szczątków zamordowanych Żydów są jak najbardziej zgodne z żydowskim prawem halachicznym (wręcz w takich sytuacjach są konieczne) czyli dokładnie odwrotnie niż twierdził rabin Michael Schudrich, który kazał wstrzymać prace ekshumacyjne dlatego, że nie można zakłócać spokoju zmarłym. Poza tym, a może raczej przede wszystkim, wstrzymanie ekshumacji było złamaniem polskiego prawa – art. 209 Kodeksu Postępowania Karnego, który mówi, że „Jeśli zachodzi podejrzenie przestępczego spowodowania śmierci przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok.” W Jedwabnem nie ma wątpliwości, że doszło do mordu, a więc należy zrobić ekshumację i obejrzeć szczątki ludzkie.
Mamy też informacje o tym jak to Ewa Kurek zbierała podpisy pod petycją o dokończenie ekshumacji w Jedwabnem i jak to niejaki Johny Daniels stwierdził, że ekshumacji i tak nie będzie nawet gdyby 40 mln Polaków się pod tym podpisało.
Dr Kurek mówi, że nasz (polskojęzyczny) rząd boi się Żydów jak ognia i klęczy przed nimi i że przez to Żydzi nami gardzą i robią z nami co chcą. Według niej z Żydami trzeba ostro, bo tylko wtedy będą nas szanować, bo taka jest ich natura, że ustępliwość, szlachetność, życzliwość traktują jako oznakę słabości.
Dowiadujemy się tu też o prof. Samuelu Olinerze – polskim Żydzie, który gdy miał 10 lat został uratowany przed śmiercią przez polskich chłopów. Wyemigrował on po wojnie do USA, tam skończył studia i zrobił karierę naukową. Wszędzie gdzie tylko mógł głosił prawdę o tym Polacy mimo strasznych represji ratowali Żydów i że on jest tego przykładem. Polska rodzina narażając swoje życie przez kilka lat opiekowała się nim.
Dalej mamy informacje o tym, że Żydzi i Polacy od zawsze odmiennie podchodzili do państwa polskiego. Dla Polaków to była ojczyzna i gdy była zagrożona walczyli o jej byt. Dla Żydów Polska była tylko Polin – obszarem na którym spoczęli oczekując na powrót na ziemie Izraela zgodnie z ich religią. Nie identyfikowali się z Polską i gdy nastał okres zaborów, a potem II wojny światowej Żydzi szybko podporządkowali się nowym władzom okupacyjnym. Dla nich zmienił się tylko zarządca ziem i nic poza tym. Dla nas to jak Żydzi postępowali to była zdrada. Skoro jednak Żydzi nigdy nie identyfikowali się z Polską i polskością to nie można ich jednak nazwać zdrajcami. Więcej na ten temat jest w książce Ewy Kurek o stosunkach polsko-żydowskich w czasie wojny i wcześniej, o której już wspominałem. Na tym więc zakończę ten wątek.
Mamy tu też trochę o tym jak to Niemcy planowali rozwiązać tzw.  kwestię żydowską i jak metodycznie to realizowali. Getta w których Żydzi sami chcieli być (i nawet sfinansowali budowę muru getta warszawskiego!) myśląc, że dobrzy Niemcy dają im autonomię, której ci straszni Polacy w II RP im dać nie chcieli okazały się dla nich zgubą. Żydzi myśleli, że wojna to problem Polaków i Niemców, a ich nie dotyczy. Jak bardzo się pomylili dowiedzieli się dopiero w 1942 roku, gdy getta zaczęły być likwidowane, a ich mieszkańcy wywożeni do obozów zagłady. Zapewne mało kto zna tę prawdę o gettach. Pora aby ją poznało szersze grono Polek i Polaków co będzie możliwe m. in. dzięki tej książce.

Rozdział czwarty pt. „Cena prawdy” to rozmowa Tomasza Budzyńskiego z prof. Małgorzatą Grupą, a może raczej opowieść tej drugiej. Małgorzata Grupa kierowała w 2001 r. pracami ekshumacyjnymi w Jedwabnem. Rozmowa przedstawia kulisy tych prac. Jak mówi prof. Grupa były to szczególne prace ekshumacyjne – jedyne takie w jej karierze i owa szczególność objawiła się tutaj niestety mocno negatywnie. Gdy jej zespół był już bliski odkrycia prawdy nakazano im zakończyć pracę i wszystko zasypać. Prace archeologiczne były cały czas nadzorowane przez Żydów w osobie rabina Ecksteina (oficjalnie) i rabina Schudricha (nieoficjalnie). Teren prac był odgrodzony od otoczenia tak, że nie było nic widać, był obstawiony przez policję. Na teren wykopalisk mogli wejść tylko archeolodzy z przepustkami. Już samo to było niezwykłe dla kierującej pracami kobiety. Rabin Schudrich utrudniał także prace próbując np. nakazywać archeologom gdzie mają kopać itp.
Na początku dość szybko zespół archeologów odnalazł obrys dawnej stodoły, w której spaleni zostali Żydzi. Następnie rozpoczęto poszukiwania zbiorowej mogiły. Poszukiwania te, zgodnie z tym co mówili „świadkowie” z książki Grossa i zgodnie z instrukcjami rabina Schudricha, prowadzono na terenie pobliskiego kirkutu. Jednak zbiorowej mogiły tam nie znaleziono. Wtedy archeolodzy postanowili poszukać mogiły na terenie dawnej stodoły. I tam dość szybko ją znaleźli. Wtedy żydowscy rabini (w szczególności Schudrich) podnieśli wrzask, zaczęli się wściekać i dzwonić do kogoś w Waszyngtonie i Izraelu. W tym czasie prace jeszcze trwały. Znaleziono koło szczątków wiele łusek z karabinów Mauser oraz ok. 0,5 kg biżuterii. A wszystko to bez podnoszenia zwłok odkrywając tylko wierzchnią warstwę ziemi. Tym samym obalono już na wstępie 2 główne kłamstwa z książki Grossa – że zamordowanych Żydów pogrzebano na kirkucie oraz, że Polacy po zamordowaniu Żydów ograbili ich z kosztowności. Trzecie kłamstwo, i najważniejsze, również wisiało na włosku – znalezione łuski wskazywały na sprawstwo Niemców, bo Polacy na pewno nie mieli broni palnej. To jednak jeszcze na upartego możnaby może jakoś wytłumaczyć, że owe łuski mogły pochodzić z innego okresu (choć to raczej karkołomne tłumaczenie, bo niby jak miałyby się tam znaleźć). Rozmiary stodoły ok. 16 m x 9 m obalały kolejne kłamstwo Grossa o rzekomych 1600 ofiarach spalonych w stodole. Oznaczałoby to, że na 1 m2 podłogi stodoły musiałoby się zmieścić ok. 11 osób, co jest w oczywisty sposób niemożliwe.
Jednak zupełnie już pogrążyła wersję Grossa znaleziona jedna łuska, inna niż pozostałe. 30 maja 2001 r. archeolodzy znaleźli łuskę typu Mauser kaliber 7,92 mm. Jak ustalono pocisk, którego pozostałością była łuska, pochodził z karabinu maszynowego MG 42. Karabin ten wszedł do seryjnej produkcji na przełomie 1941/1942, a zbrodnia w Jedwabnem miała miejsce 10.07.1941. Prototyp tego karabinu skonstruowano w lecie 1939 r. i wyprodukowano ok. 1700 sztuk, które dano Wehrmachtowi do testów. I z takiej testowej broni wystrzelono ten pocisk, po którym pozostałą łuskę znaleźli archeolodzy. Jest to niepodważalny dowód na sprawstwo Niemców. Polacy nie mogli posiadać broni (w razie jej znalezienia przez Niemców oznaczało to śmierć dla jej posiadacza),  a nawet jeśli któryś z Polaków w Jedwabnem był na tyle szalony, że ją posiadał to na pewno nie mógł mieć karabinu maszynowego, nieprodukowanego seryjnie, a danego dopiero do testów wyłącznie Wehrmachtowi.
W związku z tymi mocno niewygodnymi odkryciami na polecenie Żydów prace wstrzymano. Niedługo później pod wpływem nagonki ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński zarządził zakończenie ekshumacji. Znacznej części prawdy nie udało się ustalić. Jednak to co ustalono jest już wystarczające, aby stwierdzić, że na pewno nie było tak jak opisał to J. T. Gross w książce „Sąsiedzi”.

Ostatni rozdział ma tytuł „To tylko norma”. Jest to rozmowa jaką przeprowadził Tomasz Budzyński z prezesem Instytutu Ordo Iuris, mecenasem Jerzym Kwaśniewskim. Rozmowa dotyczyła sytuacji prawnej w jakiej znajduje się Polska w związku z roszczeniami żydowskimi. Oczywiście jak się można domyśleć poruszono przede wszystkim sprawę amerykańskiej ustawy 447 JUST. I rzecz jasna wbrew temu co twierdzi rząd ta ustawa przyjęta przez kongres USA i podpisana przez prezydenta USA jest dla nas bardzo niebezpieczna.
Mecenas Kwaśniewski wyjaśnia co to takiego jest norma prawna (stąd tytuł rozdziału) i jak się ona tworzy. Okazuje się, że nie zawsze musi być jakiś traktat, umowa czy konwencja podpisana przez strony, aby można było się na to powołać i domagać jakichś czynności czy odszkodowania. Wystarczy bowiem w pewnych przypadkach sama deklaracja złożona przez przedstawicieli państw, przyjęta jednogłośnie. I nie musi być nawet nic podpisywane. Wystarczy brak sprzeciwu.
I taką sytuację mamy niestety w przypadku roszczeń Żydów do mienia bezspadkowego. 30.06.2009 r. w czeskim Terezinie odbyła się konferencja międzynarodowa Holocaust Era Assets Conference. Byli na niej obecni przedstawiciele wielu państw Europy środkowej i wschodniej, w tym Władysław Bartoszewski reprezentujący Polskę. Przyjęto na niej jednogłośnie deklarację, że przedstawiciele państw obecnych na konferencji uznają, że istnieje konieczność ułatwienia odzyskania mienia pożydowskiego spadkobiercom w tym także osobom pochodzenia żydowskiego niespokrewnionym z właścicielami przepadłych majątków.
Oznacza to, że przyjęto wtedy deklarację, że państwa uczestniczące w konferencji zapewnią możliwość dochodzenia roszczeń Żydom do mienia bezspadkowego. Nikt z uczestników się nie sprzeciwił. To wystarczy, aby uznać, że powstała norma prawna pozwalająca na żądanie od Polski i innych krajów Europy wschodniej zwrotu żydowskiego mienia bezspadkowego Żydom niespokrewnionym z właścicielami którzy zginęli w Holokauście – w tym także jak się można domyśleć organizacji żydowskich takich jak WJRO – Światowej Organizacji ds. Restytucji Mienia Żydowskiego.
Następnie powstała w USA ustawa 447 JUST, która zobowiązuje rząd USA do tego, aby naciskał na zwrot mienia bezspadkowego niespokrewnionym ze zmarłymi właścicielami Żydom. Powołano się w niej właśnie na deklarację przyjętą w Terezinie w 2009 r.
Sama ustawa 447 nie daje nic, bowiem w Polsce nie ma ustawy pozwalającej na zwrot mienia bezspadkowego niespokrewnionym Żydom. Jednak ustawa 447 służy temu, aby takie ustawodawstwo na naszym kraju wymusić. Poza tym jak twierdzi Jerzy Kwaśniewski w ciągu najbliższych kilku lat nawet jeśli u nas nie powstanie żadna ustawa umożliwiająca zwrot mienia bezspadkowego nie oznacza to, że jesteśmy bezpieczni. Żydzi na pewno zaczną składać pozwy do sądów w USA, a te powołując się na deklarację z Terezina będą orzekać, że należy się Żydom zwrot wnioskowanego mienia. Biorąc pod uwagę sytuację geopolityczną i siłę USA oraz słabość naszego kraju próby sprzeciwiania się i uznawania wyroków amerykańskich sądów za bezprawne poniosą fiasko. Zrobi się taki rejwach na świecie, taka fala oskarżeń o antysemityzm, nazizm i nie wiadomo co jeszcze i do tego zapewne szantaż ze strony USA (np. sankcjami gospodarczymi), że nie pozostanie nic innego jak zapłacić. I tak stopniowo nastąpi lawina pozwów i wyroków z USA. Co to oznacza chyba nie trzeba tłumaczyć.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia – umowy między PRL i USA z 1960 r. w sprawie znacjonalizowanego po wojnie mienia należącego do polskich Żydów będących obywatelami USA. Umowa ta przewidywała, że rząd PRL wypłaci rządowi USA pieniądze, a ten przejmie na siebie wszystkie roszczenia od Żydów. Ta umowa nas nie zabezpiecza przed roszczeniami do mienia bezspadkowego. Są tu kruczki prawne odnośnie terminologii. Umowa z 1960 r. dotyczyła roszczeń do mienia znacjonalizowanego. Sprawa mienia bezspadkowego dotyczy roszczeń nazywanych w ustawie 447 zadośćuczynieniem (JUST – Justice for Uncompensated Survivors Today – czyli chodzi o rekompensatę albo inaczej mówiąc zadośćuczynienie). Nie ma tu ani słowa o nacjonalizacji, więc umowa z 1960 r. nie obejmuje roszczeń o których mówi ustawa 447.
Sytuacja wygląda więc bardzo źle. Jedyne co jeszcze daje nam szanse na obronę wg mecenasa Kwaśniewskiego to wysłanie noty sprzeciwiającej się deklaracji terezińskiej do rządu USA czym byśmy podważyli tę deklarację i tym samym normę na jakiej opiera się ustawa 447. Bez zakwestionowania deklaracji terezińskiej nie mamy szans na obronę.
20.01.2020 do sejmu trafił obywatelski projekt ustawy pt. STOP447. Zakazuje on przedstawicielom rządu i urzędnikom jakichkolwiek negocjacji w sprawie zwrotu mienia bezspadkowego czy wypłaty odszkodowania pod groźbą kar więzienia od 3 do 25 lat. Do tego w preambule projektu jest napisane, że nasz kraj uznaje deklarację terezińską za prawnie niewiążącą. Jeżeli zostałby on przyjęty przez parlament i podpisany przez prezydenta wówczas mielibyśmy szanse zablokować roszczenia do mienia bezspadkowego. Ustawa STOP447 podważałaby bowiem deklarację terezińską na której opiera się ustawa 447 JUST. Jeśli STOP447 zostanie odrzucone to prawna sytuacja Polski co do roszczeń do mienia bezspadkowego stanie się katastrofalna.

Tak to niestety wygląda. Dlatego gdy projekt STOP447 będzie procedowany w sejmie powinniśmy masowo się zebrać pod sejmem. Tylko silna presja na polskojęzycznych politykierów może sprawić, że tego projektu nie odrzucą. Inaczej pozostaje nam chyba jedynie negocjować termin i harmonogram spłat roszczeń i przyszłość kolejnych pokoleń będzie opłakana.

Podsumowując książka bardzo dobra, interesująca, zawierająca mnóstwo informacji dla kogoś kto mało się interesuje sprawą Jedwabnego i oczerniania naszego narodu przez syjonistyczne światowe media i organizacje. Ktoś taki zrozumie o co w tym wszystkim chodzi, po co te kłamstwa i oszczerstwa i dlaczego wstrzymano ekshumację w Jedwabnem. Pozna też trochę prawdziwej historii o stosunkach polsko-żydowskich, o żydowskiej mentalności i o tzw. martyrologii Żydów od początku wojny.
Dla kogoś zorientowanego w ww. sprawach, takiego jak ja, książka nie będzie wiele nowego wnosić. To co w niej bowiem jest zawarte albo zostało już opisane w innych książkach (jak ww. książka dr Kurek) albo też było wielokrotnie wałkowane w różnych gazetach, pismach czy wykładach dostępnych w internecie (jak przywoływany wykład Leszka Żebrowskiego – Jedwabne – pytania i wątpliwości na you tube). Można ją za to potraktować jako zebranie ważnej wiedzy w jednym miejscu. Ważny jest także ostatni rozdział, który uzmysławia nam w jak poważnym i złym położeniu się w tej chwili znajduje nasz kraj.

Biologia Przekonań

Dzisiaj przedstawię niedawno przeczytaną książkę autorstwa Bruce’a Liptona pt. „Biologia Przekonań” – wydanie drugie z 2015 r. (pierwsze powstało w 2005 r., ale nie ukazało się w Polsce). Podtytuł książki brzmi „Uwolnić moc świadomości, materii i cudów”. Wymyślił go Gregg Braden.


Książka ta zawiera przełomowe, wręcz można powiedzieć rewolucyjne informacje, które w skrócie poniżej przedstawiam. Autor dowodzi w niej, że to nie geny determinują to jacy jesteśmy, ale środowisko. To sygnały odbierane przez nasze komórki ze środowiska włączają lub wyłączają różne geny (przez środowisko nie należy rozumieć tylko natury, ale także mieszkanie czy dom i to co mówią i robią rodzice w naszym dzieciństwie). Odkrycie autora spowodowało powstanie nowej dziedziny nauki – epigenetyki, która zajmuje się właśnie oddziaływaniem środowiska na życie nasze i innych organizmów. Bardzo dużą rolę w naszym życiu odgrywa także nasze myślenie i nasze przekonania. Oprócz tego bardzo istotne jest to, że z badań wynika, że biologia i ogólnie rzecz biorąc życie jest powiązane z fizyką kwantową. Dzięki temu Bruce Lipton powiązał naukę z duchowością.

Najpierw kilka słów o autorze. Bruce Lipton jest biologiem komórkowym. Doktorat uzyskał na Uniwersytecie Wirginii w Charlotesville w USA. W swoich badaniach skupiał się na mechanizmach molekularnych regulujących zachowanie komórki. Badał proces klonowania komórek macierzystych. Wniósł on znaczący wkład w zbliżenie nauki i duchowości. Jest autorem pionierskiej koncepcji tzw. Nowej Biologii, którą wykładał studentom biologii i medycyny. Udostępnił też swoje kursy medycyny szerszej publiczności poprzez prowadzenie popularyzatorskich odczytów.

W Przedmowie i wstępie autor pisze jak został biologiem komórkowym i jak dokonała się jego przemiana. Najpierw był jednym z wielu naukowców biologów. Nie wierzył w istnienie Boga i świata duchowego i wyznawał dogmaty naukowe jakie mu wpojono na studiach medycznych. Pewnego dnia stał się „heretykiem”, który podważył naukowe dogmaty o tym, że geny determinują to jacy jesteśmy i teorię Darwina o ewolucji jako walce o przetrwanie i procesie przypadkowym. Czując wypalenie zawodowe i mając problemy finansowe oraz rodzinne autor podjął wyzwanie nauki biologii komórkowej studentów medycyny na uczelni na Karaibach. Pod wpływem tamtejszej przyrody, w której dostrzegł harmonię, a nie walkę, zaczął zmieniać swoje poglądy. Pewnej nocy przyszła mu do głowy koncepcja Nowej Biologii. Bardzo interesujące. Mamy tu też zapowiedź tego o czym będzie mowa w książce.

Rozdział pierwszy, zatytułowany jest „Nauki płynące z szalki Petriego”. Najpierw małe wyjaśnienie – szalka Petriego to okrągły, szklany spodek, na którym umieszcza się pożywkę i prowadzi hodowlę kolonii bakterii.
Rozdział ten mówi o współpracy komórek i nie tylko. Autor rozpoczyna od opisu tego jak uczył studentów na Karaibach. Gdy zaczynał ich uczyć ich wiedza była bardzo słaba. Na koniec kursu wszyscy zdali egzamin, mimo iż wielu z nich było mało zdolnych. Pod wpływem tego co autor im mówił o współpracy komórek postanowili także i oni współpracować, wzajemnie sobie pomagając co zaowocowało zdaniem przez nich wszystkich egzaminu.
Autor zerwał z ortodoksyjną nauką i stworzył koncepcję zgodnie z którą komórki przypominają miniaturowe ludziki. Obala tym samym nasz religijny dogmat, że tylko my ludzie potrafimy myśleć.
Jak pisze autor – każda komórka eukariotyczna (zawierająca jądro) posiada odpowiednik naszego szkieletu, skóry, mięśni i innych układów naszego ciała w tym mózg. Jest ona w stanie przetrwać samodzielnie, więc jest inteligentna. Dowodzą tego doświadczenia laboratoryjne. Np. gdy do kolonii komórek na szalce Petriego autor wstrzyknął substancje odżywcze to zaobserwował pod mikroskopem jak komórki przybliżają się do nich i pobierają je. Gdy zaś innym razem wstrzyknął truciznę, to komórki oddalały się od niej najbardziej jak to tylko było możliwe. Umiały więc rozpoznać dobre i szkodzące im substancje. Autor podaje więcej przykładów do tego cytując publikacje naukowe.
Z czasem komórki spostrzegły, że organizując się w grupy mają większe szanse na przetrwanie. Powstały grupy komórek odpowiedzialne za konkretne funkcje np. trawienia, wydalania, odbioru sygnałów ze środowiska itp. Taka współpraca zapewniała większą efektywność i szansę przetrwania niż każdej komórce osobno. Tak powstały organizmy wielokomórkowe, a potem bardzo złożone jak pies czy człowiek, który składa się z ok. 50 bilionów komórek. Mamy tu także trochę informacji o alternatywnej do Darwina koncepcji ewolucji francuskiego biologa Jeana Baptisty Lamarcka. To on był faktycznym twórcą ewolucjonizmu. Pierwszy przedstawił ją jako fakt naukowy ok. 50 lat wcześniej niż Darwin. Twierdził on, że organizmy nabywają cech adaptacyjnych koniecznych do przeżycia w zmieniającym się środowisku i przekazują je swojemu potomstwu. Jego koncepcja opierała się na współpracy komórek, a nie rywalizacji. W wyniku nagonki Kościoła Katolickiego, a potem też środowiska naukowego tak Lamarck jak i jego koncepcja poszły w zapomnienie. Dziś badania naukowe udowadniają, że to Lamarck, a nie Darwin miał rację. Autor pod koniec rozdziału cytuje różne artykuły z badań przeprowadzonych po 2005 r. na ten temat.
Jest tu też trochę innych ciekawych informacji np. że geny przekazywane są, jak odkryto niedawno, nie tylko w obrębie gatunku, ale i między gatunkami.
Mamy tu też wywody autora na temat tego jak koncepcja ewolucyjnej rywalizacji i religijnej doktryny o czynieniu sobie Ziemi poddanej przez ludzi doprowadziła nasz świat do stanu bliskiego katastrofy i zagłady życia na Ziemi. Jest to interesujące i ogólnie się zgadzam, ale nie jest to istotne dla koncepcji Nowej Biologii.

Rozdział drugi rozdział ma tytuł „To środowisko, głupcze!” i przedstawia to, że to nie geny, ale środowisko w którym żyjemy determinuje to jacy jesteśmy. Na początku rozdziału autor pisze, że nawet Darwin to przyznał. W 1876 r. w liście do Moritza Wagnera napisał, że nie docenił roli oddziaływania środowiska w procesie ewolucji. Jednak zwolennicy Darwina to zignorowali uważając, że Darwin na starość zwariował.
Następnie mamy sporą część rozdziału poświęconą białku jako budulcowi życia. Autor przedstawia nam rolę białek, to w jaki sposób geny służą do ich wytwarzania i o aminokwasach będących elementami składowymi białek. Jest tu też mowa o wiązaniach peptydowych między aminokwasami i o wzajemnym oddziaływaniu elektromagnetycznym ładunków połączonych aminokwasów. Decydują one o kształtach (konformacjach) białek zgodnie z zasadą z fizyki, że ładunki różnoimienne się przyciągają, a jednoimienne odpychają.
Białka są źródłem życia. Do wykonywania zadań takich jak oddychanie, trawienie czy kurczenie mięśni komórki zaprzęgają energię ruchu cząsteczek białka. Kształt cząsteczki białka (konformacja) oddaje stan równowagi między ładunkami elektromagnetycznymi aminokwasów budujących jej kręgosłup. Gdy układ ładunków dodatnich i ujemnych w cząsteczce białka się zmieni wtedy kręgosłup cząsteczki białka ulegnie zmianie i dopasuje się do nowych warunków zmieniając konformację. Rozkład ładunków w cząsteczce białka może się zmienić pod wpływem wielu czynników i procesów, m.in.: przez wiązanie cząsteczek czy związków chemicznych (np. hormonów) a także w wyniku oddziaływania pól elektromagnetycznych emitowanych np. przez telefony komórkowe czy inne urządzenia. Zatem jak widać technologia 5G stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia, gdyż na pewno będzie wpływać na zmianę układu ładunków w cząsteczkach białek w naszym organizmie.
Dalej mamy informacje o tym, że białka w komórce współpracują ze sobą przy realizacji określonych funkcji fizjologicznych łącząc się w zespoły zwane ścieżkami. Autor wyjaśnia zasadę działania ścieżek przez zastosowanie analogii do starego, nakręcanego zegarka z trzema zębatkami, w którym ruch pierwszej zębatki wprawia w ruch drugą, a ta z kolei trzecią. Jak zauważa autor w procesie ruchu i w ścieżkach DNA nie odgrywa roli.
Potem autor pisze o Projekcie Poznania Genomu Ludzkiego. Okazuje się, że wyższość ludzi nad innymi organizmami nie wynika wcale z liczby posiadanych genów, jak do niedawna uważano. Przykładowo tak mysz jak i człowiek mają po ok. 25 tysięcy genów, a nicień składający się z zaledwie 969 komórek ma ok. 24 tysięcy genów. Później po dokładniejszych badaniach ustalono, że mysz i człowiek mają nawet mniej, bo po ok. 19 tysięcy genów.
Dalej autor krótko pisze o tym, że biologią nie rządzą geny i podaje tu zasadniczy dowód. Otóż jak wiadomo żaden organizm, w tym i jednokomórkowy, nie może funkcjonować bez mózgu. Według obecnej nauki mózgiem komórki jest jądro komórkowe, w którym zawarte jest DNA. Zatem jeśli to prawda, to po usunięciu jądra komórka powinna obumrzeć. Tymczasem gdy przeprowadzono taki eksperyment okazało się, że komórka wciąż żyła, ruszała się i wykonywała swoje funkcje życiowe normalnie. Usunięcie jądra spowodowało tylko, że straciła zdolność do podziału i naprawy ubytków białka. W skutek tego obumarła szybciej niż zwykła komórka, ale żyła jeszcze długo po usunięciu jej jądra. To nie jądro jest więc mózgiem komórki. Jest nim błona komórkowa, ale o tym mówi szczegółowo rozdział 3.
Potem mowa jest o epigenetyce, czyli nowej nauce badającej wpływ środowiska na żywe organizmy. Nauka ta postuluje inny model kodowania białek: od sygnału ze środowiska przez białka regulatorowe do DNA i dalej przez RNA do wytworzenia białka. Oprócz tego różnica jest też taka, że sygnał płynie nie tylko w jedną stronę, ale także i w drugą, choć z mniejszą intensywnością, co pozwala na naprawę czy modyfikację DNA w pewnych przypadkach, gdy zachodzi potrzeba.
Dowodem na to, że doświadczenia życiowe rodziców kształtują genetyczne cechy ich dzieci jest doświadczenie z myszami agouti. Badania te wykazały, że zmodyfikowanie środowiska może przezwyciężyć, przynajmniej częściowo, skutki negatywnej mutacji genetycznej u myszy. Myszy agouti mają żółte futerko i są bardzo otyłe przez co chorują na cukrzycę, raka i choroby serca. Gdy pewnej grupie ciężarnych samic agouti podawano z pożywieniem suplementy: kwas foliowy, witaminę B12, betainę i cholinę urodziły one myszy znacznie mniej otyłe i z brązowym futerkiem. Badania te opublikowano w 2003 r. w czasopiśmie Molecular and Cellular Biology.
Na koniec rozdziału mamy jeszcze informacje m.in. o tym, że tylko 2% genomu to geny kodujące białka przy podziałach komórkowych.  Pozostałe 98% zwane ciemnym DNA jest jednak także ważne. Np. stwierdzono że w przypadku nowotworów w ciemnym DNA wystąpiło ponad sto mutacji. Projekt ENCODE ustalił rolę ciemnego DNA w organizmie. Jak ustalono ponad 80% ciemnego DNA odpowiada za proces wytwarzania i łączenia białek kodowanych przez geny. Spełnia więc ono także bardzo ważne funkcje.
Na koniec mamy jeszcze trochę o końcówkach genów kodujących białka zwanych telomerami i o tym dlaczego ulegają one skróceniu z każdym podziałem komórki. Finalnie prowadzi to do ograniczenia liczby możliwych podziałów komórek do ok. 50, co wyznacza długość naszego życia. Jednak jak się okazuje istnieje sposób na odtworzenie długości telomerów. Tym zajmuje się enzym zwany telomerazą. Jednak aktywność telomerazy zależy od jakości naszego życia. Np. ćwiczenia fizyczne, właściwa dieta, pozytywny stosunek do życia, szczęście w życiu osobistym, a zwłaszcza miłość do samego siebie wzmagają aktywność telomerazy i tym samym wydłużają nasze życie. Jak się okazuje na aktywność telomerazy wpływa także nasze życie płodowe i to w dzieciństwie – np. przemoc domowa czy palenie papierosów przez matkę podczas ciąży wpływa na zmniejszenie aktywności telomerazy u dziecka.

Rozdział trzeci ma tytuł „Magiczna membrana” i dotyczy błony komórkowej, która jak odkrył autor stanowi faktyczny mózg komórki. Usunięcie jej prowadzi do natychmiastowego obumarcia komórki. Błona ta jest bardzo cienka – na tyle, że jej elementy składowe widoczne są dopiero pod mikroskopem elektronowym, umożliwiającym powiększenie 100 tyś. razy! Budowę i sposób funkcjonowania komórki autor objaśnia stosując analogię do chleba z masłem, wydrążonymi w środku oliwkami i nadzieniem paprykowym na talerzu. Kulinarnie może nie brzmi to najlepiej, ale nie o to tu chodzi. Prosty eksperyment z użyciem ww. składników pokazuje sposób działania błony komórkowej. Potrzebne są dwie złożone kromki chleba i gruba warstwa masła pośrodku (ok. 1 cm powinno wystarczyć). Na razie bez oliwek. Przyjmujemy, że jest to fragment błony komórkowej. Teraz polewamy wierzchnią kromkę odrobiną zabarwionej polarnej cieczy (autor o rodzaju cieczy chyba zapomniał – gdy weźmiemy ciecz niepolarną np. benzynę, to jako rozpuszczalna w tłuszczach pokona ona barierę tłuszczową, a nawet rozpuści masło i analogia jest wtedy do niczego). Barwnik przesącza się przez chleb i zatrzymuje się na warstwie masła, które jako tłuszcz stanowi barierę dla polarnej cieczy. Gdy teraz zrobimy taką samą kanapkę, ale w warstwę masła powtykamy oliwki z nadzieniem i bez nadzienia mamy model pełnej błony komórkowej. Gdy teraz polejemy taką kanapkę barwną cieczą wynik będzie inny. Po dotarciu do warstwy masła ciecz trafiając na oliwkę z nadzieniem zatrzyma się podobnie jak poprzednim razem. Jednak, gdy ciecz natrafi w warstwie masła na wydrążoną oliwkę bez nadzienia wykorzysta ją jako kanalik do przedostania się przez warstwę tłuszczu, a następnie dotrze do dolnej kromki i przesączy się przez nią, spływając na talerz. W tej analogii talerz jest odpowiednikiem cytoplazmy (w niej znajdują się „organy” komórki – cytoplazma to jakby odpowiednik naszej jamy brzusznej).
W eksperymencie z kanapką każda polarna (nierozpuszczalna w tłuszczach) ciecz przesączy się przez wydrążoną oliwkę bez nadzienia. W przypadku komórki jest inaczej. W rzeczywistości błona komórkowa, a więc i ta „oliwka” jest selektywna i przepuszcza do wnętrza komórki tylko niektóre cząsteczki (np. substancji odżywczych) czy sygnały.  Gdyby przepuszczała wszystko (jak w eksperymencie z kanapką) lub nie przepuszczała niczego szybko by umarła. To bowiem byłoby tak jakbyśmy my jedli i pili wszystko co nam wpadnie w ręce (np. metanol czy granulki do udrażniania rur) albo też mieli zaklejone usta i nie jedli i nie pili niczego. Szybko byśmy umarli.
Chleb i masło to odpowiedniki fosfolipidów, które stanowią jeden z dwóch głównych składników błony. Drugim składnikiem są białka (oliwki w analogii z kanapką). Dalej autor szczegółowo omawia fosfolipidy i białka oraz ich działanie. Kluczowe jeśli chodzi o błonę komórkową jest to, że tzw. białka integralne błony komórkowej są 2 rodzajów. Jedne są receptorowe, a drugie efektorowe. Te pierwsze to jakby narządy zmysłów komórki odpowiadające naszym oczom, uszom, nosowi i kubkom smakowym. Gdy trafia do nich substancja odżywcza lub jakiś ważny sygnał (np. fala świetlna) umożliwiają mu przejście (autor opisuje dokładnie ten mechanizm). Te drugie zaś odpowiadają za właściwą reakcję komórki na odebrany sygnał czy substancję. Działając zespołowo białka receptorowe tworzą swoisty mechanizm „bodziec-reakcja” tak jak w przypadku odruchów bezwarunkowych u nas. Znaczenie białek integralnych błony komórkowej odkryto niedawno, bo w ciągu ostatnich 35 lat (w książce autor pisze o ostatnich dwóch dekadach, ale dotyczy to pierwszego wydania książki z 2005 r.)
Zasada działania białek integralnych błony komórkowej wskazuje, że to nie kod genetyczny, lecz interakcja komórki ze środowiskiem steruje zachowaniem komórki. Matryce DNA w jądrze komórki odpowiadają natomiast za rozrodczość komórki, tj. zdolność do podziału. Błona komórkowa jest więc mózgiem komórki, a jądro to gonady. Białka receptorowe to jakby świadomość komórki, a efektorowe odpowiadają za działanie.
Dalej autor pisze jak doszedł do tego, że błona komórkowa to ciekłokrystaliczny półprzewodnik, zawierający bramki i przenośniki. Ciekłokrystaliczny, bowiem fosfolipidy mają zdolność ruchu, a podczas tego ruchu zachowują uporządkowaną strukturę. Dokładnie tak jak ciekłe kryształy. Białka są jak półprzewodniki, bo przepuszczają tylko niektóre substancje czy sygnały. Bramki i przenośniki to białka receptorowe i efektorowe. Zatem błona komórkowa jest odpowiednikiem mikroprocesora (chipa), który jest właśnie krystalicznym półprzewodnikiem zawierającym bramki i przenośniki.
Skoro chip można zaprogramować, to działającą w analogiczny sposób komórkę także! A skoro komórkę to i zespół komórek, czyli nas ludzi! Tym programowaniem sterują głównie sygnały środowiskowe. Boleśnie możemy się o tym przekonać oglądając reżimową, ogłupiającą telewizję czy korzystając z innych mediów głównego ścieku lub z takich rozrywek jak kino.
Na zakończenie mamy żalenie się autora że nauka nie podzieliła jego koncepcji działania komórki. Mamy też trochę o cholesterolu, który jest ważnym składnikiem błony komórkowej. Spełnia ważną rolę: zapewnia błonie taką sztywność, aby wytrzymała fizyczny napór cytoplazmy, a jednocześnie była na tyle elastyczna, aby zapewnić możliwość ruchu komórce. Cholesterol wpływa też na zdolność błony do odbierania informacji ze środowiska i reagowania na nie. Mamy też kilka stron o tym, że cholesterol nie jest przyczyną miażdżycy i że faszerowanie ludzi toksycznymi statynami jest absurdem. Dla mnie to nic nowego, ale dla wielu osób może to być zaskoczeniem.

Kolejny, czwarty rozdział pt. „Nowa fizyka” jest według mnie najważniejszy w całej książce jak i w Nowej Biologii. Dotyczy fizyki kwantowej i tego jak wiąże się ona z biologią. W mediach i na blogach alternatywnych często się słyszy czy czyta o dobrych wibracjach lub wysokich wibracjach oraz złych wibracjach albo niskich wibracjach, ewentualnie o dobrej lub złej energii. Ten rozdział wyjaśnia o co tu chodzi. Wymaga jednak pewnej znajomości fizyki kwantowej, na której opiera się wszechświat. Postaram się w skrócie wyjaśnić o co chodzi, choć dla wielu osób może to nie być łatwe.
W szkole podstawowej uczono nas tzw. fizyki newtonowskiej, tj. że wszystko co jest na Ziemi składa się z materii i uczono nas praw rządzących tą materią (np. zasad dynamiki Newtona). Jeśli poszliśmy do liceum to dowiedzieliśmy się, że istnieje też fizyka kwantowa, która podaje prawa rządzące jednostkową cząstką, z której składa się materia, czyli atomem. Ten zaś dzieli się na elektrony krążące wokół jądra oraz protony i neutrony w jądrze. Te z kolei składają się z kwarków. Taki jest materialistyczny model atomu. Jednak zapewne poznaliśmy wtedy także słynny wzór Einsteina E = m*c^2 (energia równa jest masie pomnożonej przez kwadrat prędkości świata). Z ww. wzoru wynika, że materia jest równoważna energii. I jak się okazuje każdy atom oprócz materii „składa się” także z energii. Mówi się wtedy o dwoistej, korpuskularno-falowej, naturze atomu, czyli materialno-energetycznej. Energia ta manifestuje się w postaci drgań albo inaczej mówiąc wibracji. Wszystko co materialne wibruje w tym także my i nasza planeta. Tak naprawdę to materia jest jakby po prostu związaną, zagęszczoną energią. Jest to inna jej forma. Kwantowy model atomu to po prostu energia. Nie widać na nim nic. „Coś” powstałe „z niczego”.
Oficjalna nauka twierdzi jednak, nie wiem dlaczego, że zasady fizyki kwantowej odnoszą się tylko do pojedynczych atomów, a nie do układów złożonych z wielu atomów, czyli np. ludzi, zwierząt, kamieni, Ziemi itd. Jeżeli to zakwestionujemy i przyjmiemy, że korpuskularno-falowa natura dotyczy wszystkiego co materialne wówczas wiele rzeczy nam się wyjaśni. Przykładowo lecznicze działanie niektórych dźwięków czy zabiegów radiestezyjnych, które oficjalna nauka odrzuca i uważa za bzdury.
Wibracje to inaczej drgania harmoniczne. Opisane są one różnymi skomplikowanymi wzorami z kątami i funkcjami trygonometrycznymi – tzw. funkcje falowe. Nie będę się w to zagłębiał, bo niej jest to dla nas ważne. Jak kogoś to interesuje niech sobie przestudiuje jakiś podręcznik z fizyki dla szkół wyższych. Ważne dla naszych dalszych rozważań będą dwie rzeczy. Pierwsza z nich to cykliczność i powtarzalność sekwencji wykresu funkcji opisującej drganie (wibrację) – podobnie jak w przypadku wykresu funkcji np. f(x) = sinx. Druga ważna rzecz, a właściwie dwie rzeczy to amplituda drgań i okres drgań. Amplituda to różnica między minimum i maksimum drgania, a okres drgań określa po jakim czasie znowu pojawi się maksimum lub minimum. Dla lepszego zobrazowania poniżej zamieszczam, za Wikipedią, przykładowy wykres ruchu drgania harmonicznego:


Zależność wychylenia ciała drgającego harmonicznie od czasu. A – amplituda drgań, T – okres drgań, t – czas, x(t)- zależność drgań od czasu (opisana wzorem matematycznym tzw. funkcją falową).
Niestety to jeszcze nie koniec lekcji fizyki. Teraz powiemy o tym co to jest interferencja i o jej dwóch rodzajach: konstruktywnej i destruktywnej.
Interferencja zachodzi wtedy gdy mamy dwie fale, które się na siebie nakładają. Przykładem mogą być dwa kamyki wrzucone do wody blisko siebie. Zależnie od tego jakie są to kamyki i kiedy je wrzucimy fale jakie powstaną na wodzie będą się nakładać w różny sposób. Co prawda tam mamy do czynienia z okręgami, ale analogia zachodzi. Gdy kamyki będą miały te same masy i wrzucimy je do wody w tym samym czasie fale jakie spowodują na wodzie nałożą się tak, że się wzmocnią i powstaną większe kółka. Gdy zaś kamyki będą miały różne masy i/lub wrzucimy je do wody w różnym czasie będą się one wygaszać i powstaną mniejsze kółka.
Jak to się ma teraz do naszych wibracji? Bardzo podobnie. Gdy spotkają się dwie fale o tej samej amplitudzie i okresie drgań wówczas powstała w wyniku ich nałożenia fala będzie miała amplitudę dwa razy większą niż każda z nich z osobna przed nałożeniem. Okres drgań się nie zmieni. Jest to tzw. interferencja konstruktywna. I to jest tzw. dobra wibracja albo wysoka wibracja.
Gdy zaś spotkają się fale o różnych amplitudach drgań (minima i maksima ułożone przeciwnie) wtedy po ich nałożeniu się na siebie nastąpi ich częściowe lub całkowite wygaszenie – amplituda drań się zmniejszy lub drganie w ogóle zaniknie czego obrazem na wykresie jest linia prosta. To jest tzw. zła wibracja albo niska wibracja. Poniższa animacja pokazuje na czym polegają oba rodzaje interferencji.

Jak to się ma do „szarlatańskiej” radiestezji? Otóż skoro wszystko co materialne ma energię i wibruje to nasze komórki także. Jeśli np. mamy raka to komórki zdrowe mają inną wibrację niż komórki nowotworowe. Jeżeli znajdziemy ich amplitudę i okres drgań i podziałamy na nie za pomocą jakiegoś urządzenia drganiami o odpowiednio większej amplitudzie (minima i maksima muszą być w tych samych miejscach) wówczas wywołamy interferencję konstruktywną. Jeżeli generowana przez urządzenie fala będzie miała wystarczająco wysoką amplitudę w wyniku interferencji nastąpi powstanie fali o tak dużej amplitudzie, że komórka nowotworowa tego nie wytrzyma i się rozleci. To podobnie jak z kryształem. Gdy zadziałamy na niego dźwiękiem o odpowiednio wysokiej amplitudzie drgań współbrzmiących z drganiami cząsteczek kryształu to spowoduje to powstanie tak dużych drgań, że wyzwolona przez nie energia spowoduje rozerwania wiązań atomowych w krysztale i się on rozpryśnie.
Można też zadziałać inaczej stosując interferencję destruktywną. Jeśli zadziałamy falą o tej samej amplitudzie ale tak, że maksimum jednej fali jest tam gdzie minimum drugiej dojdzie do całkowitego wygaszenia obu fal. W takim przypadku wibracja komórki nowotworowej będzie zerowa i komórka zginie z braku energii. Na tym polegają „czary”. I takie urządzenia pod koniec XIX i na początku XX wieku istniały i dawały podobno dobre efekty leczenia wielu chorób. Niestety około 1920 roku zaczęła się era chemicznych pseudoleków, która trwa do dziś, a energetyczne metody leczenia uznano za herezję, zdyskredytowano i usunięto z praktyki lekarskiej. Nie dałoby się przecież na tym zarobić, a „leki” trzeba brać całe życie. Pacjent wyleczony, to klient stracony.
Jednak ta „szarlatańska” metoda jest czasem stosowana w oficjalnej medycynie! Usuwa się za jej pomocą np. kamienie nerkowe, które rozkrusza się na małe kawałki łatwo wydalane potem z moczem.
Inaczej można też powiedzieć o falach jako o niewidzialnym promieniowaniu energetycznym. Rejestrując to promieniowanie można określić która tkanka jest zdrowa, a która chora. Tak działa mammogram. Ciemne pola w obrazie to tkanki w których są zmiany nowotworowe.
W tym rozdziale mamy także informacje o tym, że jak stwierdzono przepływ informacji w naszym organizmie nie jest liniowy (jak zakłada konwencjonalna medycyna), ale nieliniowy – holistyczny, kwantowy. Każdy element wymienia informację z każdym i jest z nim jakoś powiązany. Dla zobrazowania tego autor pokazuje mapę wzajemnych oddziaływań małego zbioru białek w komórce muszki owocówki. Np. jedno z białek jest wykorzystywane w metabolizmie i jest związane z determinacją płci. Podobnie, tylko dużo bardziej skomplikowanie jest u ludzi. Gdy zadziałamy jakimś chemicznym preparatem na komórkową ścieżkę syntezy jakieś substancji (np. cholesterolu) nie zmniejszymy tylko syntezy tej substancji, ale także zaburzymy syntezę innych, które w jej wyniku powstają (w przykładzie z cholesterolem będzie to np. koenzym Q10, który odpowiada za prawidłowe działanie mięśni, w tym serca(!) czy skwalen działający przeciwnowotworowo).  Stąd tak duże liczby różnych, często ciężkich, powikłań powstających w wyniku długiego przyjmowania chemicznych preparatów (nie piszę leków, bo one niczego nie leczą).
Przykłady interferencji konstruktywnej i destruktywnej w praktyce? Proszę bardzo. Np. gdy idziemy ciemną ulicą w nocy i czujemy jak słabniemy albo gdy się czegoś przestraszymy czy z kimś pokłócimy i gorzej się potem czujemy. To jest interferencja destruktywna („obniżenie wibracji”). Gdy zaś np. pochodzimy boso po trawie przez godzinę czy wpadniemy na jakiś genialny jak nam się wydaje pomysł. Wtedy czujemy energetycznego „kopa”. To jest interferencja konstruktywna („podniesienie wibracji”).

Rozdział piąty pt. „Biologia i wiara” i dotyczy także rzeczy bardzo ważnej – znaczenia wiary w naszym życiu. W szczególności chodzi tu o wyzdrowienie z choroby. Zależnie od tego w co wierzymy mamy efekt placebo – gdy wierzymy w wyleczenie lub efekt nocebo, gdy nie wierzymy w wyleczenie albo inaczej mówiąc wierzymy w niewyleczenie. Jednak autor pisze także o nieco innej wierze np. o pozytywnym myśleniu.
Na początku mamy opisany przypadek gdy młody brytyjski lekarz Albert Mason w 1952 roku popełniając błąd w diagnozie wyleczył 15-letniego chłopca z nieuleczalnej (wg konwencjonalnej medycyny) rybiej łuski za pomocą hipnozy. Lekarz był przekonany, że leczy brodawki. Po kilku sesjach hipnozy, podczas których lekarz po wprowadzeniu chłopca w trans mówił mu że skóra się zagoi i będzie zdrowa i różowa, ciężkie zmiany skórne na skórze chłopca zniknęły niemal całkowicie. Gdy później dowiedział się, że to była „nieuleczalna” choroba kolejnych osób nią dotkniętych nie zdołał już wyleczyć hipnozą. Przestał wierzyć, że to jest możliwe. Wcześniej i pacjent i lekarz wierzyli i się udało. Sama siła umysłu pokonała „nieuleczalną” chorobę.
Potęgę ludzkiego umysłu i siłę wiary autor udowadnia też na innym przykładzie. Podaje, przypadek z czasów, w których Robert Koch i Ludwik Pasteur stworzyli teorię zarazków, którą dziś powszechnie się uznaje (z małymi modyfikacjami). W XIX wieku jednak było inaczej i jeden z przeciwników tej teorii był tak mocno przekonany o jej błędności, że koniecznie postanowił ją obalić. Dokonał rzeczy jak się wydaje szalonej: wypił szklankę wody zawierającej bakterie vibrio cholerae, wywołujące według Kocha cholerę. Ku wielkiemu i powszechnemu zdumieniu „szaleniec” nie zaraził się tym groźnym patogenem i nie zachorował na cholerę. Tym samym faktycznie wykazał fałszywość teorii Kocha i Pasteura. Zasady prawdziwej nauki są bowiem takie, że jeden kontrprzykład (przykład czy przypadek sprzeczny z teorią) obala teorię. Jednakże zostało to przez naukę zignorowane i w 2000 r. w piśmie Science przypadek ten skwitowano tak: „Z niewyjaśnionych powodów nie wystąpiły u niego objawy, lecz mimo to nie miał racji!” Otóż przyczyna jest jasna – siła wiary i przekonania tego człowieka w niezachorowanie po wypiciu szklanki wody z zarazkami cholery sprawiła, że nie zachorował. Tak działa nasza matriksowa nauka, gdy coś nie pasuje do teorii to nie przyjmujemy tego do wiadomości i uznajemy że to nie istnieje. Jednak zdecydowanie nie polecam samemu podejmować podobnej próby! Na 99,99% się nie uda i skończy się ciężką chorobą. Wiara u tego człowieka musiała być niesamowicie silna. Porównać ją można chyba tylko z islamskimi fanatykami, którzy wysadzając się w powietrze zabijają przy tym innych, bo są pewni, że dzięki zabiciu „niewiernych” pójdą do raju.
Następnie autor pisze o pozytywnym myśleniu. Jest ono na pewno w życiu pomocne, ale w wielu przypadkach nas zawiedzie. Gdy jesteśmy ciężko chorzy, to samo powtarzanie w myślach nawet ciągle że na pewno wyzdrowiejemy i to tylko chwilowe problemy najczęściej niewiele lub nic nie da. Nasz umysł bowiem ma dwie główne składowe: świadomość i podświadomość. Ta druga odpowiada w 95% za działanie umysłu (np. za wszystkie czynności wykonywane ciągle i rutynowo np. prowadzenie samochodu), a ta pierwsza tylko w 5%. W podświadomości są „wgrane” różne programy, które trafiły tam w dzieciństwie i później np. podczas studiów czy poprzez media. Gdy mamy tam wgrany program np. „rak jest nieuleczalny i jak zachoruję to niedługo umrę” to ten program jest realizowany. Podświadomość jest bardzo silna i w sytuacji gdy to co przez świadomość próbujemy przeforsować (np. powtarzając jak mantrę, że niedługo wyzdrowieję) jest sprzeczne z odpowiednim programem w podświadomości wtedy umysł odrzuca to co mu „wciska” świadomość i nie osiągamy nic. Wpadamy wtedy najczęściej we frustrację i mówimy, że to całe pozytywne myślenie jest g… warte. Teraz mamy odpowiedź dlaczego tak jest.
Nie oznacza to jednak, że jesteśmy skazani „na dożywocie” na to co mamy „wgrane” do podświadomości. Tak jak z komputera można usunąć różne programy tak i z podświadomości również. Tym zajmuje się tzw. psychologia energetyczna. Na temat tych metod autor jednak niewiele pisze (w epilogu). Bruce Lipton podaje nazwę tylko jednej metody, którą sam wypróbował z dobrym skutkiem, tzw. PSYCH-K i pisze, że najlepiej się sprawdzi ta metoda, w którą najsilniej wierzysz.
Potem mamy część poświęconą wpływowi umysłu na ciało, czyli tzw. efekty placebo i nocebo. Efekt placebo występuje wtedy gdy wierzymy że coś nam pomoże. Autor opisuje różne przypadki „cudownych i samoistnych” wyleczeń. Np. podczas badań klinicznych leku na depresję, Effexoru, jedna z kobiet będąca w grupie porównawczej, która brała placebo (pastylkę z jakimś obojętnym środkiem np. mąką) wyleczyła się całkowicie z trwającej ok. 30 lat depresji. Gdy jej powiedziano, że brała placebo długo nie chciała uwierzyć. Badanie mózgu wykazało, że wyleczenie było faktyczne.
Efekt wiary (jak woli to nazywać autor) występuje także jak się okazuje w przypadku chirurgii. Zrobiono eksperyment z chirurgicznym leczeniem dużych zmian zwyrodnieniowych w kolanach. Część pacjentów przeszła faktyczną operację, a część jedynie pozorowaną. Znieczulono ich miejscowo, nacięto im skórę na kolanie tak jak przy normalnej operacji i zrobiono płukanie kolana na niby i założono szwy. Następnie wszystkich pacjentów poddawano standardowej terapii pooperacyjnej w szpitalu. Okazało się, że znacznie poprawił się stan nie tylko pacjentów naprawdę operowanych, ale także tych operowanych na niby. U obu grup poprawa była taka sama. Jeden z pacjentów operowanych na niby ledwo już chodził, a po „operacji” i „leczeniu pooperacyjnym” był po pewnym czasie nawet w stanie grać w piłkę ze swoim wnukiem! O tym, że zrobiono mu operację na niby dowiedział się dopiero po 2 latach.
Efekt nocebo (efekt wiary negatywnej) jest niestety podobnie silny jak ten pierwszy. Gdy lekarz powie choremu na nowotwór „ma pan/pani raka i zostało panu/pani 6 miesięcy życia” to jest to zwykle jak wyrok śmierci. Pacjent najczęściej wierzy w to i faktycznie szybko umiera. Autor podaje tu jako przykład relację jednego z lekarzy z Nashvile. W 1974 roku trafił do niego emerytowany biznesmen z branży obuwniczej. Lekarz ten rozpoznał u niego raka przełyku wówczas uznawanego za nieuleczalny. Pacjenta poddano leczeniu, ale po kilku tygodniach od diagnozy zmarł. Sekcja zwłok dała zaskakujący wynik. Okazało się, że denat miał kilka skupisk komórek rakowych i to nie w przełyku, a w wątrobie i płucach. Jak ustalono nie mogło to być przyczyną śmierci. Co zatem spowodowało zgon? Wszystko wskazuje na to, że wiara, że niedługo umrze.
Na zakończenie rozdziału autor pisze i podaje przykłady, że badania przeprowadzone w XXI wieku potwierdzają, że mózg przekłada nasze przekonania na określone, unikatowe profile chemiczne, które są wydzielane do krwi i w ten sposób rządzą losem 50 bilionów komórek naszego ciała. Zatem wpływ umysłu na ciało nie jest już ezoteryczną bajką, ale faktem. Zmiana przekonań powoduje zaś zmianę w komórkach naszego ciała. Zadaniem umysłu jest bowiem zapewnienie spójności naszych przekonań z doświadczaną przez nas rzeczywistością.

Rozdział szósty, o tytule „Wzrost i obrona” dotyczy głównie destrukcyjnego wpływu przewlekłego stresu i strachu na nasz organizm. Najpierw jednak jest mowa o dwóch mechanizmach służących przetrwaniu. Obrona wydaje się intuicyjnie oczywista i tak jest, natomiast wzrost już nie. Wzrost kojarzy nam się z rozwojem ciała i umysłu do osiągnięcia wieku dorosłego. Potem co prawda już nie rośniemy fizycznie, ale wzrost nadal zachodzi. Codziennie miliardy komórek w naszym ciele obumierają i są zastępowane przez nowe. Gdyby nie to żylibyśmy bardzo krótko. Autor jako przykład podaje, że komórki tworzące ściany naszych jelit wymieniane są co 72 h. Procesy wzrostu i obrony nie zachodzą jednocześnie. Nie można bowiem np. budować nowych komórek gdy trzeba walczyć z jakimś poważnym zagrożeniem.
Głównie jest tu mowa o procesach obrony. Kieruje nimi układ nerwowy. Dzielą się one na dwa rodzaje. Pierwszy to obrona przed zagrożeniem zewnętrznym, a drugi przed zagrożeniem wewnętrznym. Ten pierwszy znany jest często jako „walcz lub uciekaj” w sytuacji gdy np. ktoś na nas napada albo stajemy oko w oko z groźnym dzikim zwierzęciem. Autor opisuje cały mechanizm w jaki sposób organizm przestawia się z trybu wzrostu na tryb „walcz lub uciekaj”. Bierze w nim udział zespół PPN – podwzgórze, przysadka, nadnercza (wydzielają hormony mobilizujące do walki lub ucieczki). W tym trybie zahamowane zostaje działanie układu odpornościowego. Jeśli bowiem nawet w organizmie są jakieś patogeny to zagrożenie zewnętrzne, jako bezpośrednio zagrażające życiu, jest ważniejsze.
W tym trybie aktywności osi PPN negatywnie wpływa też na jasność myślenia. Logiczne wnioskowanie przebiega wtedy dużo wolniej i gorzej, bowiem niemal wszystkie zasoby energetyczne organizmu są przekierowane na motorykę.
Taki rodzaj zagrożenia występuje jednak rzadko, więc i tryb „walcz lub uciekaj” rzadko się włącza. Dużo częściej uruchamia się obrona przed zagrożeniem wewnętrznym – w sytuacji gdy jakieś patogeny dostaną się do naszego organizmu. Jest to nasz układ immunologiczny (odpornościowy). Jest on bardzo energochłonny. Można się o tym przekonać łatwo gdy mamy infekcję i związane z nią osłabienie.
Następnie jest mowa o strachu, a zwłaszcza o przewlekłym stresie jakiego większość z nas doświadcza w codziennymi życiu. Bruce Lipton obrazowo przedstawia to na przykładzie biegaczy – sprinterów szykujących się do startu. Gdy słyszą komendę sędziego „na miejsca!” klękają i opierając się na rękach wkładają stopy w bloki startowe. Następnie pada komenda „gotów!” i sportowcy przesuwają tułów do przodu i unoszą się lekko a ich mięśnie się napinają. Gdy zastygają w pozycji gotowości do biegu ich organizm wydziela adrenalinę, hormon stresu, który zwiększa siłę mięśni. Następuje oczekiwanie na komendę „start!”, a ich ciała są maksymalnie naprężone. Na zawodach komenda „start!” pada po 1-2 sekundach. W przypadku codziennego przewlekłego stresu komenda „start!” w ogóle nie pada. W naszym świecie rozpowszechniona jest postawa „gotów!”, trwająca często latami. Adrenalina cały czas buzuje w żyłach, co z czasem wyczerpuje siły. Różne lęki i zmartwienia (np. tym co będzie jak stracę pracę, a mam kredyt na mieszkanie do spłacania, jak mnie zwolnią wyląduję pod mostem itp.) które są długotrwałe sprawiają, że nasze ciała są latami pobudzane do wzmożonego wysiłku. W końcu nadchodzi moment, gdy tego nie wytrzymujemy i zapadamy na zawał, udar, raka czy inną chorobę. Jak pisze autor z badań wynika, że stres jest główną przyczyną od 75% do 90% wizyt u lekarza pierwszego kontaktu.
Przygnębiające uporczywe myśli oraz lęki związane z błędnymi przekonaniami (układy odpowiedzialne za zarządzanie stresem w organizmie nie rozróżniają czy podyktowana przez mózg reakcja jest podyktowana przez prawdziwe czy urojone zagrożenie) także powodują przewlekły stres i postawę „gotów!”.
Nie każdy stres jednak jest dla nas zły. Istnieje też dobry stres, który ma pozytywne skutki dla psychiki i fizjologii. Takim stresem jest np. uprawianie sportu wymagającego dużego wysiłku fizycznego (amatorsko np. częsta jazda na rowerze na dystansach 50-100 km czy dłuższe marsze).
Pod koniec rozdziału mamy trochę informacji o leczeniu stresu. Konwencjonalna medycyna robi to, jakżeby inaczej, za pomocą pigułek. Autor przedstawia natomiast inne metody jakie badano i uzyskano dobre wyniki. Należą do nich m.in. relaksacja ciała ( medytacja, joga, technika głębokiego oddychania), wsparcie najbliższych czy miłość. Na tą ostatnią autor szczególnie zwrócił uwagę podając przykład kobiety, Scarlett Lewis, która straciła syna Jessiego w wyniku strzelaniny w szkole. Zamiast popaść w rozpacz i obwiniać cały świat jej sposobem na pogodzenie się z tą straszną zbrodnią było głoszenie przesłania miłości. W celu przekazania jej światu założyła fundację Jesse Lewis Choose Love Foundation. Propaguje ona wśród dzieci i w społeczeństwie wybór miłości zamiast gniewu, wdzięczność zamiast postawy roszczeniowej, wybaczenie i współczucie zamiast rozgoryczenia. Zrobiła tak pod wpływem swojego syna, który w dzień tragedii przed wyjściem do szkoły napisał na tablicy w swoim pokoju „Ożywcza, uzdrawiająca miłość”.

Ostatni, siódmy rozdział dotyczy świadomego rodzicielstwa i dowodzi, że rodzice, zwłaszcza w pierwszych 6 latach życia dziecka (a także w czasie ciąży!), są jak inżynierowie genetyczni. Mają bardzo duży wpływ na dziecko, co potwierdzają badania. Często zaś tego wpływu, zwłaszcza negatywnego, nie są świadomi.
Autor zaczyna od życia płodowego. Jak podaje, z badań psychologicznych i neurobiologicznych wynika, że układ nerwowy u płodów i noworodków jest na tyle wykształcony, że mają one zdolność odczuwania i uczenia się. Mają też pamięć nieświadomą. Autor pisze, powołując się na literaturę, że jakość życia w łonie matki, w naszym tymczasowym domu, w którym przebywamy przed narodzinami, determinuje naszą późniejszą podatność na chorobę niedokrwienną serca, udar, cukrzycę, otyłość, osteoporozę, psychozę czy wahania nastroju.
Dziecko w łonie matki reagując na bodźce środowiskowe odbierane przez matkę optymalizuje swój rozwój fizjologiczny i genetyczny, przygotowując się do spodziewanych warunków. Niestety ma to też złą stronę – jeśli w trakcie życia płodowego i zaraz po narodzinach dziecko doświadcza złego odżywiania i niesprzyjającego środowiska (np. zestresowania matki) to odbije się to na dziecku negatywnie.
Następnie autor opisuje jak zmienił poglądy na temat rodzicielstwa. Przyczynił się do tego wypadek motocyklowy jakiemu uległ na Karaibach i wizyta u młodego kręgarza w akademiku, po której kręgi autora wróciły na swoje miejsce i ból szybko mu minął. Pomijając szczegóły istotne jest to, że umysł podświadomy jest dużo silniejszy niż umysł świadomy, o czym była już mowa wcześniej. Na drodze ewolucji nasze wyuczone spostrzeżenia zyskały władzę nad genetycznie zaprogramowanymi instynktami. Tu jako przykład mamy umiejętność pływania. Noworodek umie pływać w wodzie jak morświn, ale szybko tę umiejętność traci, bo jest uczony, że woda jest groźna i  jak się chce kilka lat później dziecko nauczyć pływać trzeba się sporo natrudzić.
Następnie jest mowa o programowaniu człowieka. W szczególności autor skupia się na dzieciach. Jak ustalono (badania EEG – elektroencefalografem) w wieku 0-2 lat w mózgu dominują fale aktywności mózgowej delta – o najniższej częstotliwości 0,5 Hz do 4 Hz (cykli na sekundę – okres drań powtórzony w ciągu sekundy od 0,5 do 4 razy – patrz rozdział 4). W wieku 2-6 lat dominują fale theta (4-8 Hz). W tym okresie mózg dziecka jest najbardziej podatny na sugestie, łatwo daje się programować. Nie ma tu jeszcze rozwiniętego mechanizmu obronnego, który by coś kwestionował czy nie przyjmował do wiadomości. Od 6 roku życia do ok. 12-ego dominują fale alfa (8-12 Hz) i tu już podatność na sugestie i programowanie spada, a potem pojawiają się fale mózgowe beta (12-35 Hz) utrzymujące się przez coraz dłuższe okresy, które dają stan skupionej świadomości np. podczas czytania książki. Niedawno odkryto też występujący piąty stan aktywności EEG, tj. fale gamma (> 35 Hz), które pojawiają się w fazie szczytowego wysiłku umysłowego (np. u pilota podczas wykonywania manewru lądowania).
Podstawowe zachowania, przekonania i postawy, które widzimy u rodziców, utrwalamy w podświadomym umyśle przez resztę życia, chyba że podejmiemy wysiłek ich przeprogramowania. 
A zatem należy bardzo uważać na to co się robi i mówi, zwłaszcza w przypadku małych dzieci do 6 lat. Jak usłyszymy od takiego dziecka np. brzydkie słowo na literę k, to znaczy, że przyswoiło je ono od nas. Gdy zaś powiemy np. „głupi jesteś”, „jesteś chorowitym słabeuszem”, „nigdy do niczego nie dojdziesz” itp. to dziecko wyryje to w swojej świadomości jako „niepodważalne fakty”, co potem będzie mocno negatywnie rzutować na jego samoocenę, będzie wpływać na jego postępowanie i hamować jego potencjał w dalszym życiu.
Autor zauważa, że nasze fizjologiczne procesy i wzorce zachowania dostosowują się do „prawd”, które mózg uznał za własne, niezależnie od tego, czy są to przekonania korzystne czy szkodliwe. Nie oznacza to jednak, że podświadomość to tylko zło. Jest ona bezuczuciowym archiwum, w którym przechowywane są schematy działania w różnych sytuacjach – bez wnikania w przyczyny i osądzania. To odpowiedniki programów zapisanych na twardym dysku. Mogą być dobre albo złe. Np. gdy dotkniemy ręką czegoś gorącego i się sparzymy to automatycznie cofamy rękę. To program z podświadomości dzięki któremu unikamy ciężkiego poparzenia. Bez podświadomości nie moglibyśmy funkcjonować. Dla zobrazowania wagi i potęgi podświadomości autor podaje, że w ciągu 1 sekundy podświadomy umysł przetwarza informację równoważną 20 milionom bitów informacji. W tym czasie umysł świadomy przetwarza tylko 1 bit! 
Umysł świadomy, choć dużo wolniej działający niż podświadomy sprawia, że nie jesteśmy niewolnikami naszych zaprogramowanych nawyków i możemy dzięki autorefleksji zmienić naszą reakcję czy działanie i zastąpić je innym. Dzięki niemu mamy wolną wolę. Umysł świadomy może się też cofać w przeszłość i myśleć o przyszłości, a podświadomy ogranicza się tylko do teraźniejszości. Dzięki umysłowi świadomemu możemy snuć piękne marzenia np. o życiu w miłości, szczęściu, zdrowiu i pomyślności. W tym czasie umysł podświadomy będzie zawiadywał prozaicznymi czynnościami jak np. obieranie ziemniaków do zupy.
Walka świadomości z podświadomością źle się kończy i nie należy tego robić, ale przeprogramować podświadomość. Autor podaje tu przykład australijskiego pianisty, Davida Helfgotta. Ojciec jako ocalały z Holokaustu zaszczepił w nim przekonanie, że świat jest niebezpieczny i najlepiej się nie wyróżniać, bo może go spotkać coś złego. Mimo tego David uznał, że musi się wyrwać z domu i spełnić swoje marzenie zostania światowej sławy pianistą. W Londynie na konkursie pianistycznym zagrał bardzo trudny Trzeci Koncert Rachmaninowa walcząc cały czas z podświadomością. Odniósł sukces, ale zemdlał z wyczerpania. Walka z wdrukowanym programem pochłonęła ogromną część jego energii. Skutek był taki że popadł w obłęd.
Dalej autor pisze o świadomym poczęciu i ciąży. Nie jest pewnie zaskoczeniem, że to czy dziecko zostało poczęte w miłości, pośpiechu (np. podczas imprezy), w nienawiści (np. gwałt, kazirodztwo) i czy kobieta chciała naprawdę zajść w ciążę. Jak pisze autor pierwotne ludy od tysiącleci wiedziały jak ważny jest akt poczęcia. Przed przystąpieniem do niego dokonywały rytualnego oczyszczenia ciała i umysłu.
Po poczęciu postawa rodziców także jest ważna. Jak pisze autor z badań wynika, że czy to podczas snu czy czuwania nienarodzone dzieci ciągle rejestrują każde działanie, myśl i emocje matki. Doświadczenia życia płodowego już od chwili poczęcia kształtują mózgi i kładą podwaliny pod rozwój osobowości, temperamentu i zdolności rozumowania.
A zatem nie jest prawdą to co twierdzi lewica, że do bodajże 12 tygodnia ciąży dziecko to tylko „zlepek komórek”, który nie ma żadnej świadomości i niczego nie czuje.
Poczynania ojca dziecka też mają znaczenie. Wpływa on swoim postępowaniem na matkę dziecka, a to ma wpływ na rozwój dziecka w jej łonie. Może być on rzecz jasna dobry lub zły. Dalej autor pisze, że ciągły stres matki czy choroby (np. cukrzyca) odbijają się także na dziecku jakie nosi w sobie, co także dowiedziono i podaje różne przykłady.
Dowody na znaczenie rodzicielskiego programowania obalają pogląd, że to geny w pełni przesądzają o naszych cechach, zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Nawet jeśli mamy „supergeny” i mamy duże zdolności to wychowując się w patologicznej rodzinie nie zdołamy ich rozwinąć i bez wielkiej determinacji i ciężkiej pracy niczego nie osiągniemy.
Potem mamy rozważania o świadomym macierzyństwie i tacierzyństwie. Według autora jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje w naszym życiu, z chwilą w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy za to odpowiedzialni. Nie można więc winić kogoś, że jest kiepskim rodzicem jeśli nie był świadomy tego, że źle robił. Podobnie gdy jest się rodzicem nie można w takim przypadku winić siebie za złe postępowanie.
Bruce Lipton obala mit o potrzebie specjalnego pobudzania umysłów małych dzieci np. kartami z obrazkami czy innym gadżetami. Dziecko najlepiej uczy się przez zabawę. To właśnie zabawa jest kluczem do optymalizacji osiąganych przez nie wyników.
Autor zwraca uwagę na duże znaczenie fizycznej bliskości zwłaszcza tuż po urodzeniu. Jak ustalono ma ona wpływ na poziom agresji w społeczeństwie. Niewłaściwa jest zatem praktyka odbierania matce noworodka i umieszczanie go w oddzielnej, często dość odległej sali. Innym negatywnym zachowaniem, mogącym mieć wpływ na agresję dziecka czy już dorosłego w przyszłości, jest praktyka niereagowania na płacz dziecka, bo rzekomo to za bardzo je rozpieszcza. Dotyk ma pozytywny wpływ i ogranicza skłonność do przemocy.
Autor pisze też, że ludzie są istotami bardzo odpornymi i że, jak wynika z badań rumuńskich dzieci z domów dziecka niektórym szkodliwym skutkom zaniedbania we wczesnym okresie rozwoju można zaradzić właściwą opieką, zwłaszcza gdy zapewni się ją odpowiednio szybko.
Nigdy też nie jest za późno na zmiany negatywnych zachowań nawet w wieku dorosłym. Można to osiągnąć przez oddziaływanie na podświadomość za pomocą hipnozy, konsekwentne wdrażanie nowych zachowań, terapię poznawczo-behawioralną i różne zabiegi psychologii energetycznej (tu autor odsyła do swojej strony internetowej http://www.brucelipton.com).

Na zakończenie książki mamy jeszcze epilog, który jest na tyle długi (ok. 30 stron), że można go uznać za dodatkowy rozdział. Tak jak wcześniejsze rozdziały były raczej dla ciała tak ten jest poświęcony duszy i ma tytuł „Nauka i duch”. Dla wielu osób może on być dużym zaskoczeniem czy szokiem jeśli chodzi o poruszane tematy.
Autor zaczyna od tego, że białkowe „przekaźniki” sterujące przebiegiem życia komórki są włączane i wyłączane przez sygnały płynące ze środowiska, a więc z wszechświata.
Z najnowszych odkryć naukowych wyłania się wizja świata niewiele się różniąca od najdawniejszych ludzkich wierzeń zgodnie z którymi każdy przedmiot materialny przenika duch. Szczątkowe kultury pierwotne jakie przetrwały do naszych czasów nadal uważają, że wszystko we wszechświecie stanowi jedność. Jest to spójne z wizją fizyki kwantowej, w której materia i energia są ze sobą ściśle splecione. Również koncepcja Gai – Matki Ziemi jako jednego wielkiego żywego organizmu to zakłada.
Potem mamy  rozważania na temat rozejścia się dróg nauki i ducha oraz historii jak do tego doszło. Ciekawe, ale to nic nowego.
Dalej autor pisze o tym, że jesteśmy stworzeni na obraz wszechświata, a Bogiem dla niego jest „Wszystko co jest”, czyli wszechświat. Białka odbierają sygnały z wszechświata, a my składamy się z białek, więc jesteśmy stworzeni na obraz wszechświata albo Boga. Jesteśmy dopełniaczami otaczającego nas świata. Z tego wynika zatem, że gdy zbyt mocno zmienimy nasz świat przestaniemy do niego pasować. Konsekwencje tego coraz boleśniej odczuwamy. Żyjemy w coraz większym oderwaniu od natury i płacimy za to wysoką cenę w postaci coraz liczniejszych chorób cywilizacyjnych, na które zapadamy w coraz młodszym wieku. Swoim destrukcyjnym działaniem wobec siebie jak i planety zmierzamy do zagłady. Temu zagadnieniu autor poświęca sporo miejsca, ale jest jednak optymistą, czyli podobnie jak ja.
Następnie autor skupia się na receptorach tożsamości. Są one na powierzchni każdej z naszych komórek. B. Lipton porównuje człowieka do odbiornika telewizyjnego. Nasza tożsamość to transmisja sygnału odbierana przez antenę. Antena to receptory w białkach komórek, a transmisja jest tym co odbieramy przez nie ze środowiska (wszechświata) w tym nasza tożsamość. Teraz robi się ciekawie! Otóż telewizor gdy się zepsuje nie pokazuje obrazu. To jednak nie oznacza, że sygnał z którego powstaje obraz przestał być transmitowany. Transmisja trwa nadal. Gdy naprawimy telewizor lub kupimy inny i podłączymy obraz znów się pojawi. Zatem podobnie jest z naszym ciałem. Skoro odbiera ono sygnały z wszechświata, to gdy „się zepsuje” sygnały te nadal płyną. Mimo iż nasze ciało jest martwe informacje o naszej tożsamości nie zniknęły. A zatem jeśli pojawi się kiedyś inne ciało mające ten sam zestaw receptorów tożsamościowych to będzie to ta sama osoba w innym ciele. A to jest nic innego jak reinkarnacja!
Żeby było jeszcze ciekawiej autor podaje świadectwa istnienia życia pośmiertnego dowodzące, że to nie bajki, ale prawda! Jednym z nich jest przypadek Jamesa Leningera opisany w książce „Soul Survivor”. Są też tysiące relacji o wyjściu duszy poza ciało w trakcie stanu na granicy śmierci i widzeniu wspaniałego świata „po drugiej stronie”. Jednym z nich jest np. doktor Eben Alexander, neurochirurg, ortodoksyjny racjonalista odrzucający istnienie duszy. Pewnego dnia jego mózg zaatakowały bakterie E. coli i dokonały jego spustoszenia w obszarze kory nowej odpowiadającej za funkcje poznawcze. Mózg neurochirurga zmienił się w dużej części w nabrzmiały ropą wrzód. Świadomość mu zanikła i zapadł na tydzień w śpiączkę. Potem cudownie ozdrowiał. W czasie śpiączki zaś przeniósł się „na drugą stronę”, choć z powodu zniszczenia mózgu nie zapamiętał wiele, ale doświadczył przeżyć duchowych mimo niemal wyłączonego mózgu. Kora nowa mu się zregenerowana i odzyskał wspomnienia „z zaświatów”. Tym samym stało się jasne, że doświadczenia przejścia „na drugą stronę” nie są wytworem wyobraźni mózgu jak wcześniej uparcie twierdził Alexander.
Autor podaje jeszcze jeden „absurdalny” przypadek „cudu”. Anita Mourjani zachorowała na raka i jej stan się pogarszał aż zapadła w śpiączkę, a lekarze nie dawali rodzinie większych szans na to, że się obudzi. Ona zaś opuściła ciało, widziała i słyszała wszystkie rozmowy lekarzy z jej rodziną i między sobą. Przeniosła się do niefizycznej rzeczywistości, gdzie uwolniła się od cierpienia, poczuła spokój, miłość i harmonię. Spotkała zmarłego ojca i innych krewnych i znajomych. W wyniku rozmowy z ojcem i innymi bliskimi dokonała przeglądu życia i ustaliła, że rak miał źródło w traumatycznych doświadczeniach życiowych stojących w sprzeczności z programowaniem kulturowym za młodu. Dostrzegła jak do choroby przyczyniły się lęki i niepokoje wywołane przez odejście od wpojonych zasad. Zdecydowała że wróci do ciała z powodu mocno kochającego ją męża i tak zrobiła. Obudziła się, co zdumiało lekarzy. 2 tygodnie później w szpiku kostnym nie miała śladów raka. Lekarze byli w szoku. Mówili, że to niemożliwe i  że rak musi gdzieś być – nie mógł sobie tak po prostu zniknąć i trzeba go znaleźć. Szukali, szukali i niczego nie znaleźli. Anita cudownie wyzdrowiała.
Jeśli zaś chodzi o optymizm że ludzkość i Ziemia przetrwa to autor opiera to na geometrii fraktalnej, którą w skrócie przedstawia. Naturalna się na niej właśnie opiera (np. drzewa czy liście na nich). Jest to też bardzo ciekawe, ale na tym zakończę, bo i tak już jest to dużo dłuższe streszczenie niż w założeniu miało być. Książka porusza niesamowicie wiele ważnych spraw i stąd tak wyszło.

Reasumując jest to książka bardzo wartościowa. Porusza bardzo wiele spraw, obala wiele teorii i mitów, a najważniejsze przesłanie jakie z niej według mnie płynie brzmi tak: nie jesteś zakładnikiem swoich genów! To ty sam decydujesz o swoim życiu i je kształtujesz. Sprawy duchowe poruszone w rozdziale 4 (fizyka kwantowa) i epilogu (duchowość) są także bardzo ważne. Polecam tę książkę każdemu kto poszukuje prawdy i chce podwyższyć swą świadomość.