Dzwoniące cedry Rosji

Dziś przedstawię drugi tom z serii Władimira Megre „Dzwoniące cedry Rosji” o tym samym tytule.

Znalezione obrazy dla zapytania Dzwoniące cedry Rosji

Według mnie ta książka nie jest tak ciekawa i wciągająca jak pierwszy tom o tytule „Anastazja”, choć także jest interesująca i warta przeczytania.

Na początku mamy przedstawione to jak ludzie reagowali na osobę Anastazji. Oczywiście nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, że dla większości ludzi była albo „kosmitką” albo „wysłanniczką szatana” (w końcu to co robi i mówi jest sprzeczne z religijną tak katolicką czy prawosławną jak i każdą inną), bo żeby przynajmniej postarać się zrozumieć jej przekaz trzeba mieć otwarty umysł, a większość ludzi niestety ma wgrane do głowy programy (w szkole, kościele, mediach, domu) i jak ktoś mówi inaczej niż przewiduje program to następuje wyparcie i uznanie takiej osoby za wariata albo idiotę. Byli jednak też tacy których zainspirowała. Rosyjscy fizycy potwierdzili, że słowa Anastazji z pierwszej części „Jestem człowiekiem, kobietą” są prawdziwe. Stwierdzili bowiem, że fizyka uznaje istnienie Wyższego Umysłu, z którego korzysta Anastazja i stąd jej niewyobrażalnie duża wiedza o naszym świecie, o roślinach, zwierzętach, o filozofii, naukach ścisłych czy o przeszłości w tym tej dalekiej liczącej tysiące lat. Ten Wyższy Umysł, to jakby to ująć centralna baza danych Wszechświata czy centralna biblioteka Wszechświata, w której zgromadzona jest cała wiedza z Wszechświata. Internet przy tym to tylko kiepska proteza. Kiedyś ludzkość miała łączność z tą centralną biblioteką, ale ją utraciliśmy jakieś 10.000 lat temu i od tamtej chwili świat zmierza ku zagładzie.

Potem dowiadujemy się, że Anastazja to maszynka do zarabiania pieniędzy. Potrafi uzdrowić ludzkie ciało z każdej choroby w nie więcej niż kwadrans. Autor chciał, aby przeniosła się do naszego świata i leczyła ludzi. Ona jednak nie chciała. Jak stwierdziła nie każde uzdrowienie jest dobre. Podała przykład staruszki, która uprawiała na małej działeczce warzywa dla syna, który studiował malarstwo. Marzyła, aby został wybitnym malarzem. Zawsze jak ją odwiedzał dawała mu przetwory z warzyw, aby się dobrze odżywiał. W końcu dopadła ją choroba i staruszka z wielkim trudem uprawiała działkę. Wyczuwała że niedługo umrze i kupiła już nawet trumnę i poczyniła przygotowania do pogrzebu. Chciała zdążyć zebrać plony i zrobić dla syna przetwory na zimę nim umrze.
I wszystko wskazywało na to, że tak będzie, ale Anastazja uzdrowiła jej ciało. Tym samym przedłużyła udrękę duszy, która miała już tego dość. Syn przyjechał do matki wcześniej niż zwykle i tylko na 2 dni i powiedział, że rzuca naukę i zajmie się czymś innym co pozwoli mu zarobić na życie. Nie wziął od matki przetworów i wyjechał.
Kobieta straciła sens życia i mimo, że miała zdrowe ciało to czuła w duszy pustkę i poczucie beznadziei. 2 tygodnie później zmarła. Zatem uzdrawiając ciało możemy zaszkodzić duszy.

Potem możemy dowiedzieć się jak mała sadzonka wisienki sprawiła, że Władimir Megre i Anastazja spotkali się. To była naprawdę niesamowita historia z tą wisienką. Aż łzy mi poleciały jak to czytałem. W skrócie – autor tak pielęgnował wisienkę, rozmawiał z nią, głaskał jej liście i gałązki aż kiedyś ją pocałował. I to według Anastazji zdecydowało.

Mamy też rozważania o Bogu i o tym jak dotrzeć do ludzi, aby przestali niszczyć siebie i swoją planetę. Jak stwierdziła bowiem Anastazja wypowiedziano już mnóstwo słów i nic się nie zmieniło – ludzkość jak parła ku destrukcji tak dalej to robi. Anastazja zapytała o to centralną bibliotekę i uzyskała odpowiedź, że kluczem jest jedność przeciwieństw. Jej dokładna odpowiedź gdy ktoś nie zna filozofii nie jest łatwa do zrozumienia. Niech zresztą każdy sam oceni. Oto ta wypowiedź Anastazji o jedności przeciwieństw:
Gdy komentowano Sutrę Avatamsaki, dwa przeciwne sposoby myślenia zlały się w dynamiczną jedność. Na skutek tego powstała filozofia Huayan (Kegon), ucieleśniająca w sobie większą doskonałość składników światopoglądu, porównań z modelami i teoriami, podobnie jak w waszej współczesnej fizyce„.
Nie znam się na filozofii, ale wnioskuję z powyższego, że złożenie elementów stanowiących przeciwne sposoby myślenia w jedną całość pozwala lepiej wyjaśnić rzeczywistość niż gdy posłużymy się tylko elementami z jednego sposobu myślenia.
Jak później próbowała to prościej wyjaśnić Anastazja kluczem są ludzie o przeciwstawnych sposobach myślenia. Ci którzy myślą inaczej niż większość z wgranymi programami doprowadzą do przebudzenia, a gdy będzie odpowiednia grupa przebudzonych powstrzymają oni swoim zbiorowym działaniem i myśleniem globalną katastrofę i nie będą się już te katastrofy powtarzać. Dziś po ponad 20 latach od pierwszego wydania tej książki wydaje się, że Anastazja miała racje i cel jest bliski osiągnięcia. Mamy duże zawirowania na świecie, ale nic nie wskazuje na to, aby miała wybuchnąć III wojna światowa.
Dowiadujemy się też, że według Anastazji globalna katastrofa, w której zginęłaby większość ludzkości mogła nastąpić w 1992 roku, ale zapobiegli jej działkowcy. Dzięki trosce o działki, czułości do roślin i Ziemi dodali jej sił i zdołała ona powstrzymać katastrofę. W przeciwnym razie ilość nagromadzonej wewnątrz Ziemi złej energii byłaby zbyt duża i Ziemia musiałaby ją uwolnić w dużej ilości co spowodowałoby katastrofę. Mamy też bardzo ciekawą opowieść o bardzie. Słowo to związane jest z Celtami.

Kolejna część książki to powrót autora do naszego świata i opowieści o jego problemach z firmą, pracownikami i rodziną. Wszystko mu się waliło. Przyleciał do Moskwy i tam próbował znaleźć sposób na zarobienie pieniędzy. Mamy też opowieści o czasach sprzed pieriestrojki w Rosji. Dowiadujemy się też jak to już po tzw. transformacji ustrojowej pojawiło się wielu oszustów żerujących na naiwności ludzi. Jako przykład autor podał tzw. przedsiębiorców z Herbalife. U nas było podobnie np. mamiono nas wtedy wspaniałością ubezpieczeń. Tak zostali złapani np. moi rodzice. Po wielu latach okazało się, że jak odebrali należne im pieniądze to była to suma znacznie mniejsza niż ta o jakiej przekonywał ich agent ubezpieczeniowy. Zorientowali się już dużo wcześniej, ale zerwanie umowy oznaczałoby duże straty więc musieli polisę płacić do końca.
Autor próbował utworzyć zrzeszenie uczciwych przedsiębiorców Rosji jak chciała Anastazja. Idea była szczytna, ale realizacja szła jak po grudzie. W pomoc autorowi zaangażowało się 3 studentów. Niedługo później przyjechał do autora ktoś z Nowosybirska i przywiózł informacje, że firma upada i że rodzina uznała, że zwariował. Autor załamał się i nie widząc perspektyw na wyjście z katastrofalnej sytuacji postanowił popełnić samobójstwo. Odwiodły go od tego dzieci śpiewające melodię Anastazji w moskiewskim metrze. Wtedy autor podjął decyzję, że napisze książkę tak jak chciała Anastazja.

Początek był ciężki. Autor miał mało pieniędzy i chciał sprzedać czapkę z norek. Transakcja na targowisku zakończyła się uderzeniem autora w głowę i utratą czapki. Autor oszołomiony uderzeniem w głowę zagapił się i oblał go przejeżdżający samochód, a potem jeszcze ciężarówka. Do wynajmowanego mieszkania miał 3 przystanki, ale nie z powodu wyglądu bał się iść. Pomógł mu bezdomny jak się później okazało pułkownik KGB, który umożliwił mu nocleg i wysuszenie ubrania w piwnicy jednego z bloków, gdzie zamieszkiwał. Opowiedział mu autor o Anastazji i o tym, że zamierza napisać książkę. Nad ranem musieli się szybko ewakuować z piwnicy bo inni przebywający w niej bezdomni wychodząc podpalili w niej watę  z proszkiem i szybko można było się udusić. Niedługo później autor wrócił do tej piwnicy chcąc zaproponować pułkownikowi KGB wspólne mieszkanie i pomoc w pisaniu książki. Jednak pułkownik leżał martwy na ziemi, a na ścianie piwnicy czerwoną kredą widniał rysunek tarczy słonecznej z cedrową gałązką w środku i napisem dookoła tarczy „Dzwoniące cedry Rosji”. Taki rysunek autor postanowił zamieścić na okładce swojej książki.

Z pomocą 3 studentów autor pisał książkę – W. Megre pisał rękopis, a oni wprowadzali to do komputera i potem przynosili mu dyskietki. Pierwsza cieniutka książeczka o Anastazji została wydana w nakładzie 2 tysięcy egzemplarzy. Pierwsze egzemplarze autor sprzedawał sam przy wyjściu z metra, a potem zaczęli mu pomagać pierwsi czytelnicy. Potem niespodziewanie dyrektor koncernu wydawniczego Jurij Nikitin sfinansował cały kolejny nakład 2 tysięcy egzemplarzy. Książka zaczęła się dobrze sprzedawać.

Potem mamy spotkanie autora z Ojcem Feodorytem, z którym to 27 lat wcześniej się spotykał i z którym nagle zerwał kontakt. Wówczas autor nie miał silnej wiary, nie uczęszczał regularnie do cerkwi i nie przyjmował regularnie komunii. Mimo to duchowny zainteresował się nim i chciał mu pomóc trafić na drogę wiary w Boga. Narodziła się między nimi przyjaźń. Jednak pewnego dnia autor urwał kontakty z ojcem Feodorytem i prowadził przez 25 lat rozpustne życie. Dopiero gdy spytał Anastazję czy w jego świecie są ludzie z jej wiedzą i zdolnościami wskazała właśnie ojca Feodoryta. Wtedy postanowił go odszukać i się ponownie z nim spotkać. Teraz ojciec Feodoryt mieszkał w lesie w malutkim przyklasztornym Skicie w pobliżu którego była mała drewniana cerkiew.

Znalezione obrazy dla zapytania skit prawosławny
Skit prawosławny koło Odrynek na Podlasiu

Spotkali się, ale okazało się, że to już nie ten ojciec Feodoryt. Tamten zmarł. Mimo tego wszystko wyglądało tak jakby się znali, ojciec Feodoryt poczęstował autora obiadem tak jak kiedyś, porozmawiali o Anastazji i książce. Po spotkaniu autor doszedł do wniosku, że w rosyjskich klasztorach są starcy, których mądrość i przystępność z jaką wszystko tłumaczą przewyższa poziom wielu duchownych rosyjskich i zagranicznych. I dziwił się dlaczego milczą.

Następnie mamy dość długą rozmowę autora z dziadkiem Anastazji, z którym to autor spotkał się na Ogólnorosyjskim Centrum Wystawowym, na które pojechał po sprzedaży pierwszego nakładu książki. Była to bardzo interesująca rozmowa. Dziadek Anastazji np. stwierdził, że kobieta czuje ból i stanowi on dla niej cierpienie gdy dziecko zostało poczęte na skutek grzechu, tj. cielesnych rozkoszy. Jeśli zaś z prawdziwej miłości to też czuje ból, ale poczucie wielkiej radości tworzenia jest tak duże, że nie cierpi. Według Anastazji pycha i próżność to grzech śmiertelny oddalający człowieka od prawdy. Istotny jest ten fragment rozmowy autora z dziadkiem Anastazji:
„- Kto tworzy piekło?
– Jasnowidze, wierzący i mówiący o katastrofie, o końcu świata, sami tworzą myśli i wyobrażenia o końcu świata. Mnóstwo wyznań, przepowiadających globalną zagładę ludzkości, swoimi myślami i wyobrażeniami ją przybliża. Jest ich wiele, bardzo wiele. Ludzie ci, poszukujący dla siebie zbawienia, szukający ziemi obiecanej, nawet nie podejrzewają, że zgotowano im piekło.
– Ale ci ludzie, którzy mówią i strasznym sądzie i katastrofie, wierzą w nie i szczerze modlą się o zbawienie swych Dusz.
– Nie kieruje nimi wiara w światłość, w miłość, przez co Bóg się przejawia, lecz strach. Te potworności sami sobie przygotowują.”
Za namową dziadka Anastazji autor podał w książce szczegóły odnośnie zbierania szyszek i produkcji oleju cedrowego. Warta uwagi i zapamiętania jej sensu jest też ta wypowiedź dziadka Anastazji:
„Człowiek jest jedyną istotą we Wszechświecie, która żyje równocześnie na wszystkich płaszczyznach egzystencji. Większość spostrzega swoje doczesne istnienie tylko jako ziemską, zmaterializowaną formę. Są jednak i tacy, którzy odczuwają też inne, niewidzialne płaszczyzny. Ludzie, którzy nazywają Anastazję Boginią nie grzeszą przeciw prawdzie. Najważniejsza różnica pomiędzy człowiekiem, a wszystkim co istnieje, polega na tym, że człowiek został obdarzony zdolnością stwarzania teraźniejszości i przyszłości swoimi myślami, tworząc kształty i obrazy, które materializują się po pewnym czasie. Przyszłość zależy od wyrazistości, harmonijności, prędkości myśli i czystości intencji Człowieka – Stwórcy.”

Niezwykle interesujący jest ostatnio rozdział poświęcony świętym miejscom Rosji.
Unikalne święte miejsca Rosji, które w większości są zupełnie nieznane lub znane bardzo słabo to: Libański Cedr, góra Świętej Niny, Skit, uzdrawiające źródło „Święta Rączka”.
Dowiadujemy się, że w mieście Gelendżyk znajdują się tzw. dolmeny.

Podobny obraz
Jeden z dolmenów na Kaukazie

Są to starożytne, neolityczne grobowce z kamienia o czym mieszkańcy wiedzą, ale zupełnie nie zwracają na to uwagi, a część dolmenów już rozebrali, aby wykorzystać kamień jako budulec. A nie są to zwykłe grobowce. Są one cenniejsze niż piramidy w Egipcie! Anastazja wyjaśnia ich sens. Tu trzeba się jednak cofnąć do tego co napisałem na początku o Wyższym Umyśle, czy jakby to inaczej ująć kosmicznej centralnej bazie danych. Według Anastazji jeszcze jakieś 10000 lat temu żyli ludzie potrafiący łączyć się z tą bazą danych i uzyskiwać potrzebne im informacje. Dzięki nim rozumieli swoją planetę i jej potrzeby i żyli z nią w harmonii. Rozumieli kosmos i swoją planetę i ją udoskonalali. Około 10000 lat temu pojawili się ludzie, którzy byli „inwalidami”, bo nie potrafili nawiązać łączności z kosmosem w celu zdobycia informacji lub tą łączność mieli ograniczoną. I wtedy zaczęła się trwająca do dziś destrukcja planety i pęd ludzkości ku globalnej katastrofie.
Z pewnością spytacie: dobrze, ale co to ma wspólnego z dolmenami? Otóż ma. Grobowce te zbudowano kilka tysięcy lat temu, gdy ludzie mający łączność z kosmiczną biblioteką jeszcze żyli, ale było ich już bardzo mało. Byli to najczęściej przywódcy plemienia czy szamani. To na ich polecenie budowano specjalne konstrukcje z kamiennych płyt. W środku była komora o wymiarach ok. 1,5 m x 2 m x 2 m. Płyty stawiano pod niewielkim kątem do wewnątrz. Anastazja podaje więcej szczegółów na temat konstrukcji dolmenów. To nie jest jednak najważniejsze. Istotne jest to, że te grobowce były odbiornikami informacji z kosmosu. Gdy szaman czy inny wysoki rangą członek społeczności czuł że kres jego życia się zbliża, a posiadał łączność z kosmosem to często prosił współbraci o umieszczenie go we wnętrzu dolmenu i zamknięcie. Jeśli uznawano go za godnego spełniano jego prośbę. Wewnątrz dolmenu człowiek umierał całkowicie odizolowany od zewnętrznego, materialnego świata i jego bodźców. Dzięki temu miał możliwość pełnego obcowania z Umysłem Kosmosu, zrozumienia wielu zjawisk i postępowania ludzi. Później jego dusza mogła przekazywać uzyskane z Kosmosu informacje następnym pokoleniom, żyjącym nawet tysiące lat później, które tej łączności nie miały. Celem było to, aby ludzkość zrozumiała jak źle i destrukcyjnie postępuje wobec Matki Ziemi i siebie i aby zmieniła swoje postępowanie. Dziś możnaby powiedzieć, że celem było przebudzenie ludzkości. Żeby uzyskać informacje, odpowiedzi na nurtujące nas pytania, należało usiąść przed komorą i zamyślić się. Odpowiedź niekiedy przychodziła od razu, niekiedy później, ale pojawiała się zawsze. Było tak i wciąż jest dlatego, że te konstrukcje i ci którzy w nich zmarli, służyli za odbiornik informacji. Ułatwiali oni kontakt z Umysłem Wszechświata.

Jak mówi Anastazja taki sam cel miała budowa piramid. Dolmeny stanowią pierwowzór egipskich piramid, które jednak są słabszymi odbiornikami mimo dużo większych rozmiarów. Pochowani tam Faraonowie byli myślicielami, którzy posiadali częściową zdolność łączenia się z Intelektem Wszechświata. Cel ich umieszczenia w piramidach był taki sam jak w przypadku dolmenów. Za pomocą piramid jednak można było uzyskać informację z kosmosu tylko grupowo, a nie indywidualnie jak w przypadku dolmenów. Według Anastazji gdy chciano uzyskać odpowiedź na jakieś pytanie ludzie stawali wzdłuż każdej z czterech ścian, a spojrzenie i wewnętrzny wzrok kierowali ku szczytowi piramidy, jakby ślizgając się po jej pochyłej krawędzi. U szczytu spojrzenia i myśli ludzi skupiały się w jednym punkcie, tworząc kanał, przez który dochodziło do kontaktu z Umysłem Wszechświata. Obecnie wciąż można to robić tylko trzeba postępować według tych reguł. Warto byłoby to sprawdzić w praktyce. Niestety nie wiadomo jak liczna musi być grupa czy wystarczy kilka osób czy np. musi ich być ze 20?

Drugi tom z serii „Dzwoniące cedry Rosji” nie jest tak emocjonujący i pobudzający umysł jak pierwszy tom, ale i tak przeczytałem go z wielką chęcią w ciągu 2 dni. Jednak to, że ten tom był nieco mniej ciekawy od poprzedniego można według mnie tłumaczyć też tym, że pierwszy był całkowicie niekonwencjonalny i stanowił dla czytelnika wprowadzenie w zupełnie nowy paradygmat myślenia. Drugi tom już tego efektu nowości nie posiada, bo jesteśmy po lekturze pierwszego tomu już na to przygotowani i dużo ciężej nas czym zaskoczyć. Tak czy inaczej jest to bardzo wartościowa lektura i polecam ją wszystkim osobom o otwartych umysłach.

Reklamy

Dlaczego zwierzęta nie dostają zawałów serca tylko my ludzie

Dziś przedstawię książkę twórcy medycyny komórkowej dr med. Mathiasa Ratha pt. „Dlaczego zwierzęta nie dostają zawałów serca tylko my ludzie”.

Dlaczego Zwierzęta Nie Dostają Zawałów Tylko My Ludzie - zdjęcie 1

Książka ta opisuje odkrycia jakich dokonał dr Rath wraz z zespołem już na początku lat 90-ych XX w. Są one na tyle rewolucyjne, że ich upowszechnienie spowoduje bankructwo przemysłu leków kardiologicznych tj. głównie na obniżenie cholesterolu, ciśnienia czy diuretyków. Dlatego mimo upływu ponad ćwierci wieku wciąż znane jest ono nielicznym, choć ich liczbę w skali świata mierzy się już w milionach, a nie w tysiącach jak to było jeszcze z dekadę temu.

Na czym polegają te rewolucyjne odkrycia?
przyczyną miażdżycy, zawałów, udarów, arytmii i innych chorób serca jest chroniczny niedobór witaminy C i w mniejszym stopniu innych komórkowych składników odżywczych, co powoduje niestabilność ścian tętnic, ich uszkodzenia i wynikającą z tego powodu miażdżycę, która jest procesem naprawczym, tj. zastępczym sposobem zapewnienia stabilności ścian tętnic; miażdżyca to po prostu łagodniejsza forma szkorbutu;
prawie wszystkie zwierzęta produkują w swoim organizmie tzw. endogenną witaminę C (np. koza ok. 15 g dziennie), co zabezpiecza je przed miażdżycą i chorobami serca;
miażdżycę tętnic można zatrzymać, a nawet cofnąć przez przyjmowanie odpowiednich dawek  witaminy C, witaminy E, L-lizyny i L-proliny
miażdżyca nie występuje w żyłach ze względu na dużo niższe ciśnienie krwi niż w tętnicach
miażdżyca występuje głównie w tętnicach wieńcowych, gdyż są one dużo bardziej obciążone mechanicznie niż inne tętnice (podczas każdego pompowania krwi przez serce ulegają ściśnięciu)
cholesterol odkładający się w tętnicach jest skutkiem, a nie przyczyną miażdżycy i chroni nas przed śmiercią lub inwalidztwem; gdyby nie on doszłoby do powstania skrzepu i zamknięcia światła tętnicy.

W pierwszym, wstępnym rozdziale książki dr Rath przedstawia swój dziesięciopunktowy program w optymalizacji zdrowia układu krążenia. Poniżej go w skrócie przedstawię.

1. Zrozum jak działa Twój układ krążenia. 
Długość wszystkich dużych i małych naczyń krwionośnych w naszym organizmie to prawie 100.000 km, a ich powierzchnia jest porównywalna z dużym stadionem piłkarskim! Ludzkie serce uderza 100 000 razy każdego dnia i wykonuje największy wysiłek ze wszystkich organów. Zdrowie całego organizmu zależy od zdrowia układu krążenia, a Twój wiek odzwierciedla stan Twoich naczyń krwionośnych i serca. Zatem możesz być więc np. 45-letnim starcem z zapchanymi tętnicami albo 80-letnim jeszcze dość młodym człowiekiem z drożnymi naczyniami.

2. Wzmocnij ściany swoich naczyń krwionośnych.
Niestabilność ścian naczyń krwionośnych i ich uszkodzenia są głównymi przyczynami powstawania złogów miażdżycowych. Naturalnym „cementem” stabilizującym ściany naczyń krwionośnych jest witamina C. Nasza codzienna dieta jest zbyt uboga w witaminę C, więc trzeba ją suplementować, ale nie w postaci pastylek z apteki. Najlepszy jest według mnie proszek witaminy C np. z ekstraktu z owoców dzikiej róży czy aronii (choć jest dość drogi – jednak w przeliczeniu na masę i tak sporo tańszy niż apteczne pastylki), które zawierają dużo witaminy C. Chodzi bowiem o jej przyswajalność. Ta apteczna jest słabo przyswajalna. Stosując dużo tańszy syntetyczny, słabo przyswajalny proszek (np. ze Stanlabu) należy go zmieszać np. rozpuszczając w soku pomarańczowym czy w wodzie z dodatkiem soku z cytryny i miodu spadziowego (ma dużo bioflawonoidów ułatwiających przyswajalność witaminy C).
Minimalna dawka witaminy C dla osób niebiorących leków to 600 mg na dobę. Tyle można dostarczyć organizmowi zjadając codziennie np. ok. 1/3 kg natki pietruszki albo 6,5 sztuki świeżej papryki. Jak ktoś da radę może zrezygnować z suplementacji.

3. Usuń w sposób naturalny złogi zalegające w Twoich arteriach.
Aminokwasy lizyna i prolina są substancjami „teflonowymi”, które wraz z witaminą C pozwalają w naturalny sposób usunąć istniejące złogi miażdżycowe. Proces ten trwa tym dłużej im większy jest stopień zaawansowania miażdżycy.

4. Rozluźnij ściany swoich naczyń krwionośnych.
Magnez oraz witamina C zapobiegają spazmom ścian naczyń krwionośnych i normalizują poziom ciśnienia krwi. Dodatkowe korzyści może przynieść zastosowanie w diecie naturalnego aminokwasu – argininy, która jest metabolizowana do tlenku azotu, rozszerzającego naczynia krwionośne.

5. Wyreguluj pracę swojego serca.
Serce jest silnikiem układu krążenia. Tak jak silnik samochodu tak i miliony komórek mięśnia sercowego do prawidłowego działania potrzebują stałego dopływu paliwa. Tym paliwem są dla serca: karnityna, koenzym Q-10, witaminy z grupy B oraz wiele minerałów i pierwiastków śladowych w optymalnych dawkach. Te składniki zapewniają właściwe funkcjonowanie elektrycznych komórek serca dzięki czemu serce bije regularnie.

6. Chroń swoje naczynia krwionośne przed biologiczną korozją.
Biologiczna korozja, czyli utlenianie, niszczy układ krążenia i przyspiesza proces starzenia. Do najważniejszych naturalnych przeciwutleniaczy zaliczyć można: witaminę C, witaminę E, beta-karoten i selen. Optymalne dzienne ich spożycie zapewnia skuteczną ochronę przed utlenianiem. Od siebie dodam, że jak wynika z wcześniej przedstawianej przeze mnie książki najsilniejszym i najlepszym naturalnym przeciwutleniaczem jest nasza Matka Ziemia, a więc jak najwięcej chodźmy po niej, siedźmy lub stójmy boso i pobierajmy od niej wolne elektrony.
Nie pal, bo składniki dymu papierosowego przyspieszają ponad normę proces utleniania ścian naczyń krwionośnych (w dymie jest dużo wolnych rodników).

7.  Regularnie uprawiaj ćwiczenia fizyczne.
Aktywność fizyczna jest podstawą zdrowia układu krążenia. Systematyczne uprawianie takich dyscyplin sportu jak: chodzenie, pływanie, jazda na rowerze są idealne dla nas wszystkich, bez względu na wiek.

8. Stosuj zdrową dietę.
Dieta naszych przodków sprzed tysięcy lat obfitowała w pokarm roślinny zawierający błonnik i witaminy. Te preferencje dietetyczne ukształtowały dzisiejszy metabolizm naszych organizmów. Dieta bogata w owoce i warzywa, zawierająca małe ilości tłuszczów i cukrów sprzyja zdrowiu układu krążenia.

9. Znajdź czas na relaks.
Stres fizyczny i emocjonalny jest czynnikiem ryzyka dla układu krążenia. Długotrwały stres fizyczny lub emocjonalny wyczerpuje zapasy witamin i innych składników odżywczych w organizmie i wymaga ich uzupełnienia w diecie.

10. Zacznij od razu.
Jak dowodzą badania naukowe miażdżyca zaczyna się już u 10-letnich dzieci. Nie czekaj więc i zacznij już dziś nawet jak masz 25 lat i świetnie się czujesz i masz dobrą kondycję fizyczną.

Poniżej zestawienie komórkowych składników odżywczych dla Programu Podstawowego dla zdrowia układu krążenia. Wartości liczbowe po lewej stronie kreski to ilości minimalne dla osób zdrowych (młodzież i dorośli), a wartości po prawej stronie kreski są przeznaczone dla osób z podwyższonym zapotrzebowaniem na komórkowe składniki odżywcze (np. stale biorących leki i mających już zaawansowaną miażdżycę)

WITAMINY
C: 600 – 3000 mg
E: 130 – 600 IU (jednostki międzynarodowe)
beta-karoten: 1600 – 8000 IU
B1: 5 – 40 mg
B2: 5 – 40 mg
B3: 45 – 200 mg
B5: 40 – 200 mg
B6: 10 – 50 mg
B12: 20 – 100 mcg (1 mcg = 0,001 mg = 10^-6 g)
D3: 100 – 600 IU (dziwnie mało, bo oficjalnie nawet zalecają brać 1000-2000 IU, a ja biorę 4000 IU, a jak czuję że mnie coś bierze to nawet i 10000 IU)
kwas foliowy: 90 – 400 mcg
biotyna: 60 – 300 mcg

MINERAŁY
wapń: 30 – 150 mg
magnez: 40 – 200 mg
potas: 20 – 90 mg
fosfor: 10 – 60 mg

PIERWIASTKI ŚLADOWE
cynk: 5 – 30 mg
mangan: 1 – 6 mg
miedź: 300 – 2000 mcg
selen: 20 – 100 mcg
chrom: 10 – 50 mcg
molibden: 4 – 20 mcg

AMINOKWASY I INNE KOMÓRKOWE SKŁADNIKI ODŻYWCZE
L-prolina: 100 – 500 mg
L-lizyna: 100 –  500 mg
L-karnityna: 30 – 150 mg
L-arginina: 40 – 150 mg
L-cysteina: 30 – 150 mg
inozytol: 30 – 150 mg
koenzym Q-10: 5 -30 mg
pyknogenol: 5 – 30 mg
bioflawonoidy: 100 – 450 mg

Potem jest jeszcze kilka stron gdzie jest opis funkcji różnych komórek i schemat pojedynczej komórki z jej elementami składowymi. Są też bardzo dobre ilustracje i zdjęcia mikroskopowe różnych komórek np. śródbłonka, mięśni gładkich, płytek krwi, białych krwinek i komórek mięśnia sercowego.

Drugi rozdział dotyczy miażdżycy, zawału serca i udaru mózgu. Przedstawia wyniki badania, przeprowadzonego metodą Superszybkiej Tomografii Komputerowej. Dzięki niej określono roczny przyrost miażdżycy w zależności od stopnia zaawansowania od 4 do 40 mm2. Im większe zaawansowanie tym większy przyrost. Średnio było to 44% u każdego badanego pacjenta. Po zastosowaniu ww. programu witaminowego (w szczególności witaminy C i E oraz lizyny i proliny) złogi miażdżycowe przestawały rosnąć, cofały się a u 51-letniego pacjenta mającego początkowe stadium miażdżycy bez objawów zniknęły. W rozdziale jest przedstawionych wiele listów od pacjentów potwierdzających działanie programu witaminowego i poprawy ich zdrowia podczas  gdy leczenie konwencjonalne było mało lub w ogóle nieskuteczne.
Są przedstawione także badania kliniczne z witaminą C wskazujące na zmniejszenie się złogów miażdżycowych w ciągu 12 miesięcy przy przyjmowaniu 1500 mg witaminy C dziennie. Badań tych nie rozwijano dalej przez ok. 50 lat! Są też opisane badania wpływu na miażdżycę witaminy E i prowitaminy A (beta-karotenu) oraz B6 i B12 które zmniejszają o co najmniej 30% ryzyko zawału lub udaru.
Jest tu też wyjaśnione dlaczego zwierzęta nie dostają zawałów serca. Chodzi o witaminę C zabezpieczającą przed miażdżycą. Jest tu wyjaśnione w jaki sposób witamina C chroni przed miażdżycą. W uproszczeniu – pobudza ona syntezę kolagenu, który zapewnia elastyczność naczyń krwionośnych dzięki czemu nie tworzą się pęknięcia w ich ścianach i naczynia są stabilne. Mamy tu też dowód w postaci badania na świnkach morskich (tak jak ludzie nie produkują w swoich organizmach witaminy C), że oficjalnie zalecana dawka witaminy C (badano 60 mg) powoduje rozwój miażdżycy, co nie nastąpiło przy wysokiej dawce, tj. 5000 mg. Szkoda że nie zbadano dużo niższej dawki np. 500 mg czy minimalnej zalecanej przez dr Ratha 600 mg, ale celem było tu potwierdzenie teorii że niedobór witaminy C powoduje miażdżycę, a nie ustalenie minimalnej dawki, która nie powoduje miażdżycy.
Na końcu rozdziału mamy wyjaśniony mechanizm naturalnego cofania się choroby sercowo-naczyniowej przy zapewnieniu odpowiednich dawek witamin i innych składników. Dowiadujemy się m.in., że lizyna i prolina tworzą wokół cząsteczek tłuszczów warstwę, która nie pozwala się im przyczepiać do ścian naczynia, a te które już są przyczepione zostają dzięki temu od niej oderwane. To powoduje przejściowy wzrost poziomu cholesterolu we krwi. Nie należy wtedy panikować, bo to oznaka zdrowienia. Po około 3 tygodniach poziom cholesterolu powinien wrócić do poprzedniego, a później spaść. Na samym końcu mowa jest o usuwaniu złogów wapnia dzięki witaminie D. Autor jednak nie wspomina o badaniach wskazujących na to, że do tego potrzebna jest także witamina K2 MK7.

Rozdział trzeci dotyczy cholesterolu. Jest on tylko drugorzędnym czynnikiem ryzyka. Podwyższony poziom cholesterolu nie jest przyczyną, a skutkiem choroby sercowo-naczyniowej. Cholesterol jest transportowany z wątroby przez LDL do miejsca uszkodzenia ściany tętnicy i tam się wbudowuje łatając uszkodzenie. Zatem „zły” cholesterol LDL po pierwsze nie jest zły, a po drugie nie jest to cholesterol tylko lioproteiny o niskiej gęstości transportujące cholesterol od wątroby z krwią. HDL także nie jest „dobrym” cholesterolem, ale są to lipoproteiny o wysokiej gęstości transportujące cholesterol do wątroby. Listy od pacjentów dowodzą że program witaminowy opisany wyżej działa i na cholesterol. Np. 45-letniemu mężczyźnie po 4 miesiącach jego realizacji cholesterol spadł z 259 do 175 mg/dl. Pacjent stosował tu jednak także dietę bogatą w błonnik, który to „wypłukuje” cholesterol z organizmu w sposób naturalny. Tak więc zamiast trujących statyn program witaminowy dr Ratha i dużo błonnika w diecie także pozwala osiągnąć wynik cholesterolu w oficjalnej normie.
10-krotnie groźniejszym drugorzędnym czynnikiem ryzyka jest lipoproteina (a). Ma ona jakby biologiczną taśmę przylepną i znacznie lepiej przyczepia się do ścian naczynia niż „cholesterol” LDL. Dlaczego w Polsce zatem standardowo się nie bada poziomu tej substancji, która jest lepszym wskaźnikiem stopnia miażdżycy niż cholesterol? Odpowiedź jest banalnie prosta. Nie ma leku, który obniżałby jej poziom. Obniża jej poziom za to witamina C, a także 2-4 g witaminy B3.
Na koniec rozdziału mamy ciekawostkę. Dlaczego niedźwiedzie nie wymarły skoro poziom ich cholesterolu, gdy zapadają w sen zimowy, wynosi średnio ponad 400 mg/dl, a bywa że i 600 mg/dl? I to by było na tyle jeśli chodzi o mit cholesterolowy. Nie wyginęły bo po przebudzeniu ze snu produkują dużo witaminy C i jeszcze dostarczają jej sobie z dietą i to co im się przez zimę nagromadzi w naczyniach zostaje szybko usunięte.

Rozdział czwarty dotyczy nadciśnienia tętniczego. Przyjmowanie optymalnych dawek w diecie (lub w razie niemożliwości naturalnie suplementowanych): witaminy C, magnezu, argininy,koenzymu Q-10 oraz lizyny i proliny pozwala na obniżenie ciśnienia. Dalej mamy wyjaśnione jaka jest rola każdego z ww. składników. Mamy listy od pacjentów i jedno badanie kliniczne, które potwierdzają, że to działa. W badaniu uzyskano średni spadek ciśnienia skurczowego pacjentów o 16%, a rozkurczowego o 15% (średnie ciśnienie przed kuracją wynosiło 167/97 mm Hg).

Rozdział piąty dotyczy niewydolności serca. Główną przyczyną jest tu znowu chroniczny niedobór witamin i innych komórkowych składników odżywczych. Autor przedstawia skrótowo jak wygląda leczenie (jeśli to w ogóle tak można nazwać) konwencjonalne niewydolności serca. Sprowadza się to do leków na objawy. Niewydolność serca powoduje spadek ciśnienia krwi i mniej ukrwione nerki przestają prawidłowo pracować i w organizmie, zwłaszcza w nogach, gromadzi się woda. Leki moczopędne wypłukują tę wodę, a wraz z nią witaminy i minerały co jeszcze nasila ich niedobór i zwiększa niewydolność serca aż w końcu dochodzi do śmierci. Dr Rath zaleca przy niewydolności serca optymalny dodatek komórkowych składników odżywczych: witaminy C, koenzymu Q-10, karnityny i magnezu. Znowu przytacza listy  oraz podaje że badania naukowe potwierdziły skuteczność w niewydolności serca ww. składników. Podaje też przypadki gdy dzięki witaminom stan serca poprawił się w dość krótkim czasie (2-3 miesiące) na tyle, że przeszczep nie był już konieczny. Później przedstawia w skrócie badania nad programem witaminowym gdzie uzyskano 20% wzrost wydolności serca w ciągu 2 miesięcy, a także badania nad koenzymem Q-10, witaminą B1 i karnityną. Profesorowie Peter Langsjoen i Karl Folkers ze współpracownikami z Uniwersytetu Teksańskiegu w Austin wykazali, że biorąc dodatkowo oprócz lekarstw koenzym Q-10 można znacznie zwiększyć szanse na przeżycie (po 3 latach żyło 75% początkowych uczestników badania, z których tylko co trzeci nie brał koenzymu Q-10) . Witamina B1 i karnityna także miały pozytywny wpływ. Leczenie niewydolności serca przez przeszczep autor porównał do wymiany silnika w samochodzie podczas gdy skończyło się w baku paliwo.

Rozdział szósty dotyczy arytmii serca. Przyczyna ta sama co wcześniej. Autor zaleca dostarczanie w optymalnych ilościach: witaminy C, koenzymu Q-10, magnezu i karnityny. Znów mamy listy od pacjentów oraz badanie kliniczne, które wykazało, że program składników odżywczych może zmniejszyć czas trwania epizodów arytmii o 30%. Autor wyjaśnia też dlaczego często arytmie wysterują u młodych kobiet w okresie rozrodczym. Oprócz krwi w czasie miesiączki kobieta traci wtedy też zawarte w niej witaminy, minerały i inne składniki odżywcze. Ich niedoborem szczególnie dotknięte są „elektryczne” komórki mięśnia sercowego przez co ulega zaburzeniu wytwarzanie i przewodzenie impulsu elektrycznego i dochodzi do arytmicznego bicia serca.
Na końcu rozdziału mamy wykaz specjalnych komórkowych składników przy arytmii wraz z krótką charakterystyką. Są to: witamina C, witaminy B1, B2, B3, B5, B6, B12 i biotyna, koenzym Q-10, karnityna, magnez i wapń.

Rozdział siódmy dotyczy cukrzycy. Jednym z jej katastrofalnych następstw są zawały serca i udary mózgu. Jak dowodzi autor przyczyną cukrzycy jest także niedobór witaminy C, nadmiar glukozy oraz  podobieństwo cząsteczek witaminy C i glukozy. W takiej sytuacji błony biologiczne komórek śródbłonka obładowane glukozą przepuszczają ją do ścian naczyń krwionośnych, co prowadzi do uszkodzeń ścian całej arterii, miażdżycy a z czasem zawału, udaru albo też martwicy nóg jeśli dojdzie do zaczopowania tętnic do nich prowadzących, co kończy się ich amputacją. Gdy organizm ma zapewnioną właściwą ilość witaminy C do ścian naczyń trafia witamina C a nie glukoza i nie dochodzi do destrukcji ścian arterii. Gdy osoba chora na cukrzycę będzie przyjmowała dodatkowo 1-2 gramów (albo i więcej zależy od nasilenia cukrzycy) witaminy C dziennie równowaga między glukozą a witaminą C zostanie przywrócona i naczynia krwionośne nie będą już niszczone przez cukier, a zaburzenia sercowo-naczyniowe ustąpią lub znacznie się zmniejszą. Na dowód tego autor prezentuje kolejne listy od pacjentów. Prezentuje też dowód kliniczny, że witamina C obniża poziom cukru we krwi i zapotrzebowanie na insulinę. Dr Rath cytuje badania prof. R. Pflegera z zespołem z Uniwersytetu w Wiedniu. Wykazali oni, że dodatek do diety 300-500 mg witaminy C dziennie znacząco poprawiło metabolizm cukrzyków. Poziom cukru obniżył się średnio o 30%, a zapotrzebowanie na insulinę średnio o 27%. Cukier w moczu został prawie wyeliminowany. Badanie to opublikowano już w 1937 roku i do dzisiaj nie ma o nim ani słowa w żadnym podręczniku medycznym!! Dr Rath określa wprost jako zbrodnię przeciwko ludzkości fakt, że lekarze nie są na studiach uczeni o roli witaminy C w cukrzycy i że nie jest to praktykowany sposób leczenia cukrzycy. Autor podaje też bardziej współczesne nam badania także innych składników jak witamina E, magnez i chrom.

Rozdział ósmy dotyczy zastosowania komórkowych składników odżywczych w przypadku dusznicy bolesnej, w zapobieganiu i terapii wspomagającej po zawale serca po operacji wszczepienia bypassów (obwodnicy mocno zwężonej tętnicy wieńcowej przez pobranie fragmentu żyły np. z łydki) oraz po zabiegu angioplastyki (balonikowania). Tu znowu mamy listy i dowody na to że program witaminowy pomaga w ww. przypadkach. Dowiadujemy się np. że witamina C przyspiesza gojenie ran (dzięki stymulacji syntezy kolagenu) oraz rozrzedza krew dzięki czemu np. zapobiega powstawaniu zakrzepów we wszczepionych bypassach.
Dr Rath zaleca rutynowo 1-2 g witaminy C dziennie przed i po operacji.

Rozdział dziewiąty dotyczy zewnętrznych i dziedzicznych czynników ryzyka w chorobach serca i układu krążenia. Do czynników tych zostały zaliczone:
– niezdrowa dieta (przetworzona oraz zawierająca dużo toksycznych konserwantów żywność)
– palenie tytoniu (wolne rodniki z dymu tytoniowego utleniają ściany naczyń krwionośnych uszkadzając je i przyczyniając się do miażdżycy)
– stres (w stresie organizm wytwarza adrenalinę, do czego zużywa witaminę C, a więc długotrwały stres powoduje ciągły niedobór witaminy C i miażdżycę a gdy cały zapas witaminy C zostanie zużyty może dojść do zawału serca).
– środki antykoncepcyjne i hormonalna terapia zastępcza (kobiety biorące hormony mają jak stwierdzono wyraźnie zaniżony poziom witaminy C; HTZ powoduje podobny efekt)
– diuretyki i inne leki (leki moczopędne wypłukują z organizmu witaminy, inne leki mniej ale także powodują ich ubytek)
– dializa (wypłukiwanie z krwi oprócz toksyn także witamin i innych składników odżywczych co zwiększa ryzyko wystąpienia choroby sercowo-naczyniowej)
– interwencje chirurgiczne (stres powodujący ubytek, niekiedy ostry,  witamin)
– czynniki dziedziczne (Homocysteinuria, Choroba Alzheimera, SM, Zwłóknienie torbielowate, Liszaj rumieniowaty, Neurofibromatoza, Choroba Parkinsona, Zespół Cushinga, RZS).
We wszystkich przypadkach zaleca stosowanie programu witaminowego, a o czynnikach dziedzicznych pisze jako o bombie, której nie da się zlikwidować, ale można ją rozbroić.

Rozdział dziesiąty dotyczy medycyny komórkowej. Według niej zdrowie czy choroba nie jest na poziomie organów, ale na poziomie milionów pojedynczych komórek tworzących te organy. Dr Rath charakteryzuje nam ten rodzaj medycyny i podaje jej 4 założenia, którymi oprócz ww. są: niezbędność witamin i innych składników odżywczych w każdej komórce do reakcji biochemicznych jakie w niej zachodzą, choroby serca i układu krążenia wynikają z ciągłego niedoboru witamin, dostarczenie do organizmu optymalnych ilości witamin i innych składników odżywczych (najlepiej w diecie) stanowi skuteczną profilaktykę chorób serca i układu sercowo-naczyniowego. Mamy tu też trochę biochemii (która witamina do którego procesu jest potrzebna, cykl Krebsa). Mamy też informację, że medycyna komórkowa w przeciwieństwie do konwencjonalnej nie wywołuje skutków ubocznych oraz odpowiedzi na różne pytania dotyczące medycyny komórkowej. Nowojorska Akademia Naukowa podała do publicznej wiadomości obszerny raport dr Bendicha, który prześledził wszystkie meldunki dotyczące rzekomych skutków ubocznych terapii witaminowych i udowodnił, że żaden z nich nie jest przekonywający. Krótko mówiąc: nie ma skutków ubocznych terapii witaminami!

Rozdział jedenasty, zatytułowany eliminacja chorób serca, mówi o tym dlaczego czytelnik do tej pory nie słyszał o witaminowym przełomie w medycynie mimo że minęło od tego czasu ponad ćwierć wieku. Chodzi rzecz jasna o zyski kartelu farmaceutycznego. Autor przedstawia tu jak działają koncerny i jakie oszukańcze sztuczki stosują, aby czerpać profity z chorób. Gdyby nie ich praktyki i siła wynikająca z dysponowania ogromnymi pieniędzmi to najprawdopodobniej choroby serca dzisiaj byłyby już tylko niemiłym wspomnieniem. Autor opisuje tu też całą historię przełomu witaminowego krok po kroku od  do USA i współpracy z dwukrotnym noblistą Linusem Paulingiem. Mamy też wzmiankę o batalii o to, aby witaminy były powszechnie dostępne a nie jedynie na receptę jak chciało FDA pod naciskiem koncernów farmaceutycznych. Batalia trwała w latach 1992-1994 i zakończyła się zwycięstwem Amerykanów. Uchwalona została (i to jednogłośnie!) ustawa dopuszczająca informowanie o właściwościach zdrowotnych witamin i o powszechnym do nich dostępnie jak i do naturalnych metod leczenia. Koncerny poniosły w USA klęskę, ale broni nie złożyły i teraz walczą przez komisję ONZ „Codex Alimentarius” o wprowadzenie na całym świecie zakazu stosowania naturalnych terapii i wolnego dostępu do witamin. Na razie dzięki różnym akcjom protestacyjnym, organizowanym przez Koalicję Dra Ratha w Obronie Zdrowia nie udało się im to, ale walka wciąż trwa. Od postawy każdego z nas zależy czy wygramy my czy też koncerny przeforsują nieetyczne i zbrodnicze prawo.
Dr Rath podaje też zasady postulowanego przez niego nowego systemu opieki zdrowotnej opartego na medycynie komórkowej:
1. Zdrowie jest zrozumiałe dla każdego (choroby wynikają z nieprawidłowego działania komórek mających za mało energii)
2. Zdrowie jest osiągalne dla każdego (o ile zwyciężymy w walce z koncernami o wolny dostęp do witamin)
3. Zdrowie bez działań ubocznych i bezpieczne dla każdego
4. Zdrowie jest dostępne dla każdego – koszty terapii naturalnych są dużo niższe niż konwencjonalnych
5. Zdrowie jest prawem człowieka – żaden koncern nie ma prawa blokować dostępu do witamin i innych naturalnych terapii (np. ziołami)
6. Skuteczna opieka zdrowotna skupia się na zapobieganiu – badania naukowe nakierowane na profilaktykę i eliminację chorób, a nie na leczenie objawów chorób
7. Podstawą nowego systemu zdrowotnego jest podstawowa opieka zdrowotna -konsultanci zdrowotni i centra zdrowia w każdej społeczności zastąpią nieefektywne i drogie wysiłki medycyny wysokich technologii.
8. Medyczne badania naukowe muszą zostać poddane kontroli publicznej – fundusze publiczne na badania w medycynie powinny być wydawane na rozwój metod leczniczych zapobiegających chorobom i je eliminujących, a nie na rozwój rynku farmaceutyków.

Rozdział dwunasty to zapis wykładu jaki wygłosił 4 maja 2002 roku dr med. Matthias Rath w Stanford Medical School oraz reakcje kardiologów na to, że mechanizm powstawania miażdżycy jest podobny do szkorbutu. Niektórzy uparcie twierdzili, że mają badania z których wynika, że witaminy nie mają znaczenia przy miażdżycy. Jednak gdy dr Rath prosił żeby podali jakie to jakoś nikt nie potrafił podać nawet jednej publikacji na ten temat.
Mamy też informację, że 2 lipca 1992 r. dwukrotny noblista Linus Pauling i dr Rath publicznie wezwali do likwidacji chorób serca, która według nich jest możliwa. Parę tygodni później rozpoczęła się dwuletnia batalia o wolność witaminową, o której już wyżej była mowa.
Na koniec mamy całą publikację dr med. Ratha i dr biochem. Aleksandry Niedźwiecki pt. „Program wzbogacania diety zatrzymuje rozwój wczesnej miażdżycy tętnic wieńcowych” która ukazała się w Journal of Apllied Nutrition i wykaz ok. 160 publikacji dotyczących badań witamin w leczeniu chorobach serca i układu krwionośnego.

Książka ta jest napisana przystępnym językiem, bez medycznego żargonu, a przez to jest obowiązkową lekturą dla wszystkich, którzy chcą mieć zdrowy układ krążenia i  wiedzieć jak naprawdę powstaje miażdżyca i jaka jest jej faktyczna przyczyna. Autor zachęca, aby po przeczytaniu dzielić się tą wiedzą z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, sąsiadami i wszystkimi innymi którzy będą chcieli nas słuchać. Dlatego też dość dokładnie opisałem co jest w niej zawarte, aby i bez czytania całej książki czytelnicy bloga mogli mieć ogólne pojęcie na temat prawdy o miażdżycy i chorobach serca. I tak jak autor zachęcam do dalszego rozpowszechniania tych informacji, aby uwolnić nasze zdrowie spod okupacji koncernów farmaceutycznych. Nie pozwólmy im zablokować nam dostępu do witamin i naturalnych terapii.

Na temat koalicji dra M. Ratha w obronie zdrowia można poczytać tu: http://www.dr-rath-koalicja.pl/

Na koniec dodam jeszcze, że warto byłoby przeprowadzić badania połączenia programu składników odżywczych dr Ratha z uziemieniem ciała. Jak wykazały bowiem badania, opisane we wcześniej prezentowanej przeze mnie książce pt. „Jak czerpać zdrową energię z Ziemi. Uziemienie” proces uziemienia również przyczyniał się do poprawy zdrowia osób mających problemy z sercem czy układem krążenia – zmniejszał częstość arytmii oraz rozrzedzał znacznie krew już po 40 minutach. Należy zatem wnioskować, że połączenie obu metod powinno dać lepszy efekt niż tylko jedna z nich. Wysłałem w tej sprawie maila do Instytut Medycyny Komórkowej dra Matthiasa Ratha. Jeżeli dostanę odpowiedź to ją tutaj opublikuję. A na razie zapraszam do lektury książki.

Józef Piłsudski bez retuszu

W te Święta udało mi się wreszcie dokończyć czytać książkę historyka Tomasza Ciołkowskiego o Józefie Piłsudskim. Jest to moim zdaniem obowiązkowa lektura dla każdego kto chce znać prawdziwą historię Polski, a nie mitologię. To czego nas uczyli w szkołach i co mówią w mediach o Józefie Piłsudskim to bowiem nic innego jak właśnie mitologia.

Józef Piłsudski bez retuszu

Samo zdjęcie na okładce już szokuje, gdyż przedstawia Józefa Piłsudskiego i Josepha Goebbelsa, którzy spotkali się w 1934 roku. Zdjęcie to pochodzi ze zbiorów Biblioteki Narodowej i sugeruje, że Józef Piłsudski i jego obóz polityczny zwany sanacją współpracowali z III Rzeszą. Niestety autor tego tematu w książce nie rozwija, a jedynie w ostatnim rozdziale wspomina o pakcie Polski z Hitlerem z 1934 r. Wtedy jeszcze Hitler nie ujawnił swoich planów i w tym wypadku nie powinno się raczej winić Piłsudskiego za sojusz z ludobójcą. Po lekturze książki stwierdzam jednak, że postać Józefa Piłsudskiego w historii Polski należy ocenić jednoznacznie negatywnie, a więc odwrotnie niż wmawia nam oficjalna propaganda, której uczy się w szkołach i jaką głoszą media i tzw. eksperci.

Książkę napisał historyk Tomasz Ciołkowski, który zebrał bardzo dużo materiałów źródłowych na temat Józefa Piłsudskiego i chciał na ich podstawie napisać rozprawę doktorską. Niestety usłyszał, że nie ma zapotrzebowania na taką rozprawę. Postanowił więc to co zebrał i napisał wydać w formie książki, a w zasadzie dwóch książek. Ma się bowiem ukazał drugi tom pt. „Józef Piłsudski sfałszowana biografia”.Chciał bowiem, aby nasz naród poznał prawdę historyczną, a nie wciąż jedynie mitologię i uważając ją za prawdę. Autor pisząc swoją pracę przyjął metodykę z pracy doktorskiej Niemki Heidi Hein-Kircher „Kult Józefa Piłsudskiego i jego znaczenie dla państwa polskiego 1926-1939” – Warszawa 2008. Samo to, że taką rozprawę napisała Niemka, a nie Polka bardzo wiele mówi o naszym nieszczęsnym kraju zwanym III RP. Z pracy tej i materiałów źródłowych jakie zostały zacytowane w książce T. Ciołkowskiego wynika, że dokonano wielu fałszerstw historycznych jeśli chodzi o działalność publiczną i życie prywatne Józefa Piłsudskiego, co miało miejsce głównie w czasach II RP i jest robione do dziś.

Rozdział pierwszy dotyczy współpracy późniejszego marszałka z obcymi służbami wywiadowczymi do 1918 roku. Temat ten jest mało znany.  W szkole mnie o tym nie uczono i w żadnych mediach, książkach czy innych materiałach o tym ani słowa. A kiedyś dawno „Rzeczpospolita” wydała serię zeszytów o Polsce Piłsudskiego i segregator i mam prawie wszystkie zeszyty, a z okresu przed 1918 r. wszystkie i jest tam trochę o współpracy z Japończykami i jest też wzmianka o zarzutach o współpracy z wywiadem austrackim (jako rzekomo „czarna legenda”). I na tym koniec.
Piłsudski współpracował z wywiadem japońskim, austriackim, niemieckim i brytyjskim  oraz miał związki z masonerią, choć nie ma dowodów na to, że sam był członkiem masonerii. Wiadomo na pewno, że mason Rafał Radziwiłłowicz, lekarz, gdy Piłsudski siedział w więzieniu w cytadeli  w 1900 roku poinstruował go jak ma symulować chorobę psychiczną, aby go zwolniono. Tak zrobił i istotnie po przewiezieniu go do szpitala psychiatrycznego zostaje przez masonów wydostany stamtąd 15 maja 1901 r.

W 1904 r. Piłsudski sam zgłosił się do wywiadu japońskiego i zaproponował wywołanie powstania w zaborze rosyjskim. Japończycy nie chcieli, bo interesowały ich tylko ruchy wojsk rosyjskich. Skutki powstania byłyby katastrofalne dla narodu polskiego. Powstanie nie miało żadnych szans powodzenia.
Współpraca z Brytyjczykami miała miejsce po I wojnie światowej. Wcześniej Brytyjczycy jedynie zbierali informacje o Dmowskim i Piłsudskim. Sfinansowali oni i pomogli częściowo w organizacji zamachu stanu z 12 maja 1926 r., po czym Piłsudski realizował pod ich dyktando politykę zagraniczną i gospodarczą. Jedno i drugie było destrukcyjne dla narodu i państwa polskiego i przyniosło tragedię z września 1939 r. i lat późniejszych.
Piłsudski współpracował też z wywiadem austriackim od 1907 r., a próbował już od 1906 r. Chciał m.in. aby Austriacy pomogli mu wywołać powstanie w zaborze rosyjskim. Próbę taką podjął w 1914 roku, ale poniósł fiasko wobec braku entuzjazmu dla jego pomysłu ze strony żołnierzy polskich z armii carskiej oraz społeczeństwa polskiego z zaboru rosyjskiego. Entuzjazmu nie było, bo to powstanie jedynie posłużyłoby Niemcom do walki z Rosją, a gdyby Niemcy wojnę wygrały Polska jako wolny kraj by się nie odrodziła, bo Niemcy tego nie chcieli. Mogłoby Polski w ogóle nie być, a niemieckie plany zagrażały w ogóle bytowi polskiego narodu.
W 1909 r. Piłsudski ujawnił Alfredowi Redlowi, agentowi wywiadu austriackiego nazwiska wielu członków PPS w zaborze rosyjskim. Redl był podwójnym agentem i służył też carskiej ochranie (ta zmusiła go do współpracy uzyskując dowody na to, że Redl jest homoseksualistą). Ujawnione przez Piłsudskiego nazwiska trafiły do ochrany i wszystkie te osoby wkrótce zostały aresztowane. Informację tą podaje oficer prowadzący Piłsudskiego – kpt. Józef Rybak w swoich pamiętnikach wydanych w 1954 r.
Potem Piłsudski podjął współpracę z wywiadem niemieckim, który tak naprawdę decydował o działaniach Austro-Węgier, które były wtedy satelitą Niemiec. Jest tu długi opis tej współpracy. Sprowadzała się ona do tego, że Piłsudski oparł odrodzenie Polski na Niemcach, co było kompletnie chybione, bo Niemcy w razie wygranej w I wojnie światowej nie miały zamiaru pozwolić na przywrócenie bytu niepodległego państwa polskiego. Już wtedy bowiem opracowali dziś jeszcze realizowaną przez Angelę Merkel koncepcję Mitteleuropy, czyli słabych krajów środka Europy podporządkowanych Niemcom i przez nich mocno eksploatowanych gospodarczo. Jeśli więc w ogóle powstałaby Polska, to byłby to kraj o dużo mniejszym terytorium niż II RP, bez dostępu do morza, bez Wielkopolski i Śląska i całkowicie uzależniony od Niemiec politycznie i gospodarczo. Józefowi Piłsudskiemu jednak nie chodziło bowiem o dużą, silną i niepodległą Polskę, ale jedynie o to, aby w ogóle była jakaś Polska, bo marzył o tym aby zostać w niej dyktatorem i to już w 1909 r. Powstania o Wielkopolskę i Śląsk były wywołane wbrew Piłsudskiemu. Ten bowiem opuszczając twierdzę w Magdeburgu przyrzekł Kesslerowi (późniejszy ambasador Niemiec w Polsce), że nie będzie dążył do odzyskania polskich ziem z zaboru pruskiego. Z Magdeburga do Warszawy 10.11.1918 r. przyjechał niemieckim pociągiem w dość komfortowych warunkach. Jak sam wspominał Piłsudski „Ja w Magdeburgu świetnie wypoczywałem”.
Także jeśli chodzi o wielki wkład Piłsudskiego w Legiony to jest mit. W 1916 r. Piłsudski złożył dymisję z kierowania Legionami. Legiony powstały z inicjatywy konserwatystów krakowskich z Juliuszem Leo na czele oraz przy niewielkiej pomocy Władysława Sikorskiego, który przekonał Austriaków do ich stworzenia.

Rozdział drugi dotyczy fałszerstw w sprawie idei federacyjnej. Piłsudski był człowiekiem zacofanym i nie rozumiejącym czasów w których żył. Chciał pomóc stworzyć państwa Ukrainę, Białoruś i Litwę oraz włączyć te kraje do federacji z Polską. Nie miało to żadnych szans powodzenia, bowiem początek XX w. to czas silnych nacjonalizmów i każdy naród dążył do posiadania własnego niezależnego państwa, a nie federacji z innymi krajami. Poza tym Piłsudski zawarł układ z Żydami, że odda im Wileńszczyznę jako rejon autonomiczny, zalążek Judeopolonii. Robił w związku z tym wszystko, aby Wilno nie zostało przyłączone do Polski, a było jedynie regionem autonomicznym. To wywołało wielki opór społeczeństwa Polskiego, które stanowiło ponad 2/3 ludności Wileńszczyzny. Ostatecznie wbrew Piłsudskiemu przeforsowane zostało włączenie Wileńszczyzny do Polski.
Mamy tu też sprawę wyprawy kijowskiej. Była ona niby zwycięska, ale tylko pozornie. Bolszewicy nie stawiali dużego oporu w Kijowie, bo byli wtedy zajęci wojną domową z białymi. Niedługo jednak wygrali i przerzucili wielkie siły na zachód miażdżąc polskie wojsko uciekające w popłochu. Dotarli aż pod Warszawę i o mało II RP nie zakończyła swego istnienia po raptem 2 latach. Generałowie odradzali Piłsudskiemu wyprawę na Kijów, ale ten się uparł i dopiął swego. Po klęsce wpadł w depresję i 12.08.1920 r. złożył na ręce premiera Wincentego Witosa rezygnację z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. Bitwą Warszawską 15.08.1920 r. dowodził generał Tadeusz Jordan Rozwadowski, który też wcześniej opracował jej plan. Piłsudski wrócił na front dopiero 16.08.1920 r. gdy Armia Czerwona już się wycofywała. Tak więc to generał Rozwadowski uratował wtedy Polskę, a nie Józef Piłsudski. Ten był wtedy u swojej konkubiny Aleksandry, późniejszej drugiej żony, która ujawniła to w swoich pamiętnikach w 1960 r.

Rozdział trzeci dotyczy kulis zamachu majowego i jego skutków oraz obala kolejny mit związany z Józefem Piłsudskim. Mit ten w skrócie brzmi tak, że marszałek dokonał zamachu stanu, gdyż parlament nie mógł się dogadać, był bałagan i źle się działo w kraju. Chciał więc zrobić porządek. Fakty są inne. To Brytyjczycy sfinansowali zamach majowy i pomogli w jego organizacji. W 1957 r. polski dyplomata Kajetan Morawski ujawnił w Londynie tekst depeszy okólnej Foreign Office, w której podano, że angielski rząd miał udział w zamachu majowym.
Powstały 10.05.1926 r. rząd Wincentego Witosa miał duże poparcie społeczne i większość w parlamencie. Chciał jednak realizować inną politykę niż Piłsudski. I o to poszło. Do przewrotu majowego bowiem Polska była w sojuszu z Francją przeciwko Niemcom. Francja udzielała nam kredytów na modernizację i dozbrojenie armii oraz szkoliła naszych oficerów. W 1925 r. posiadaliśmy ponad 800 samolotów bojowych z czego większość była nowoczesna i byliśmy pod względem siły lotnictwa na drugim miejscu w Europie przewyższając Niemcy. Taka polityka trzymała Niemców w kleszczach. W połowie lat 20-ych mieliśmy jedną z silniejszych liczebnie i sprzętowo oraz dobrze wyszkoloną armię w Europie. Razem w francuską armią z dwóch stron mogliśmy skutecznie blokować rewizjonistyczne zapędy Niemiec. Dawało nam to bezpieczeństwo z zachodu. Po zamachu majowym uległo to całkowitej zmianie. Piłsudski zerwał współpracę z Francją, a postawił na Niemcy. Nie widział też potrzeby modernizacji armii i utrzymywania silnego lotnictwa, które w jego koncepcji miał służyć tylko do rozpoznania. Był mentalnie wciąż w epoce kawalerii i gdy inni kupowali czołgi i broń przeciwpancerną my kupowaliśmy konie i owies dla nich. W ciągu 10 lat nasze lotnictwo przestało się w ogóle w Europie liczyć. Broni przeciwpancernej i czołgów mieliśmy jak na lekarstwo. Jakby nieszczęść było za mało to jeszcze za rządów sanacji Polska wdała się w wojnę o Zaolzie i Jaworzynę przyczyniając się do rozbioru Czechosłowacji i zburzenia porządku wersalskiego. A wszystko to w interesie Wielkiej Brytanii i Niemiec, które tego właśnie chciały. W naszym interesie zaś było, aby porządek wersalski utrzymać.
W tej sytuacji tragedia z września 1939 r. nie dziwi. Także fakt, że Francja nas zdradziła w 1939 r. i nie pomogła nam w walce z Niemcami należy inaczej widzieć. Mogło to być po prostu na zasadzie – wy nas olaliście w 1926 r. i od tego momentu działaliście przeciwko nam a w interesie Niemców i Brytyjczyków, to my was też mamy gdzieś w 1939 r. Brytyjczycy zaś sfinansowali i pomogli w organizacji zamachu, bowiem obawiali się że Francja z pomocą dość silnej polskiej armii urośnie zbytnio w siłę i stanie się hegemonem w Europie. Dlatego obalili rząd Witosa i wprowadzili dyktaturę Piłsudskiego. Eksploatowali nas także gospodarczo, bo sanacja wprowadzała prawo zgodne z ich interesami, a wbrew naszym. Chłopi przeklinali wtedy nasz kraj i nieraz mówili, że w takiej nędzy za czasów zaborów nie żyli i że jeśli taka ma być ta wolna Polska, to niech ją szlag trafi.
Zamach majowy poparli Żydzi, masoneria, polscy komuniści (krótko po zamachu pod wpływem Moskwy się wycofali), socjaliści i oczywiście Brytyjczycy. Piłsudski po zamachu włączył wielu masonów do rządzenia. Pod ich wpływem m.in. w 1927 r. zmieniono godło Polski wprowadzając orła w otwartej koronie bez krzyża i z masońskimi gwiazdkami na skrzydłach.

Rozdział czwarty dotyczy walk wewnątrz obozu władzy po zamachu majowym. Piłsudczycy walczyli wtedy z masonerią, którą włączyli po zamachu do rządzenia. W pewnym momencie masoneria chciała przejąć ster rządów całkowicie pozostawiając Piłsudskiego jedynie jako „dekorację” bez realnego wpływu na cokolwiek. W tym celu masoni chcieli odsunąć od polityki tzw. grupę pułkowników, czyli ludzi którym Piłsudski najbardziej ufał i na nich się opierał. Nie udało się to. Pułkownicy się połapali o co chodzi i nie cackali się. Doszło do dwukrotnej próby zamachu na życie masona – premiera Kazimierza Bartla. Jednak wypadki samochodowe nie udały się, bo Bartel wyszedł z nich cało, jedynie samochód został zniszczony. Cel jednak osiągnęli, bo zrezygnował ze stanowiska premiera i wycofał się z polityki w ogóle. Potem postanowili załatwić Stanisława Zaćwilichowskiego, sekretarza Bartla, który choć niższy w hierarchii rządowej miał w masonerii większe znaczenie. Tu także pułkownicy spowodowali wypadek samochodowy. Tym razem uszkodzili hamulce tak, że przestały działać dopiero przy dużej prędkości i Zaćwilichowski zginął. To był duży cios dla polskiej masonerii. Jak widać mimo upływu ponad 80 lat nic się nie zmieniło w metodach działania wobec ludzi niewygodnych.

Rozdział piąty dotyczy polityki Józefa Piłsudskiego w armii. Polityka ta mówiąc krótko była katastrofą i doprowadziła do naszej szybkiej klęski we wrześniu 1939 r. Józef Piłsudski nie posiadał żadnego wykształcenia wojskowego. Nie miał też doświadczenia w dowodzeniu dużymi oddziałami wojska, bowiem jedyne doświadczenie bojowe jakie miał to doświadczenie partyzanckie w zaborze rosyjskim. Partyzantka, a regularna armia to zupełnie dwa różne światy. Nawet w partyzantce Piłsudski brał udział tylko w jednej akcji zbrojnej – w napadzie na pociąg pocztowy pod Bezdanami w 1908 r. W armii austriackiej miał tylko stopień brygadiera.
Piłsudski nie stworzył polskiej armii. Gdy przybył z Magdeburga 10.11.1918 r. ta była już sformowana. 12.10. 1918 r. Rada Regencyjna przejęła od Niemców władzę nad wojskiem polskim, a 25.10.1918 r. powołała Sztab Generalny Wojska Polskiego z gen. Rozwadowskim na czele. Piłsudski przyjechał więc na gotowe i przejął stery armii.
Po umocnieniu swej pozycji jako Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Piłsudski zaczął dokonywać stopniowych czystek w armii. Te były do zamachu majowego w 1926 r. małe, bo Piłsudski nie miał pełnej władzy nad armią, bo część decyzji podejmował parlament. Piłsudski dążył do tego, aby stworzyć coś jakby na kształt prywatnego czy partyjnego wojska. Robił co się da, aby zmarginalizować słynnych generałów Józefa Dowbor Muśnickiego (dowódcę zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego) czy gen. Józefa Hallera. Po wcieleniu dywizji ww. generałów do polskiej armii Piłsudski odebrał im nad nimi dowództwo 19.10.1919 r.  A były to wtedy najlepsze dywizje naszej armii. Piłsudski obawiał się sławy i popularności obu generałów w społeczeństwie.
Piłsudski oparł organizację armii na swoich zwolennikach z Legionów i Związków Strzeleckich. Były to osoby o małym pojęciu o armii i małym doświadczeniu. Wszystkich innych, bez względu na kwalifikacje i doświadczenie, Piłsudski spychał na margines.
Tytuł marszałka nadał sobie sam z pogwałceniem obowiązującego wówczas prawa w tym zakresie. Poza tym nie posiadał zasług wojskowych uprawniających go do otrzymania takiego tytułu. To jak z „prof.” Bartoszewskim, który nie miał nawet tytułu magistra z tą różnicą, że Bartoszewski tytułu profesora sobie samozwańczo nie nadał.
Piłsudski nie znał istoty pracy sztabów generalnych i metod opracowywania planów wojennych. Wszystko robił przez improwizację i doraźne przygotowania bez długofalowych i głębszych planów, bo takich tworzyć zwyczajnie nie potrafił nie mając ku temu kwalifikacji. Na domiar złego uważał się za geniusza wojskowości i wszystkim zarządzał sam, nie słuchając rad. Odrzucił w 1923 r. przygotowany przez gen. Rozwadowskiego plan reorganizacji armii mający na celu stworzenie oddziałów zmotoryzowanych i pancernych jakie wtedy były tworzone we wszystkich nowoczesnych armiach Europy. Piłsudski nie widział takiej potrzeby. Kawaleria konna według niego była wystarczająca.
Do maja 1926 r. nasza armia była świetnie uzbrojona i dobrze wyszkolona i była druga co do wielkości w Europie (300 tysięcy żołnierzy). W 1925 r. polskie lotnictwo było drugim w Europie jeśli chodzi o wyposażenie bojowe.
Po zamachu majowym wszystko się zawaliło. Piłsudski unieważnił wszystkie plany modernizacji, przezbrojenia i ekspansji polskiej armii. Lotnictwo nie licząc rozpoznania uznał za zbędne. Oprócz tego Piłsudski usunął prawie wszystkich generałów, którzy nie byli z Legionów. Politykę personalną oparł niemal całkowicie na legionistach, którzy nie nadawali się do pełnienia powierzanych im funkcji. Wszystkich kompetentnych, a zwłaszcza mających duże osiągnięcia zwalczał i wyrzucał jako potencjalne zagrożenie dla swojej chwały wielkiego wodza. Wobec oparcia wojska na nieprzystającej do realiów kawalerii i niekompetentnych legionistach tragedia 1939 r. nie dziwi. Jeździec na koniu z czołgiem czy samolotem nie ma przecież żadnych szans.
O tym jakie pojęcie miał Piłsudski o armii ukazuje jego rozkaz „O łączności”, który doświadczony wojskowy Marian Romejko określił jako „bełkot pijanego kucharza kompanii łączności”. Cały rozkaz jest w książce na str. 173-177.

Rozdział szósty dotyczy stosunku osobistego i polityki Józefa Piłsudskiego wobec kościoła. Piłsudski jak to określił „znienawidził klechów” gdy jego umierającej matki ksiądz nie chciał wyspowiadać, bo miała poglądy lewicowe. Uraz do jednego księdza przełożył na cały kościół. W 1899 r. przeszedł z katolicyzmu na protestantyzm, aby wziąć ślub z pierwszą żoną. Jednak marszałek uprawiał kult Matki Boskiej Ostrobramskiej. Był on raczej człowiekiem zabobonnym niż wierzącym i oddawał cześć jednemu duchowi, którym była dla niego właśnie Matka Boska Ostrobramska.
Jeśli chodzi o politykę wobec kościoła to Piłsudski deklarował, że z kościołem nie walczy (bo znaczna większość obywateli II RP to byli katolicy), ale robił coś dokładnie przeciwnego. Jego wypowiedzi w zaciszu gabinetów były zupełnie inne niż te publiczne. Oczywiście wypowiedzi gabinetowe nie docierały do polskiego narodu, a antykatolicka polityka była odpowiednio maskowana dla zmylenia przeciwnika, czyli narodu. Większość jego współpracowników była albo wrogo nastawiona do religii katolickiej lub w najlepszym razie jej obojętna. Wybuchały różne afery. Np. po śmierci ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego Sławomira Czerwińskiego w 1931 r., który prowadził antykatolicką politykę i przed śmiercią przeszedł na katolicyzm (był kalwinistą) biskup odprawiający mszę pogrzebową (Stanisław Gall) nie poszedł w kondukcie pogrzebowym. Piłsudski i jego ludzie tak się wściekli, że robili wszystko, aby go usunąć ze stanowiska biskupa polowego. Sprawa doszła aż do Watykanu, który nie chciał się zgodzić. Po długiej walce, opluwaniu i oczernianiu biskupa w końcu osiągnął cel i Watykan zgodził się na zmianę biskupa polowego. Kościół był krytycznie nastawiony wobec reżimu sanacji, ale starał się tonować konflikt i często ustępował.
Po śmierci Piłsudskiego rozpętała się afera z bp. Stanisławem Łukomskim, który zabronił bić w dzwony na znak żałoby. Reżim chciał aresztować księdza, ale społeczeństwo nie pozwoliło. Mieszkańcy gremialnie poparli biskupa i sanacja musiała ustąpić. Innego księdza w Tykocinie mieszkańcy obronili fizycznie odpierając natarcie uzbrojonego oddziału policji (na szczęście policja nie użyła broni) i nie dopuszczając do aresztowania księdza. Tak więc reżim sanacji był niewiele lepszy dla kościoła niż później rządzący w Polsce komuniści.

Rozdział siódmy dotyczy związków Józefa Piłsudskiego z masonerią i zainteresowania okultyzmem. Z inicjatywy Piłsudskiego powstała polska masoneria. Marszałek spotkał się z masonem Władysławem Baranowskim (w latach 1919-1920), który przedstawił mu czym są organizacje masońskie. Piłsudski wysłuchał Baranowskiego z uwagą i wyraził zainteresowanie utworzeniem polskich lóż masońskich. Wskazał nawet wiele osób z kręgu swoich współpracowników, którzy mieliby wejść do tych lóż. Niedługo później w samej Warszawie powstało co najmniej 8 lóż.
Piłsudski interesował się okultyzmem. Brał np. udział w seansach spirytystycznych oraz czarnych mszach. Przez to później bał się spać po ciemku i gdy po zamachu majowym przeprowadził się do Belwederu palił zawsze w nocy jeden kinkiet w rogu pokoju czego wcześniej nie robił mieszkając w Sulejówku. Mimo to miewał widzenia duchów, bał się ich i na jego polecenie dokonano egzorcyzmów w Belwederze.
Oprócz tego Piłsudski miał kontakty ze środowiskiem teozofów. Zainteresowała go tymi sprawami Wanda Dynowska. Uważał, że niewyjaśnione przez naukę zjawiska należy traktować poważnie albo nie badać ich wcale. Dwukrotnie (w 1925 r. i 1926 r.) spotykał się w Polsce z prezesem Światowego Towarzystwa Teozoficznego dr. George Arundale. Marszałek interesował się też telepatią i zdolnościami paranormalnymi. Z inżynierem Stefanem Ossowieckim przeprowadził dwa eksperymenty. Jeden polegał na tym, że Piłsudski napisał list, a Ossowiecki bez otwierania koperty miał odczytać jego treść. Udało mu się to zrobić w ciągu kwadransa. Piłsudski potwierdził prawidłowość odczytania treści listu. Drugi eksperyment dotyczył telepatii. Piłsudski umówił się z Ossowieckim, że o określonej godzinie ten przekaże mu wiadomość będąc w swoim domu, a Piłsudski odbierze ją w Belwederze. Zsynchronizowali zegarki i o umówionej porze jak twierdził Piłsudski odebrał wiadomość od Ossowieckiego.
Piłsudski często też układał pasjansa i stawiał sobie jakieś założenie co będzie jak mu się uda ułożyć. W 1909 r. układał pasjansa z myślą, że jeśli się mu uda to będzie dyktatorem w Polsce. Udało mu się i wtedy wykrzyknął: Tak udało się. Będę dyktatorem w Polsce.

Ósmy rozdział dotyczy problemów zdrowotnych, a właściwie choroby psychicznej Józefa Piłsudskiego, która ujawniła się zwłaszcza w ostatnich 5 latach jego życia, co stanowi zupełne tabu. Problemy zaczęły się już wcześniej gdy to przed zamachem majowym Piłsudski mówił nieraz, że już w kołysce przyszedł do niego duch Napoleona i przekazał mu wiedzę wojskową i dlatego on jest genialnym strategiem, a wszyscy co się z nim nie zgadzają to durnie. Jak dowodzi autor Brytyjczycy byli świadomi, że Józef Piłsudski już w 1926 r. nie był człowiekiem normalnym, a mimo to dali złoto i pomogli w organizacji zamachu.
Od kwietnia 1928 r. problemy Piłsudskiego ze zdrowiem zaczęły narastać. W nocy z 17 na 18.04.1928 r. Piłsudski doznał udaru i stracił częściowo władzę w prawej ręce, której nigdy już w pełni nie odzyskał. Zaczął się wtedy dziwnie zachowywać. W nocy z 4 na 5 grudnia 1928 r. jak ustalono wystrzelił z rewolweru przez okno do pilnującego go żandarma Stanisława Koryzmy, który stał przy oknie jego sypialni,  myśląc, że to duch, który go prześladuje. Żandarm zmarł od ran postrzałowych głowy, a sprawę morderstwa zatuszowano i wyciszono. Druga osoba którą podejrzewano miała broń innego kalibru niż kule znalezione w ciele żandarma, więc nie mogła być sprawcą zabójstwa. Inne osoby wykluczono z braku motywu i z powodu miejsca, w którym doszło do zabójstwa oraz faktu, że jak ustalono strzały oddano z małej odległości, co potwierdza że strzelał Piłsudski przez okno swojej sypialni przy którym stał żandarm. Dodatkowym potwierdzeniem jest fakt, że Piłsudski nie pozwolił przeprowadzić śledztwa w sprawie zabójstwa żandarma Koryzmy. Musiał więc, gdy miał okres normalnej świadomości, zdawać sobie sprawę, że to on go zabił biorąc żandarma za ducha.
Od roku 1930 problemy nasiliły się. Piłsudski miewał okresy gdzie był zupełnie normalny oraz takie gdzie nie był świadomy swoich działań oraz momenty w których dostawał niespodziewanych ataków agresji z niewiadomych powodów. Wrzeszczał wtedy i ubliżał temu kto się akurat napatoczył w tym również swoim córkom. Bluzgał przy tym strasznie, co jak stwierdzono było skutkiem koprolalii. Słowa obelżywe znajdowały się także w jego rozkazach oraz w przemówieniach publicznych czym wywoływał zgorszenie w społeczeństwie. Wielokrotnie nazywał posłów i senatorów np. ladacznicami. Wszystko to ukrywano przed społeczeństwem (głównie przez informacyjną cenzurę i zastraszanie, a czasem i morderstwa niewygodnych osób i świadków), aby nie wyszło na jaw, że Polską oficjalnie rządzi osoba chora psychicznie. Rozkazy i wszystkie pisma Piłsudskiego były poprawiane przed publikacją, aby nie zauważono, że pisał to człowiek chory psychicznie. Gdy Piłsudski miał okres szału przewożono go samochodem z Belwederu do budynku Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych kilkaset metrów dalej. Tam dostęp do marszałka miał tylko Józef Beck i kilka najbardziej zaufanych osób. W 1930 r. w nocy widział w sypialni duchy i strzelał do nich co się wydało i zrobiła się afera. Informacje o tym dostały się też do prasy międzynarodowej. W grudniu 1931 r. wyjechał na Maderę dla ratowania zdrowia, ale nic to nie pomogło i wrócił w marcu 1931 r. do Warszawy. Wiele razy zdarzało się, że jego adiutant słyszał jak w nocy głośno rozmawia sam ze sobą i jakby wygraża komuś i wali pięścią w stolik. Stan Piłsudskiego wciąż się pogarszał także fizycznie. 11.11.1934 r. podczas swojej ostatniej defilady nie mógł ustać na nogach i musiał usiąść na krześle. Ci co go widzieli z bliska mówili, że jest wrakiem człowieka i że przeżyje najwyżej parę miesięcy. Zmarł 12 maja 1935 r. w 9 rocznicę zamachu majowego. Jak wykazała sekcja zwłok cierpiał na zapalenie mózgu, które było niezdiagnozowane i nieleczone i stąd jego choroba psychiczna. Miał także raka wątroby.
Co najmniej od 1930 r. Polską rządziła osoba niepoczytalna, którą należało natychmiast odsunąć od władzy  i świat o tym wiedział. Byliśmy pośmiewiskiem Europy i świata. A wszystko to z powodu tego, że piłsudczycy bali się utraty stołków i wygodnego życia jakie prowadzili. Winę za upadek Polski co najmniej od 1930 r. ponosi w pełni środowisko sanacji. Co najgorsze Piłsudski do końca podejmował decyzje w niektórych sprawach (głównie wojska) i te szalone decyzje wykonywano! Autorytet Piłsudskiego był tak wielki, że nikt nawet nie pomyślał, aby się mu sprzeciwić.

Ostatni, dziewiąty, rozdział dotyczy ewolucji rządów sanacji od ustroju autorytarnego w kierunku ustroju totalitarnego. Poruszonych jest tu szczegółowo wiele spraw. Opiszę tu w skrócie tylko kilka. Od 1930 r. sanacja grę polityczną przeciwko politycznym rywalom zastępuje działaniami siłowymi. W nocy z 9 na 10.08.1930 r. aresztowano ok. 5 tysięcy opozycjonistów i przewieziono do więzienia w Brześciu, gdzie ich torturowano. Tak wycięta została opozycja. I wtedy odbyły się tzw. wybory brzeskie, które jeszcze zostały sfałszowane (prawie 0,5 miliona głosów nieważnych) i sanacja uzyskała większość w Sejmie i Senacie. W normalnych warunkach nie byłoby na to szans. Reżim sanacji działał też podobnie jak reżim PRL mordując ludzi. W marcu 1936 r. podczas strajków w Krakowie policja zastrzeliła 10 osób. W kwietniu 1936 r. we Lwowie policja strzelała z broni maszynowej(!) do konduktu pogrzebowego niosącego trumny dwóch zabitych wcześniej przez policję robotników. Zginęło kolejne 47, a w sumie 49 osób. Przy tym zabójstwo 9 górników z kopalni wujek blednie. W sierpniu 1937 r. podczas strajków chłopów zginęły kolejne 44 osoby.
Kolejnym znakiem totalitaryzmu była ustawa o miejscach odosobnienia na podstawie której powstał obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej w 1934 roku. Autor szczegółowo to opisuje. Okazuje się, że nieprawdą jest, że to Józef Piłsudski był autorem pomysłu z obozami odosobnienia. On był temu przeciwny, ale była pewna grupa w sanacji (w szczególności Edward Rydz Śmigły), która fascynowała się pomysłami faszystowskimi i chciała je wdrożyć w Polsce. Uknuli więc prowokację, aby przekonać marszałka do zgody na obozy. W lutym 1933 r. czechosłowacki wywiad przejął tzw. Archiwum Senyka, czyli duży zbiór dokumentów UPA. Przekazał je polskim służbom „dwójce”. Ta odczytała treść i dowiedziała się, że Ukraińcy planują zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Postanowiono więc nie przeszkadzać Ukraińcom, a zamach wykorzystać jako powód do wprowadzenia obozów odosobnienia. Po drodze jeszcze trzeba było zmienić premiera, bo ówczesny premier Aleksander Prystor na taką intrygę by się na pewno nie zgodził. W maju 1934 r. cel został osiągnięty – premierem został mason Leon Kozłowski, który był wtajemniczony w plany „dwójki”. W międzyczasie „dwójka” złapała zamachowca Hrihorija Maciejkę, aby nie dokonał zamachu przed zmianą premiera. Gdy zmiana się dokonała zamachowiec został wypuszczony i poinstruowany co do tego jak ma dokonać zamachu i 15.06.1934 r. minister Pieracki zostaje przez Maciejkę zastrzelony. Już godzinę po śmierci ministra premier Leon Kozłowski przedstawił Piłsudskiemu, napisany znacznie wcześniej, projekt ustawy o obozach odosobnienia. Piłsudski nie wiedząc nic o prowokacji wstrząśnięty zabójstwem Pierackiego zgadza się mówiąc: „ja nic nie mam przeciwko tej waszej czerezwyczajce, ja się na tę waszą czerezwyczajkę na rok zgodziłem”. Ustawę więc szybko przyjęto, przegłosowano i wprowadzono w życie, a Piłsudski rok później już nie żył i obóz w Berezie Kartuskiej trwał aż do 1939 r. Później są opisy tego jak traktowano w nim więźniów, którymi byli napierw narodowcy (oskarżono ich początkowo fałszywie o zamach), OUNowcy i  komuniści, później też działacze ludowi i socjalistyczni, a potem także ludzie niewygodni dla władz czy podejrzani o jakieś przestępstwa, a na których nie dało się znaleźć żadnego paragrafu. Wystarczyło podejrzenie władz o zagrożeniu bezpieczeństwa publicznego, a więc każdy kto „podskakiwał” mógł tam trafić.
W Berezie więźniów łamano fizycznie i psychicznie, stosowano bicie i wymyślne szykany. Regulamin obozowy był wzorowany na doświadczeniach nazistowskich. Większość personelu stanowili ludzie z wypaczoną psychiką, którym dręczenie więźniów sprawiało przyjemność. Jak wspomina to jeden z więźniów Berezy Czesław Domagała: „Nie był to obóz zagłady, ale był ośrodkiem wyrafinowanego terroru, przy pomocy bezprzykładnego bicia, katorżniczej pracy, ćwiczeń fizycznych przekraczających siły człowieka, nieustannego maltretowania tak pod względem fizycznym jak i moralnym”.
W rozdziale jest też mowa o konstytucji z 23 kwietnia 1935 r. Była to totalitarna konstytucja. Prezydent miał ogromną władzę (mógł rozwiązywać parlament gdy uważał to za stosowne), a nie odpowiadał przed nikim poza Bogiem i historią (art. 2 ). Na dodatek konstytucja ta została uchwalona w sposób niezgodny z obowiązującą wówczas konstytucją marcową z 1921 r. i ze złamaniem procesu legislacyjnego (po powrocie z prac Senatu, Sejm uchwalił ją zwykłą większością głosów podczas gdy wymagane było 2/3 których sanacja w Sejmie nie miała.) W związku z tym należy stwierdzić, że konstytucja z 23.04.1935 r. jest nieważna i nielegalna. Zatem twierdzenia hrabiego Potockiego o obowiązywaniu do dziś konstytucji z 23.04.1935 r. są nieprawdziwe. Ta konstytucja nigdy nie była legalna. Zatem legalną konstytucją do dziś obowiązującą jest konstytucja marcowa z 1921 r. 
W rozdziale jest też mowa o walce sanacji z uczelniami, które były przeciwne reżimowi sanacji. Reżim wprowadził prawo dające ministrowi uprawnienia do likwidacji katedr bez zgody uczelni. Zlikwidowano 52 katedry na 806, a planowano 100, ale protesty i naciski spowodowały zmniejszenie tej liczby. Władza uzależniła też uczelnie od siebie finansowo i mogła nie zatwierdzić wyboru przez uczelnię rektora lub prorektorów jak się jej nie podobali.
Potem jest też mowa o planach całkowitej likwidacji opozycji. Nie udało się tego zrobić, ale dzięki zmianie ordynacji wyborczej w 1935 r. na taką, w której komisje powołane przez władze zatwierdzały kandydatów w wyborach i mogły odrzucić kandydatów opozycji partie inne niż sanacja nie miały żadnych szans. Zdelegalizowano także ONR czy Obóz Wielkiej Polski Romana Dmowskiego oraz Niezależną Partię Chłopską. Powodem delegalizacji było po prostu zagrożenie dla władzy sanacji. Zarzuty jakie im stawiano były fikcyjne. Np. ONR zdelegalizowano mimo iż władza nie mogła tej organizacji udowodnić żadnych przestępstw kryminalnych czy rzekomych aktów terrorystycznych jakie im zarzucała.
Na koniec jest mowa o walce w obozie sanacji między frakcją totalitarystów Edwarda Rydza-Śmigłego i frakcją bardziej demokratyczną prezydenta Mościckiego. Wygrała frakcja Rydza- Śmigłego wsparta przez masonów. Niedługo później wybuchła jednak II wojna światowa, Niemcy i ZSRR napadły na nasz kraj i obie frakcje zostały zmiecione ze stołków.

Podsumowując książka bardzo dobra, szczegółowo przedstawia działalność i rządy Piłsudskiego i sanacji opierając się na dokumentach, opracowaniach wcześniejszych  m.in. historyka Andrzeja Garlickiego oraz pamiętnikach Wincentego Witosa czy adiutanta Piłsudskiego oraz wypowiedziach polityków sanacji i endecji. Porusza sprawy zupełnie nieznane jak np. choroba psychiczna Piłsudskiego. Ta licząca prawie 350 stron książka jest bardzo cenna i z pewnością chcąc znać prawdę o Piłsudskim i sanacji trzeba ją przeczytać.
Do beczki miodu muszę dodać jednak łyżeczkę dziegciu. Brakuje mi tu rozwinięcia tematu paktu z Hitlerem. Nie ma też nic na temat tzw. wojny prewencyjnej jaką podobno proponował Francji marszałek Piłsudski przeciwko Niemcom w 1933 r. Czy koncepcja ta miała realne szanse powodzenia czy też była to koncepcja człowieka szalonego jakim był już wtedy na pewno Piłsudski często będąc niepoczytalnym?! Szkoda, że autor nie zgłębił tego zagadnienia. Ogólnie książkę oceniam jednak bardzo dobrze.

Niebezpieczne związki Donalda Tuska

Niebezpieczne związki Donalda Tuska

To najnowsza książka Wojciecha Sumlińskiego i mjra ABW Tomasza Budzyńskiego. Przeczytałem ją jakiś tydzień temu i jestem zawiedziony. Reklamowana była jako książka, w której podobno są dowody na to, że Tusk był agentem BND. Niestety niczego takiego w tej książce nie znalazłem. Jeśli ktoś sądzi, że książka ta może być problemem dla Donalda Tuska, to tak nie będzie. Tusk może spać spokojnie.

Pierwszy rozdział, zatytułowany Fundacja, dotyczy tego jak to Brytyjczycy pod przykrywką fundacji realizowali na początku III RP swoje interesy. Rzekomo pomagali we wdrażaniu w Polsce gospodarki rynkowej, a faktycznie brali udział w restrukturyzacji (czytaj wyprzedaży za bezcen) polskich banków.
Potem jest mowa o niemieckich fundacjach, w tym fundacji Konrada Adenauera, która sponsorowała partię do której należał w latach 90-ych Tusk, czyli Kongres Liberalno Demokratyczny (KLD). Pieniądze nie były kwitowane ani przez Niemców ani przez ludzi z KLD. Poza tym jest historyjka Budzyńskiego jak to śledzili niemieckiego agenta BND, będącego członkiem fundacji i jak to ich wykiwał podstawiając Niemca wyglądającego tak jak on. Żadnych rewelacji, bo to że KLD sponsorowali Niemcy (CDU) dawno już ujawnił Andrzej Olechowski i każdy kto się interesuje polityką to wie. Napisał o tym też Paweł Piskorski w swojej książce.

Drugi rozdział, o tytule Teczki, które zniknęły, jest ciekawszy. Zaczyna się od niemieckiego agenta Stasi Detlefa Rusela. Ów agent nawiązał współpracę ze Stasi, jako odpowiednik polskiego TW, 27.09.1971 r. Dostał pseudonim „Henryk”. Do roku 1980 działał w NRD. W tymże 1980 roku skierowano go do Polski. Ponieważ był naukowcem trafił do Polski pod pzorem wymiany naukowej między Uniwersytetem w Rostocku, a Politechniką Gdańską. Ruser stopniowo wnikał w struktury „Solidarności”. Nie wiadomo jak to się stało, że doświadczeni opozycjoniści nie zauważyli niczego podejrzanego w tym, że Niemiec się koło nich kręci. I tu dochodzimy do Donalda Tuska.
Tusk także działał w WZZ i 22 lipca 1983 r. kilku działaczy trójmiejskiej opozycji, w tym Tusk, umówiło się na spotkanie konspiracyjne w Łączyńskiej Hucie na Kaszubach. Mieli ze sobą bibułę (czyli nielegalne antykomunistyczne pisma i książki). SB wiedziała o ich spotkaniu i zrobiła „kocioł” i aresztowała wszystkich 6 uczestników spotkania. Byli to: Krzysztof Wyszkowski, Wojciech Duda, Piotr Kapczyński, Wojciech Fułek, Jacek Kozłowski i Donald Tusk. Co bardzo dziwne wszyscy oni zostali następnego dnia wypuszczeni, a jak mówił Krzysztof Wyszkowski SBcy zachowywali się dziwnie, nieomal przepraszając za aresztowanie. Było to jedyne zatrzymanie Tuska przez SB. Więcej nie był niepokojony w przeciwieństwie do pozostałych ww. pięciu osób, które często były nękane przez komunistyczne władze PRL.
W 1984 roku „Henryk” zdobył zaufanie brata Bogdana Borusewicza, Józefa, i zaprzyjaźnił się z Donaldem Tuskiem. Powód owej przyjaźni nie był przypadkowy, bowiem babcia Tuska ze strony ojca była rodowitą Niemką, a Tusk w zaufanych kręgach nie krył swoich proniemieckich sympatii. Tusk doskonale mówił też po niemiecku będąc głównym dyskutantem z Ginterem Grassem na spotkaniu noblisty z opozycjonistami w czerwcu 1983 roku. „Henryk” przekazywał do wschodniego Berlina potok informacji o opozycji solidarnościowej i Tusku, m.in. dekonspirując nielegalne drukarnie, przekazywał nazwiska działaczy zajmujących się drukiem „bibuły” i wiele innych mniej lub bardziej ważnych dla Stasi informacji. Przyjaźń Tuska i Rusera nagle urwała się w 1986 roku. Powód nie jest znany. To dziwne, bo Ruser nadal był w Gdańsku i spotykał się z opozycjonistami w tym z Bogdanem Borusewiczem (obecnie wicemarszałek senatu z PO).
W listopadzie 1989 r. Ruser formalnie zakończył współpracę ze Stasi. Jednak jak sądzi Budzyński było to tylko przeniesienie się ze Stasi do BND.
Dalsza część rozdziału to rozmowa Budzyńskiego z Polką Hanną Labrenz-Weiss pracującą w Berlinie w Urzędzie Gaucka, który to urząd przechowuje dokumenty Stasi. Budzyński był w Berlinie wcześniej i przeglądał teczki „Henryka” i stwierdził, że dwóch brakuje. I o to chciał między innymi zapytać panią Weiss. Nie dowiedział się wiele poza tym, że pewnego dnia do Urzędu było włamanie i stwierdzili, że właśnie dwie teczki Rusera zniknęły. Sprawę włamania wyciszono na polecenie jak stwierdziła pani Weiss kogoś wyżej niż nawet szef BND, a więc zapewne ministra albo i samego kanclerza. Akurat w tych dwóch teczkach najprawdopodobniej były informacje dotyczące Donalda Tuska. W pozostałych bowiem jak to ujął mjr Budzyński były tylko popłuczyny. Z tych 4 teczek które były także część dokumentów usunięto.
W tym co pozostawiono nie było niczego co mogłoby zaszkodzić politykom KLD, którzy realizowali niemieckie interesy w Polsce. Sprawa jest jasna – wszelkie kwity na ludzi KLD (obecnie w PO) mają mieć Niemcy i tylko Niemcy i użyją ich w razie gdy zajdzie taka potrzeba. Żaden historyk, dziennikarz czy ktokolwiek inny nie ma prawa dostępu do nich. Maluczcy nie mogą znać prawdy o tym kto nimi rządzi. I to tyle co w zasadzie wynika z całego tego rozdziału liczącego prawie 60 stron.

Trzeci rozdział, zatytułowany Sponsor, dotyczy sponsorowania KLD przez biznesmena Wiktora Kubiaka i tego jak to Kubiak (ten od nieruchomości) się dorobił. Budzyński rozmawia z Pawłem Piskorskim, czołowym działaczem KLD w latach 90-ych. Ten zaś mówi, że pieniądze od Niemców nie były wystarczające do pełnej działalności KLD. Tusk załatwił to, że Kubiak będzie sponsorował KLD. Przywoził pieniądze w reklamówkach do hotelu Marriot w Warszawie. A pieniądze te pochodziły w znacznej mierze z afery FOZZ. Są to bardzo powaźne oskarżenia pod adresem Tuska i ludzi obecnej PO. Wszystko to jednak opiera się tylko na tym, że „jedna pani powiedziała drugiej pani, że…”. Żadnych „kwitów” na to nie ma.
Gdy Janusz Lewandowski był ministrem przekształceń własnościowych Wiktor Kubiak był jego doradcą i pełnomocnikiem do spraw prywatyzacji zakładów „Polkolor” w Piasecznie. Kubiak z Lewandowskim „wynegocjowali” takie warunki „prywatyzacji”, że nabywca tj. Thompson dostał połowę wartości firmy w prezencie. Kubiak jednocześnie reprezentował drugą stronę tj. Thompsona. Firma ta z pewnością odwdzięczyła się Kubiakowi za tą transkację odpowiednią sumą.
Oprócz tego dowiadujemy się od Piskorskiego, że Tusk jak to on określił preferuje w pracy totalne bałaganiarstwo, nie lubi systematyki, a czas najchętniej spędzałby na paleniu cygar i oglądaniu meczów piłki nożnej. Piskorski przytacza pewną sytuację, gdzie Tusk będąc wicemarszałkiem Sejmu miał pokoik służbowy, w którym zamykał się z Drzewieckim, Schetyną i Piskorskim i oglądali wtedy mecze, pili wino i rozmawiali o sprawach partyjnych. Niekiedy robili to w przerwach meczów, bo mecze były dla Tuska ważniejsze. Nie znosił podejmować partyjnych decyzji i gdy tylko mógł cedował to na Piskorskiego. Wiele to mówi o Tusku, ale nie jest to nic zaskakującego ani odkrywczego.

Kolejny, czwarty rozdział, o tytule Początki, to rozmowa mjra Budzyńskiego z Krzysztofem Wyszkowskim, niezłomnym działaczem „Solidarności”, który nie chciał brać udziału w podziale łupów po tzw. transformacj ustrojowej. Rozmowa dotyczy głównie zatrzymania m.in. Wyszkowskiego i Tuska przez SB 22.07.1983 roku w Łączyńskiej Hucie. Wyszkowski dziwi się, że dzień później ich wypuszczono. Tusk dziwnie to tłumaczył mówiąc, że nie wiedzieli kogo mają. Doskonale wiedzieli, bo Wyszkowski był poszukiwany przez SB i od 1982 roku się ukrywał. Po ich zatrzymaniu przez SB prasa napisała, że Wyszkowski się ujawnił. Tusk więc był dla Wyszkowskiego ewidentnie podejrzany. W dalszej części rozmowy Wyszkowski mówi, że stopniowo nabierał coraz większych podejrzeń, że Tusk był agentem aż w końcu uzyskał całkowitą pewność. Znów jednak są to tylko słowa, a brak na to kwitów.
Dowiadujemy się też, że Kubiak pożyczył Tuskowi pieniądze na zakup mieszkania w Sopocie. Tusk mieszkanie kupił i nigdy tych pieniędzy Kubiakowi nie oddał. Cóż możnaby rzec jeden złodziej okradł drugiego złodzieja.
Wyszkowski mówi, że przez pewien czas był w tym jak to określa szemranym towarzystwie za czasów III RP, bo byli oni bardzo cwani i potrafili opowiadać dobre bajki, w które Wyszkowski niestety wierzył. Gdy w końcu się połapał co to za towarzystwo zerwał z nimi. Jak sądzi był im potrzebny jako przykrywka czy element dekoracji ich złodziejskiej działalności. Jako znany opozycjonista i człowiek uczciwy i mający autorytet w społeczeństwie ułatwiał zmylenie przeciwnika, czyli narodu. I zapewne tak właśnie było.
W rozdziale 4 jest też rozmowa Budzyńskiego z Tadeuszem Bieniem, działaczem gdańskiej „Solidarności”, jednym z założycieli Porozumienia Centrum i posłem na Sejm z ramienia KLD. Bień nie ma ochoty rozmawiać o Tusku i KLD mówiąc, że to jest szambo i nie chce do tego wracać. Naciskany przez Budzyńskiego opowiada jedną historię z 1991 r. Jest kongres partyjny i są tam m.in. Tusk, Lewandowski i Bielecki. Bień mówi, że sytuacja społeczna jest nabrzmiała i że powinni uwzględnić też sytuację ludzi biednych czy po prostu nie radzących sobie w nowej kapitalityczno- wolnorynkowej rzeczywistości. Jeden z prominentnych polityków KLD odpowiedział „przestań przejmować się tą hołotą”. Inni popierali takie podejście mówiąc „to tylko motłoch”, „tak, tak” i podobnie. Nikt nie wyraził oburzenia ani nawet nie zaprotestował. Bień powiedział, że bardzo przeprasza, ale w tej sytuacji dłużej polityki w tym towarzystwie uprawiać nie będzie i wyszedł kończąc swoją karierę w KLD. Poza tym jest jeszcze krótka historyjka o tym jak to Niemcy sfinansowali m.in. sprzęt dla gdańskich liberałów.
Potem jest też rozmowa Budzyńskiego z Markiem Formelą o powstaniu KLD, którego był świadkiem i o Fundacji Gdańskich Liberałów. Jeśli ktoś lubi grzebać w szambie to może poczytać. Wiadomo co to za mafia i znajomość szczegółów nie jest konieczna.

Rozdział 5, Ekstradycja, to rozmowa z człowiekiem z mafii pruszkowskiej Jarosławem Sokołowskim pseudonim „Masa”. Dowiadujemy się tu znowu sporo o KLD i finansowaniu jej przez Kubiaka, który to z kolei był kontrolowany przez wywiad wojskowy, który to zrobił z niego wielkiego biznesmena i różnych prywatyzacyjnych przekrętach.
Jest też opis afery FOZZ i dziwnych śmierciach ludzi którzy ujawnili ten przekręt (jak śmierć na zawał w wieku 38 lat urzędnika NIK Michała Falzmanna czy wypadek samochodowy jego szefa Waleriana Pańki. Kierowca Lancii którą jechał Pańko kilka miesięcy później zmarł na zawał, zaś policjanci badający „wypadek” i zgłaszający wątpliwości czy aby na pewno był to wypadek obaj pewnego dnia utonęli łowiąc ryby.  To wszystko jednak jest znane od lat i niczego rewelacyjnego tutaj nie ma. III RP to szambo i każdy myślący to wie.

Rozdział 6 ma tytuł Niemcy. To rozmowa z niemieckim agentem Ryszardem Tomaszkiem. W zasadzie w znacznej mierze monolog Tomasza Budzyńskiego. Były agent BND wiele nie mówi. Dowiadujemy się, że nasze służby śledziły go dłuższy czas, aż wbrew logice pewnego dnia go aresztowały zamiast śledzić go dalej aż doprowadzi ich „po nitce do kłębka” i rozbić całą siatkę agentów.
Jak wykazała rozmowa Budzyńskiego ze swoim byłym kolegą z ABW kluczem do wyjaśnienia takiego postępowania polskich służb był niemiecki biznesmen Paul Rogler. Miał on kontakty z Pawłem Grasiem, człowiekiem Tuska. Z kolei według kolegi Budzyńskiego ów Rogler miał kontakty z Ryszardem Tomaszkiem, a także z Detlefem Ruserem „Henrykiem”, który to w latach 80-ych XX w. przyjaźnił się z Tuskiem. Aresztowanie Ryszarda Tomaszka miało uniemożliwić dojście do Rusera i do Tuska.

Ostatni rozdział 7, Wykreowany dotyczy tego jak to Donald Tusk został wykreowany przez media i tego jak to naprawdę z nim było. Jest tu m.in. przytoczonony fragment wystąpienia Tuska na Kongresie Kaszubów, w którym mówi, że Pomorze powinno być regionem autonomicznym czym pokazuje swoją proniemieckość. Mamy też publikację autorstwa Tuska w czasopiśmie „Znak” z 1987 r. gdzie stwierdza m.in., że polskość to nienormalność. Także nic szczególnie odkrywczego.
Na samym końcu są dokumenty SB z zatrzymania Tuska w 1983 r. i jego wnioski o wydanie wizy turystycznej na wyjazd do RFN w 1988 r.

Podsumowując z książki można się dowiedzieć wiele na temat Tuska i ludzi obecnej PO, funkcjonowania III RP i złodziejskiej prywatyzacji ale nie jest to nic rewolucyjnego. Donald Tusk na pewno nie będzie cierpiał na bezsenność z powodu ukazania się tej książki. Tę mogłyby wywołać u Tuska tylko dokumenty potwierdzające że Tusk był niemieckim agentem. Tych jednak brak. Zatem niech nikt nie liczy, że Tusk odpowie za to co zrobił.

Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera

Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera. Kto naprawdę go zabił?

Książkę o powyższym tytule, autorstwa Wojciecha Sumlińskiego przeczytałem jakiś tydzień temu. Jest to dobry kryminał tyle tylko, że to jest prawdziwy kryminał, a nie fikcja. Książka bardzo wciągająca i ukazująca jakim szambem jest tzw. III RP w której wciąż żyjemy. Z lektury tej książki wynika jednoznacznie, że Andrzej Lepper nie popełnił samobójstwa, ale został zamordowany i upozorowano to na samobójstwo. Nie jest to z pewnością zaskoczeniem dla nikogo kto potrafi logicznie myśleć.

Zanim przejdę do książki kilka słów o autorze. Wojciech Sumliński to 49-letni dziennikarz śledczy, praktykujący katolik. Mieszka w Białej Podlaskiej, żonaty, ma 4 dzieci. Jest absolwentem Wydziału Psychologii UKSW w Warszawie. Prowadził kiedyś w TVP programy „Oblicza prawdy” i „30 minut” ukazujących tajne operacje SB i WSI. W 1996 i 2006 r. nominowany do nagrody „Press” w kategorii dziennikarstwa śledczego. W ostatnich czasach zasłynął z pewnością książką „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” (2015 r.) z której wynika, że były prezydent był rosyjskim agentem, choć wprost nie jest to powiedziane. Jeżeli jednak ówczesny (2001 r.) minister obrony narodowej powierza dostęp do informacji o ściśle tajnych projektach rakiet dla wojska realizowanych na WAT w Warszawie niejakiemu Igorowi Kopyłowowi, który jak stwierdzono bez cienia wątpliwości był pracownikiem rosyjskich służb to kim jest ów minister jak nie rosyjskim agentem? Z tego powodu był nękany przez służby w wyniku czego załamał się i w warszawskim kościele św. Stanisława Kostki próbował popełnić samobójstwo. Uratowało go to, że coś skłoniło przechodzącą w tym samym czasie koło kościoła kobietę do wejścia do tego kościoła, gdzie zobaczyła Sumlińskiego i wezwała pogotowie. Próbowano go także dwukrotnie zabić w czasie gdy prowadził dziennikarskie śledztwo w sprawie Komorowskiego. Raz zdołał odskoczyć unikając potrącenia gdy szedł pieszo drogą poza miastem. Za drugim razem ktoś wbił mu szpikulec w oponę jego auta, która wystrzeliła wtedy gdy Sumliński jechał w swoim mieście koło cmentarza z prędkością ok. 50 km/h. Samochód uderzył w mur cmentarza i uległ całkowitemu zniszczeniu. Sumlińskiemu nic się nie stało. Znów opatrzność nad nim czuwała. Gdyby to się stało poza miastem przy większej prędkości zapewne zginąłby. Gdy nie udało się Sumlińskiego zabić postanowiono zrobić z niego  przestępcę i wariata. Sprokurowano tzw. aferę marszałkową, w której to rzekomo Sumliński miał przekupić jednego z członków komisji weryfikacyjnej WSI aby pozytywnie zweryfikował jednego z agentów, co było spreparowaną operacją służb. Sumliński przez 8 lat (2008-2016) toczył w związku z tą sprawą boje sądowe, gdy zaczynał wygrywać próbowano z niego zrobić wariata, ale też się im nie udało. Ostatecznie w lutym e wrześniu 2016 r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok uniewinniający Sumlińskiego i stwierdzający, że padł on ofiarą operacji tajnych służb. W lutym 2016 r. ujawniono, dotąd tajne, informacje, że Wojciech Sumliński, w czasie rządów PO-PSL w latach 2007-2015, był najbardziej inwigilowanym przez służby dziennikarzem śledczym w Polsce. Przy takim życiorysie wielu by zrezygnowało i zajęło się innym zajęciem np. pisaniem jakichś nieszkodliwych artykulików z psychologii, ale nie Sumliński. Mimo tego co przeszedł postanowił zgłębić temat samobójstwa Andrzeja Leppera co zrobił, wraz z oficerem ABW Tomaszem Budzyńskim, i napisał o tym książkę.

Książka zaczyna się mniej więcej jak u Hitchcocka – następuje grom z jasnego nieba i napięcie wciąż rośnie. Zaczyna się od nagranej rozmowy Tomasza Budzyńskiego ze Stanisławem Kowalczykiem, bliskim współpracownikiem Leppera, jaką dał Budzyński do odsłuchania Sumlińskiemu. Z rozmowy tej wynika, że jakieś 2-3 lata po tym jak Lepper i „Samoobrona” politycznie przestały istnieć został oszukany. Myślał, że podpisuje z pewną kobietą i jej synem kontrakt na sprzedaż warzyw do Arabii Saudyjskiej, a jak się później okazało zamiast buraków i cebuli do Arabii Saudyjskiej pojechała broń warta 10 milionów dolarów. Gdy Lepper się zorientował spotkał się z Tomaszem Sakiewiczem prosząc go o załatwienie spotkania z Jarosławem Kaczyńskim. Do tego jednak nie doszło.

W pierwszej części książki jest mowa o tym, że Andrzej Lepper i Janusz Maksymiuk robili interesy na Ukrainie i Białorusi. Mówi o tym Sumlińskiemu Tomasz Budzyński, bowiem delegatura ABW w której pracował kontrolowała granicę ukraińską i białoruską. Lepper załatwiał tam prywatne interesy jak np. zakup drewna na Białorusi w celu odprzedaży go na zachód Europy, ale także podejmował działania, które jak liczył pozwolą mu wrócić do politycznej gry z przytupem. Lepper początkowo przyjeżdżał wiele razy na Ukrainę w prywatnych interesach i oczywiście zainteresowała się nim SBU. W pewnym momencie Lepper chciał wrócić do politycznej gry. Poprzez jednego z członków swej partii nawiązał kontakt z Zakonem Rycerzy Św. Michała Archanioła. To organizacja działająca pod przykrywką szerzenia patriotyzmu na Ukrainie, założona przez rosyjskie służby. Dzięki pomocy Zakonu uzyskał dwa doktoraty honoris causa na uniwersytetach na Ukrainie, co miało poprawić jego wizerunek w oczach wiejskiego elektoratu w który głównie celował. Chciał kandydować na prezydenta w 2005 r. Uzyskał wtedy trzeci wynik, a jego poparcie zdecydowało o wygranej w II turze Lecha Kaczyńskiego.
Wiosną 2011 r. dzięki Zakonowi nawiązał kontakt z SBU i na spotkaniu nad jeziorem Świteź dostał nagranie audio ze spotkania, na którym negocjowany był kontrakt gazowy z rosyjskim Gazpromem, który został podpisany jesienią 2010 r. W wyniku tego kontraktu płacimy dziś najwięcej za gaz w Europie. Taki kontrakt „wynegocjował” Waldemar Pawlak z PSL, a ówczesny premier Donald Tusk to przyklepał. Nagranie to zgodnie z ustaleniami autora zawierało informacje o wielkim przekręcie przy tych tzw. negocjacjach dzięki czemu dostaliśmy katastrofalne warunki tak zapłaty jak i odbioru gazu. Okazało się m.in., że w wyniku podpisanego kontraktu braliśmy i zapewne wciąż bierzemy od Gazpromu więcej gazu niż wynosi nasze zapotrzebowanie! I warunki kontraktu są takie, że nie możemy go odsprzedać, więc musimy go magazynować. I płacimy jak za przysłowiowe zboże, bo cena jest ustalana po kursie ropy. A to nie wszystko, bo umorzyliśmy też Gazpromowi ok. 1,5 mld zł długu za tranzyt gazu przez Polskę na zachód Europy. Gdyby te informacje ujrzały światło dzienne to rząd PO-PSL zostałby politycznie wysadzony w powietrze i dziś już partia PO jak i PSL zapewne nie istniałyby. I już wiadomo dlaczego Lepper „popełnił samobójstwo”. Gdyby mu się udało przeorałby scenę polityczną w Polsce i wrócił do politycznej gry z przytupem. Niestety nie udało mu się i skończył 1,5 m pod ziemią.

Mamy tu także opis ostatniego dnia życia Andrzeja Leppera, tj. 4.08.2011 r. Lepper absolutnie nie wykazywał oznak tego, że planuje samobójstwo. Nie był w depresji, snuł plany polityczne i choć miał długi to wcale nie rwał z tego powodu włosów z głowy. Miał plany skąd pozyskać pieniądze na ich spłatę. Jak to określa autor Lepper należał do tych nielicznych, którzy potrafią wyprowadzić wiele ciosów, ale jeszcze więcej potrafił przyjąć. Lepper choć był w 2011 r. na dnie daleki był od załamania, na co wskazywali niemal wszyscy jego współpracownicy.

Dalej mamy opis znalezienia zwłok Leppera i tego jak prowadzono śledztwo. To była jedna wielka farsa. Od początku było ono prowadzone w kierunku pomocy lub nakłonienia Leppera do samobójstwa. Hipotezy zabójstwa z upozorowaniem na samobójstwo w ogóle nie brano pod uwagę. Śledztwo to było prowadzone bardzo niechlujnie i byle jak. I informacje ze śledztwa „przeciekały” przez prokuraturę do mediów jak przez dziurawe sito. Jeszcze zanim śledztwo w ogóle ruszyło wszystkie media już ogłosiły, że Lepper popełnił samobójstwo z powodu długów.
Ciało Leppera znaleziono ok. 16-ej 5.08.2018 r. (piątek), a sekcję zwłok i śledztwo zaczęto dopiero 8.08.2011 r. (poniedziałek) rano. Przez cały weekend nie zrobiono nic. Tym samym upłynęło dość czasu, aby ewentualne substancje paraliżujące lub usypiające mogły się rozłożyć i nie zostać wykryte. Idealnie pasuje to do schematu tzw. seryjnego samobójcy. Jego ofiary też zawsze ginęły w piątek lub sobotę. Tak zginął np. rok później gen. Sławomir Petelicki.
Sumliński spotkał się z oficerem policji, który pracował przy śledztwie w sprawie śmieci Leppera. Ów oficer powiedział, że w swojej ponad 20-letniej karierze nie widział jeszcze tak beznadziejnie prowadzonego śledztwa. Dowody jakie znaleźli policjanci prokuratura zignorowała – np. ślady traseologiczne (obuwia) nieznanych i jak ustalili policjanci obcych Lepperowi osób, które znaleziono w prywatnych pomieszczeniach Leppera (łazienka, gdzie znaleziono jego zwłoki) w biurze „Samoobrony” przy Alejach Jerozolimskich 30 w Warszawie gdzie często nocował. Prokuratura uznała za wiarygodne zeznania jednego świadka, Mirosława Rudowskiego o depresji Leppera. Odrzuciła zaś zeznania kilkunastu innych świadków, którzy zeznawali coś zupełnie przeciwnego. To co ustaliła rzekomo prokuratura było sprzeczne ze sobą. Gdy zięć Leppera wraz z Rudowskim znaleźli zwłoki Leppera w łazience, w pokoju obok był włączony telewizor, a więc musiał być prąd. Prokuratura zaś napisała, że w lokalu „Samoobrony” prądu nie było, bo został odcięty w związku z niepłaceniem rachunków. Jak ustalili policjanci prąd w lokalu był. Zostało przez kogoś zrobione obejście licznika. Jak mówi oficer policji z ich ustaleń wynika, że to obejście musiał zrobić Mirosław Rudowski, który zeznał, że w lokalu partii prądu nie było, a więc kłamał.
Gdy oficer policji pokazał Sumlińskiemu teczkę z materiałami ze śledztwa było na pierwszy rzut oka widać, że było ono wyraźnie nieudolnie prowadzone – po omacku, partacku. Postanowienie o umorzeniu śledztwa z powodu braku wykrycia znamion przestępstwa było absurdalne, sprzeczne ze sobą i nie trzymało się kupy. Napisano w nim np, że w lokalu „Samoobrony” nie było prądu z powodu długów, a jednocześnie napisano też, że w dniu śmierci Leppera na stacjonarnym komputerze pracował Rudowski i że gdy znaleziono zwłoki Leppera działał telewizor. Normalnie cud! Telewizor i komputer działały chyba zasilane powietrzem?!
To jednak nic. Najlepsze jest to, że napisali iż został stwierdzony brak jakichkolwiek odcisków palców na krześle na które wszedł Lepper przed powieszeniem się oraz brak jakichkolwiek odcisków palców na sznurze i pętli którą włożył sobie na szyję. Wygląda więc na to, że według prokuratury Lepper wszedł na krzesło, wytarł dokładnie odciski palców, potem założył pętlę na szyję, znów wytarł dokładnie odciski, „zniknął” to czym wytarł odciski lub to zjadł (ale w sekcji zwłok niczego takiego nie znaleziono) i się dopiero powiesił. Rękawiczek ani narzędzia którym wytarto odciski nie znaleziono. Lepper musiał być więc chyba pierwszym w historii kryminalistyki samobójcą, który tak się zatroszczył o usunięcie swoich odcisków palców zanim się powiesił. A przecież był rzekomo w depresji. I mimo tego dbał o takie szczegóły. No cóż prokuratura najwyraźniej ma nas obywateli za ludzi ograniczonych umysłowo, bo w taki scenariusz to nawet dziecko nie uwierzy. Brak odcisków palców na pętli wisielczej jest oczywistym i niepodważalnym dowodem na zamordowanie Andrzeja Leppera.

Druga część książki dotyczy interesów Leppera na Ukrainie, tego czym jest Zakon Rycerzy Św. Michała Archanioła, związków Leppera z Mykoła Hinajłą z kierownictwa Zakonu, spotkania nad jeziorem Świteź i inne różne ciekawe informacje wyjaśniające polityczne zamiary Leppera. Mowa jest też o tym w jaki sposób wykreowano Leppera na „męża opatrznościowego narodu” i że zaczęto to robić już w 1992 r. Duży udział miał w tym Edward Kowalczyk – w PRL minister łączności i wicepremier. To on dostrzegł Leppera i wykreował na lidera buntu rolników. Później, pod koniec 2000 r. generałowie WSI odpalili na całego projekt „Samoobrona” dzięki czemu ta partia weszła z trzecim wynikiem do Sejmu. Duża w tym zasługa Piotra Tymochowicza, który jako specjalista od wizerunku nauczył Leppera jak ma się zachowywać, jakie gesty rękami robić w czasie gdy mówi, jak ripostować czy jak modulować głos, aby wzbudzać zaufanie. Nauczono też Leppera retoryki i erystyki. Trzeba przyznać, że Lepper choć słabo wykształcony był człowiekiem inteligentnym i zdołał to wszystko przyswoić.

Lepper był na smyczy WSI i musiał robić co mu kazali. Dlatego m.in. Samoobrona głosowała za tym, aby nie dokonywać reorganizacji służb cywilnych i wojskowych. Dzięki temu struktura WSI pozostała bez zmian. Ogólnie Lepper był rozgrywany przez służby i był tego świadomy. Liczył jednak, że w ostatecznym rozrachunku to on będzie górą. Pomylił się i zapłacił za to życiem. Był politykiem i człowiekiem zbyt mało wykształconym, o zbyt małej wyobraźni i umiejętności przewidywania i wiedzy o metodach działania służb oraz zbyt prostolinijny by myśleć o wygranej czy choćby byciu równorzędnym rywalem dla służb.

Ostatnia część to dokumenty ze śledztwa w sprawie tzw. samobójstwa Andrzeja Leppera, w tym absurdalne postanowienie o umorzeniu śledztwa ze stwierdzeniem o braku jakichkolwiek odcisków palców na pętli wisielczej, co jak sam sprawdziłem faktycznie jest tam napisane!

Książka ta odsłania kulisy działania mafijnego państwa o nazwie III RP. I wskazuje dlaczego tak „skręcono” to śledztwo i nie robi się nic by je wznowić. Ujawnienie prawdy w sprawie śmierci Leppera spowodowałoby trzęsienie Ziemi na scenie politycznej w Polsce, uruchomiłoby lawinę w wyniku której III RP rozleciałaby się jak domek z kart.

Jak czerpać zdrową energię z Ziemi. Uziemienie.

Dziś przedstawię charakterystykę i moją ocenę książki autorstwa Clinta Obera, Stephena T. Sinatry i Martina Zuckera pt. „Jak czerpać zdrową energię z Ziemi. Uziemienie”.

Uziemienie. Jak czerpać zdrową energię z ziemi - Clinton Ober, Sinatra Stephen T., Zucker Martin

Książka ta stanowi prawdopodobnie pierwszą publikację na temat wibracji i energii naszej planety, zwanej często Matką Ziemią i tego ja one nas uzdrawiają i mogą zapewnić doskonałe zdrowie, gdy tylko połączymy się z naszą planetą. I nie są to jakieś ezoteryczne rozważania. To co zawiera książka jest oparte na przeprowadzonych i publikowanych badaniach i obserwacjach pacjentów. Są one wciąż niewielkie i w kolejnych latach z pewnością będziemy się dowiadywać więcej. Jednak samo to co już jest zmienia nasz stan wiedzy o zdrowiu. Z przeprowadzonych badań i obserwacji autorzy stawiają tezę, że ciało pozbawione połączenia z planetą wydaje się być podatne na zaburzenia, choroby zakaźne, przyspieszone procesy starzenia.

Na początku autorzy piszą, że jeśli to możliwe czytaj tę książkę siedząc i trzymając gołe stopy bezpośrednio na Ziemi, trawie, żwirze, glebie, piasku lub betonie. Doświadczysz wtedy rzeczy, o których będziesz czytać – kontakt z Ziemią przywróci Twojemu ciału naturalny stan elektryczny. Pozytywna przemiana, jaką poczujesz, będzie początkiem procesu, w którym Twoje ciało powoli zacznie chłonąć wszechobecną i nieustającą uzdrawiającą energię. Oto uziemienie – niezwykle proste, bezpieczne i naturalne zjawisko, zmniejszające ból i stres. Ja czytałem książkę jakiś miesiąc temu i ponieważ było ciepło, to znaczną jej część przeczytałem z gołymi stopami na trawie. Potwierdzam, że poczułem to o czym autorzy piszą w książce – po około godzinie czułem że mam więcej energii i miałem mrowienie w stopach.

Książka ta przedstawia coś czego jak sądzę 99% populacji Ziemi w tym lekarzy nie wie. Mówi bowiem o tym, że aby być zdrowym nasze ciało powinno utrzymywać potencjał elektryczny taki jaki ma nasza planeta – Ziemia. Żyjemy natomiast w środowisku, w którym jesteśmy odcięci od Ziemi. Szczególnie chodzi tu o buty, które mają podeszwę izolującą nas od Ziemi. Permanentne izolowanie się od Ziemi, czyli brak uziemienia, przez dziesięciolecia powoduje, że nasze zdrowie zaczyna się psuć i pojawiają się choroby przewlekłe. Brak uziemienia nie jest z pewnością jedynym czynnikiem ich powstawiania, ale z pewnością ma tu istotne znaczenie.

W pierwszym i drugim rozdziale książki jest mowa o tym dlaczego chorujemy i czym jest uziemienie i co nam daje. Autorzy słusznie zauważają, że człowiek jest jedyną istotą na Ziemi, która nie ma z planetą stałego połączenia elektrycznego. Takie połączenia zapewnia kontakt gołych stóp z powierzchnią Ziemi. Żadne zwierze nie nosi przecież butów. I żadne z nich nie choruje na choroby przewlekłe takie jak miażdżyca, RZS, SLA, SM i wiele innych.
Mowa jest tu też o tym, że najnowsze badania wskazują, że przyczyną większości (jeśli nie wszystkich) chorób przewlekłych jest stan zapalny w organizmie. W ostatniej dekadzie obserwuje się duży wzrost liczby stanów zapalnych. Stan ten wywoływany jest przez nadmierną ilość wolnych rodników w naszych organizmach, które powstają w wyniku metabolizmu i mają związek z naszym odżywianiem (silnym czynnikiem prozapalnym jest np. cukier, ale wpływ mają także gotowane i smażone pokarmy jedzone w dużych ilościach). Nasze ciało jest przewodnikiem i jest ładowane głównie ładunkami dodatnimi, pochodzącymi z komputerów, drukarek, telefonów komórkowych, telewizorów i innej elektroniki. Nasze komórki, w tym krew są zaś naładowane ujemnie. Wolne rodniki są naładowane dodatnio i działają utleniająco, niszcząc komórki. Im ich więcej tym destrukcja większa i stąd stany zapalne wywołujące problemy. Przykładowo jak powstaje miażdżyca: ściany naczyń krwionośnych wyłożone są śródbłonkiem, który naładowany jest ujemnie. Krew przepływająca przez naczynia także naładowana jest ujemnie. Zachodzi więc odpychanie krwi od śródbłonka naczyń i krew płynie szybko. Gdy w wyniku działania rodników śródbłonek zostanie gdzieś uszkodzony, w tym miejscu powstaje nieciągłość, czyli luka, którą do wnętrza naczynia dostają się ładunki dodatnie. Gdy przepływa w tym miejscu krew, naładowana ujemnie, to jak wiemy z fizyki ładunki różnoimienne się przyciągają. Tak też dzieje się z krwią i komórki krwi sklejają się ze sobą i przyczepiają do ścian naczynia aż może dojść do jego zaczopowania. I wtedy mamy zawał. Żeby więc do tego nie doszło LDL (tzw. zły cholesterol) jest transportowany do miejsca gdzie powstało uszkodzenie śródbłonka i je zasklepia. Nie jest to rozwiązanie idealne, bo ładunek ujemny nie zostaje przywrócony, ale zamiast dodatniego mamy ładunek neutralny. Światło tętnicy zwęża się i przepływ krwi jest w tym miejscu gorszy, ale wciąż jest możliwy. Niebezpieczeństwo jest zażegnane. Dlatego absurdem jest sztuczne obniżanie poziomu cholesterolu statynami, ale o tym już pisałem przy okazji recenzji książki właśnie na temat cholesterolu.
Jak działa na nasze ciało uziemienie, czyli kontakt z Ziemią? Otóż Ziemia jest ogromnym zbiornikiem ładunków ujemnych (elektronów). Gdy dostarczymy naszemu ciału tych elektronów, których mu brakuje to one zneutralizują działające utleniająco, a więc niszcząco na komórki, wolne rodniki. Tym samym proces zapalny zniknie. Jeśli jest to ciężki stan zapalny może to być trudne i trwać długo, ale w najgorszym razie zostanie mocno złagodzony. W kolejnych rozdziałach przedstawiono dowody, które wskazują że tak jest. Żeby tak jednak się stało uziemienie musi być ciągłe. Jeśli nie to objawy chorobowe powrócą.

Czym w skrócie jest uziemienie?
Jest to połączenie ciała z niewyczerpalnymi, delikatnymi energiami Ziemi. Oznacza chodzenie lub siedzenie boso na zewnątrz i/lub siedzenie, pracę, spanie po podłączeniu do przewodzącego urządzenia, które dostarcza ciału naturalną, uzdrawiającą energię Ziemi.
Co się wtedy dzieje?
Twoje ciało jest skąpane w ujemnie naładowanych wolnych elektronach, obficie występujących na powierzchni Ziemi. Natychmiast wyrównuje ono swój poziom energii elektrycznej (potencjał elektryczny), osiągając takie same wartości jakie wykazuje Ziemia.
Co daje uziemienie?
Z obserwacji i badań wynika, że uziemienie:
– likwiduje przyczyny stanów zapalnych, łagodzi lub eliminuje objawy wielu chorób związanych z zapaleniami
– redukuje lub likwiduje przewlekłe bóle
– najczęściej poprawia sen
– zwiększa poziom energii
– zmniejsza stres i sprzyja zachowaniu spokoju poprzez ukojenie systemu nerwowego i regulację hormonów wzrostu
– reguluje biologiczne rytmy organizmu (np. zauważono, że półgodzinne chodzenie po trawie po przylocie do innej strefy czasowej niweluje zmęczenie)
– rozrzedza krew, poprawia ciśnienie i przepływ krwi
– zmniejsza objawy zaburzeń hormonalnych i dolegliwości menstruacyjnych
– radykalnie przyspiesza leczenie i pomaga zapobiegać powstawaniu odleżyn
– chroni ciało przed potencjalnie zakłócającymi zdrowie polami elektromagnetycznymi występującymi w środowisku
– przyspiesza regenerację po intensywnych ćwiczeniach fizycznych

Najgorszą rzeczą jaką wymyśliła ludzkość są buty. Według dra Williama Rossiego, podiatry z Massachusets, obuwie uniemożliwia nam naturalny biomechaniczny chód. Obuwie powoduje odciski, nadwyrężenia i co najgorsze odcina nas od Ziemi (odkąd zaczęto robić podeszwy z gumy, plastiku i związków petrochemicznych).

Kolejne rozdziały, trzeci i czwarty, to historia tego jak zwykły, niewykształcony medycznie monter telewizji kablowej odkrył jak ważne dla człowieka jest uziemienie i że człowiek jest tak samo istotą elektryczną jak telewizor czy lodówka. Ober dzięki uziemieniu pomógł wielu osobom odzyskać zdrowie. Nie będę się szczegółowo o tym rozpisywał choć to bardzo ciekawe. Zachęcam do lektury. W rozdziale czwartym  jest mowa o tym jak to Clint Ober chciał namówić różnych lekarzy, aby przeprowadzili badania uziemienia na ludziach. Szło to bardzo opornie. Nie było na ten temat żadnych badań i nikt nie chciał się w to angażować. Przeczesując wiele bibliotek medycznych Clint Ober także nic nie znalazł na ten temat. W końcu postanowił zabawić się w naukowca amatora i sam przeprowadzić badania, opierając się na wskazówkach uzyskanych od studentów medycyny. Rezultaty były wspaniałe. Znaczną poprawę snu, zmniejszenie bólu i ogólną poprawę stanu zdrowia deklarowało po 30 dniach uziemiania 74-100% osób! Badane osoby (30 kobiet i 30 mężczyzn) były uziemiane w nocy podczas snu za pomocą specjalnych podkładek.
Wyniki tego badania został opublikowany i spowodował zainteresowanie badaczy. Jednym z nich był dr Maurice Ghaly. Wykonał on badanie pilotażowe w celu zmierzenia poziomu kortyzolu (hormonu stresu) wydzielanego przez uziemiane osoby podczas snu. Badanie wykazało, że po uziemieniu poziom kortyzolu się stabilizował i jego wahania były mniejsze niż u osób nieuziemionych. To wskazywało, że uziemienie zmniejsza stres.

Rozdział 5 przedstawia odkrycia kardiologa dra medycyny Steve’a Sinatry. Jest to wszechstronny lekarz stosujący konwencjonalne i niekonwencjonalne metody leczenia. Zauważył on, że pacjenci mają więcej dolegliwości podczas pełni Księżyca lub intensywnej aktywności Słońca. Zainteresowało go to i tak doszedł do elektromedycyny, którą zaczął zgłębiać. W 2001 r. na konferencji poznał Clinta Obera i dowiedział się od niego o wyniku badania z kortyzolem. To Sinatrę zaintrygowało. Duże wrażenie na kardiologu zrobiło to, że Clint Ober był od niego 2 lata starszy, a gdy wykonali z pomocą innego uczestnika konferencji, badanie elastyczności naczyń krwionośnych, miał od niego dużo bardziej elastyczne naczynia. Jak się okazało kardiolog z literami dr przed nazwiskiem i niby dużą wiedzą medyczną miał naczynia krwionośne w gorszym stanie niż niemający żadnego wykształcenia medycznego monter kablówki! Powodem było to, że Ober stale się uziemiał, a Sinatra nie. Steven Sinatra postanowił więc poważnie włączyć się w badanie wpływu uziemienia na zdrowie człowieka, zwłaszcza od strony kariologicznej, w której się specjalizował.

Rozdział 6 mówi o Ziemi jako o doskonałym, najlepszym i najprostszym naturalnym środku przeciwzapalnym. Przedstawione są tu badania, które na to wskazują. Najpierw jest scharakteryzowane czym dokładnie jest stan zapalny i że są jego 2 rodzaje – ostry i chroniczny. Ten związany z chorobami przewlekłymi, to chroniczny stan zapalny, czyli trwający cały czas od długiego czasu. Ostry ma miejsce, gdy np. się zranimy lub stłuczemy nogę. Stan zapalny to skomplikowana biologiczna odpowiedź organizmu na szkodliwe bodźce, takie jak patogeny, uszkodzone komórki czy substancje drażniące. To próba ochrony dzięki której system organizmu może usunąć zagrażające, szkodliwe czynniki i rozpocząć procesy leczenia zaatakowanych tkanek. W przypadku braku stanu zapalnego rany i infekcje nigdy nie zostałyby uleczone, a przetrwaniu zagrażałaby postępująca destrukcja tkankowa.
Mowa jest tu też o wolnych rodnikach. Mimo iż działają szkodliwie na tkanki pełnią jednak ważną rolę w organizmie. Szkodzi nam ich nadmiar. Wolne rodniki, produkowane przez odpowiedź immunologiczną organizmu, naładowane dodatnio (mają deficyt jednego lub dwóch elektronów) zabierają elektrony od patogenów, tym samym niszcząc je. Gdy jednak jest nadmiar wolnych rodników to pozyskują one potrzebne im elektrony od zdrowych komórek, które ulegają uszkodzeniu. Normalnie po zniszczeniu patogenów nadmiar wolnych rodników jest neutralizowany w organizmie przez wolne elektrony i antyoksydanty. Jednak gdy dochodzi do zaburzeń i braku wystarczającej liczby wolnych elektronów do neutralizacji wolnych rodników, to te ostatnie stają się destrukcyjne dla organizmu. Według autorów przyczyną powstania takiego stanu rzeczy jest brak uziemienia organizmu.
Na końcu rozdziału są zdjęcia obrazowania w podczerwieni zasięgu i nasilenia stanu zapalnego u różnych osób, skarżących się na ból, przed i po poddaniu uziemieniu. Różnica po dwóch nocach spania w uziemieniu jest wyraźna. Nasilenie i obszar stanu zapalnego wyraźnie się zmniejszyły.  Jest też fotografia rany na kostce u 84-letniej kobiety. Rana pojawiła się w wyniku noszenia nieodpowiedniego obuwia. Zrobił się pęcherz, który zmienił się w otwartą ranę, która mimo starań lekarzy nie chciała się zagoić od ośmiu miesięcy. Po dwóch tygodniach uziemiania (raz dziennie przez 230 minut za pomocą elektrod) rana się zagoiła i poprawiło się krążenie w stopie.
Także u 40-letniego mężczyzny z neuropatią cukrzycową po trzech nocach przespanych na uziemiającej podkładce krążenie w prawej nodze silnie dotkniętej neuropatią poprawiło się, noga zrobiła się jaśniejsza, na co wskazują zamieszczone zdjęcia.

Rozdział 7 przedstawia informacje o tym jak poddawano ludzi uziemianiu za pomocą przyczepionych do ciała elektrod i jakie to dawało efekty. Bardzo wiele osób odczuwało wyraźne zmniejszenie bólu.
Mowa jest tu także o tym jak uziemienie zmienia oddziaływanie na nasz organizm pól elektromagnetycznych na jakie narażeni jesteśmy w codziennym życiu (telefony, komputery, urządzenia biurowe, maszty telefonii komórkowej itp.). Jak się okazuje, badanie przeprowadzone przez dra Applewhite’a wykazało, że gdy ciało jest połączone bezpośrednio z Ziemią, jest ono również osłonięte przed elektrozanieczyszczeniami. Gdy zaś połączenia ciała z Ziemią nie ma, to nieuziemione ciało „pławi się” w burzy przypadkowych energii środowiska, a jego funkcje są niestabilne. Uziemione ciało wykazuje tzw. efekt parasolowy uziemienia. W takim stanie ciało od stóp do głowy ma potencjał elektryczny 0 V. Dopiero nad naszą głową potencjał wzrasta do ok. 350 V. Gdy zaś ciało jest nieuziemione to potencjał elektryczny rośnie od naszych stóp i na wysokości czoła osiąga ok. 350 V.
Człowiek jest istotą elektryczną. Nasz organizm funkcjonuje w oparciu o ładunki elektryczne, głównie ujemne. Gdy uziemiane osoby poddano badaniom EMG (elektromiogram – pomiar aktywności elektrycznej mięśni), EKG (rejestracja aktywności serca) i EEG (rejestracja aktywności elektrycznej mózgu) stwierdzono, że efekty uziemienia występowały niemal natychmiast, bo już po 2 sekundach. Po 30 minutach obserwowano już wyraźne zmiany.
W dalszej części jest też mowa o punkcie akupunkturowym K1 na każdej stopie,o bardziej wydajnym funkcjonowaniu układu nerwowego, oddechowego i nerwowego dzięki uziemieniu oraz o tym, że uziemienie przyspiesza leczenie urazów – rany goją się szybciej. Szybciej ustępuje też stan zapalny.
Wstępne badania przeprowadzone na zwierzętach wskazują też, że uziemienie poprawia wiele czynników biochemicznych związanych z syndromem metabolicznym, który jest prekursorem chorób takich jak cukrzyca i choroby naczyniowe. U zwierząt zauważono także spadek wagi dzięki uziemieniu. Dwie grupy szczurów karmiono tak samo i dawano im pożywienie w tych samych ilościach. Grupa uziemiona wykazywała niższą wagę ciała od grupy nieuziemionej. Różnica ta nie była spektakularna (ok. 2,6% masy), ale wystąpiła. Możliwe, że u ludzi także wystąpiłby taki efekt, ale póki co tego nie zbadano.
Przeprowadzone i opisane w książce badania wskazują na jednoznaczny fakt: ludzie uziemiani funkcjonują lepiej niż nieuziemiani. Tak naprawdę różnią się. Dwaj naukowcy, którzy intensywnie studiowali i opisywali uziemienie ludzi postawili kilka intrygujących hipotez. Ci dwaj badacze to dr James Oschman i dr Gaetan Chevalier. Poniżej najważniejsze z nich.
Dłuższe i lepsze życie – dzięki neutralizacji nadmiaru wolnych rodników uziemienie spowalnia proces starzenia się komórek i zapewnia lepszą jakość życia. Szczegóły na str. 136-138 książki.
Nowa definicja „normalnej” reakcji immunologicznej – niedobór elektronów w nieuziemionym ciele skutkuje wypaczeniem i osłabieniem funkcjonowania układu odpornościowego. Jego normalne funkcjonowanie może zostać przywrócone dzięki uziemieniu ciała. Gdy ciało jest połączone z Ziemią klasyczne objawy i symptomy zapalenia, w tym również ból, są znacznie zredukowane czy wręcz całkowicie ustępują.
Wspomaganie leczenia ran – ciało formuje „zapalną barykadę” z wolnych rodników  wokół miejsca zranienia, aby wyeliminować patogeny jakie się dostały do organizmu w tym miejscu. Wolne rodniki mogą przedostawać się poza tą barykadę uszkadzając zdrowe tkanki i wywołując chroniczne zapalenie. Badania wskazują, że dzięki uziemieniu wolne elektrony pozyskiwane z Ziemi mogą penetrować tą barykadę i neutralizować wolne rodniki, co przyspiesza gojenie się ran.
Nowa definicja „normalnej” fizjologii – w ciele stale połączonym z Ziemią odbywa się wiele korzystnych zmian fizjologicznych. Owe zmiany jakie zaobserwowano w badaniach, sugerują, że normalna fizjologia może wymagać całego nowego zestawu określeń i definicji.
Odzyskiwanie wewnętrznej stabilności elektrycznej – Ziemia stanowi dla istot żywych elektryczny punkt referencyjny tak jak dla urządzeń elektrycznych. Bez niego organizm ulega rozregulowaniu i pojawiają się w nim zmiany z czasem zmieniające się w choroby.
Resetowanie zegarów biologicznych – z przeprowadzonych badań wynika, że nie tylko światło ale i uziemienie ma wpływ na nasz zegar biologiczny i jego działanie. Np. kortyzolowy rytm nocy i dnia stabilizuje się, gdy ciało jest uziemione i ludzie uziemieni w zdecydowanej większości przypadków śpią lepiej niż nieuziemieni. Choć tego nie zbadano można wnioskować, że uziemienie wpływa też korzystnie na poziom melatoniny, która odpowiada za sen.

Rozdział 8 zatytułowany jest: 101 rzeczy o uziemieniu. Jak się połączyć. Przedstawione są w nim sposoby na połączenie z Ziemią. Najprostszym i najlepszym z nich jest oczywiście chodzenie boso lub siedzenie z bosymi stopami na trawie, gołej Ziemi czy nawet betonie, jeśli beton leży bezpośrednio na Ziemi i nie jest oddzielony od niej np. wykładziną z tworzywa sztucznego. Żyjemy jednak zwykle w takich warunkach i prowadzimy taki tryb życia, że często nie jest to możliwe lub trudne jeśli ktoś np. mieszka w bloku i nie ma ogródka. Dlatego podano też różne substytuty chodzenia boso, czyli inne sposoby na  połączenie z Ziemią. Należą do nich: uziemiające buty, specjalne opaski uziemiające na zwykłe buty, uziemiające podkładki przewodzące, uziemiające prześcieradła, uziemiające materace, uziemione łóżko, uziemiający śpiwór regeneracyjny,plastry z elektrodami i opaski, opaski na ciało i kolana, a nawet podkładki na siedzenia samochodowe. Większość z tych substytutów łączy się z ziemią za pomocą przewodu łączonego z bolcem od uziemienia w gniazdku elektrycznym lub, jeśli nie mamy uziemionych gniazdek, z metalowym prętem wbitym w Ziemię za oknem. Przewód jest na tyle cienki, że mieści się pod uszczelką okna. Wyjątkiem jest podkładka samochodowa, którą podłącza się do metalowej ramy samochodu, co zapewnia częściowe uziemienie.

W rozdziale 9 opisane są obserwacje pozytywnych efektów uziemienia ludzi jakich dokonał Clint Ober na przestrzeni 12 lat, podczas których był on zapraszany do różnych domów, aby dokonać uziemienia osób cierpiących na bóle i różne choroby. Efekty w każdym przypadku były bardzo dobre. Ból się wyraźnie zmniejszał, objawy chorobowe gdy nie były bardzo silne ustępowały, a w innych przypadkach zmniejszały swoje natężenie. U starszych osób Ober zaobserwował np. poprawę kolorytu cery, lepsze samopoczucie, a nawet zmianę spojrzenia na życie. Wiele osób cierpiących na wiele dolegliwości po 1-2 tygodniach uziemiania stawały się często innymi ludźmi i to nie tylko pod względem stanu zdrowia. Ober zastrzega, że efekt uziemienia nie musi być natychmiastowy. Niekiedy jakaś poprawa może nastąpić dopiero po kilku dniach uziemiania. Clint Ober twierdzi, że widział mnóstwo ludzi bliskich śmierci, którzy dzięki uziemieni powrócili do zdrowia zaskakując swoich lekarzy, zaś ludzie którzy byli zdrowi i stosowali uziemienie po prostu nie chorują lub jeśli nawet zachorują, to przechodzą chorobę dużo łagodniej niż zwykle, gdy byli nieuziemieni.
Należy zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz – uziemienie rozrzedza krew. Jeżeli zatem ktoś bierze leki przeciwzakrzepowe, które rozrzedzają krew powinien uważać z uziemieniem. Powinien zaczynać od godziny dziennie i stopniowo zwiększać czas i zmniejszać stopniowo dawkę leków pod kontrolą lekarza. W innym przypadku może dojść do nadmiernego rozrzedzenia krwi i w razie zranienia ogromnych problemów z zatamowaniem krwawienia, co może się tragicznie skończyć.
Efekty uziemienia zależą od dawki, czyli czasu kontaktu ciała z Ziemią. Im dłuższy tym lepszy efekt.

Rozdział 10 przedstawia opinie ludzi, którzy poddali się uziemieniu, o tym jak uziemienie wpłynęło na ich zdrowie. We wszystkich przypadkach wystąpiła poprawa, w wielu przypadkach bardzo znacząca. Osoby uziemiane wyleczyły się lub ich stan zdrowia się poprawił w przypadku takich chorób czy dolegliwości jak: alergia na pyłki, bóle stawów, problemy ze snem, bóle artretyczne, RZS, autyzm (uziemienie nie leczy autyzmu, ale poprawia komunikację takiej osoby z otoczeniem dzięki rozwojowi mowy, działa uspokajająco). bóle kręgosłupa. zapalenie naczyń krwionośnych, wrażliwość na elektrosmog (syn jednego z autorów, Step Sinatra, był już bliski śmierci, a dzięki uziemieniu wrócił do życia i odzyskał zdrowie), fibromialgia, zmęczenie po podroży, choroba mieszana tkanki łącznej, SM, rwa kulszowa, bezdech senny, stres, żylaki i zaburzenia krążenia,  Jak więc widać uziemienie pomaga na bardzo wiele chorób i dolegliwości.

Rozdział 11 omawia wpływ uziemienia na zdrowie z punktu widzenia kardiologicznego. Badania w tym obszarze są na razie w powijakach. Mimo tego Stephen T. Sinatra zaobserwował że uziemienia ma znaczący wpływ na serce i krew. Wpływa ono np. na zwiększenie produkcji energii (ATP, tj.adenozynotrifosforan – dzięki niemu komórki funkcjonują) w mitochondriach komórek. Upraszczając – mitochondria produkują ATP dzięki elektronom jakie się w nich znajdują. Gdy organizm ma niedobór elektronów ma zbyt mało energii. Dostarczone z Ziemi elektrony pobudzają mitochondria komórkowe do produkcji energii. I jest to zgodne z obserwacjami badaczy i moimi – godzina z bosymi stopami na Ziemi sprawiła, że czułem że mam więcej energii.
Badania wykazały także, że uziemienie normuje rytm serca i zmniejsza czy wręcz likwiduje arytmię serca. Zauważono też, że uziemienie obniża ciśnieni krwi.
Najbardziej spektakularny efekt dr Sinatra zaobserwował w przypadku rozrzedzania krwi. Uziemienie wyraźnie rozrzedza krew. Dowodzą tego zdjęcia z mikroskopu ciemnego pola widzenia trzech osób przed uziemieniem i po 40 minutach uziemienia. Różnica jest bardzo widoczna. Przed uziemieniem komórki krwi są zlepione i tworzą konglomeraty, natomiast po 40 minutach uziemiania część komórek już się rozdzieliła, a konglomeraty uległy zmniejszeniu.  Po dłuższym okresie uziemiania efekt z pewnością jest znacznie lepszy. Poniżej zdjęcie, o którym mowa:

Próbki lepkości krwi, przed i po uziemieniu

Rozdział 12 dotyczy kobiet ich dolegliwości oraz tego jak uległy one poprawie dzięki uziemieniu. Kobiety zaobserwowały poprawę w przypadku miesiączki (syndromu PMS), menopauzy (dużo rzadziej występujące uderzenia gorąca). U jedna z kobiet cierpiącej na osteopenię (niską gęstość kości) po trzech latach spania w uziemieniu kości wróciły do normy, osteopenia znikła. Jedna z kobiet w ciąży, dla której była to pierwsza ciąża, mówiła, że przeszła ciążę dużo łagodniej niż jej nieuziemione koleżanki. Nie miała pr w ogóle mdłości, przez całą ciążę pracowała i miała mnóstwo energii i dobrze się czuła. Nawet wtedy, gdy panowały 37 stopniowe upały! Spała na uziemiającym prześcieradle. Trzeba jednak zaznaczyć, że była osobą wysportowaną. U osób niewysportowanych efekty uziemienia w ciąży zapewne nie są aż tak dobre.

Rozdział 13 dotyczy wpływu uziemienia na sportowców. Zaobserwowano np. bardzo szybkie gojenie się rany na nodze u kolarza biorącego udział w our de France, który wpadł na jadący przed nim samochód. Dzięki nocnemu uziemieniu rana, choć wyglądała poważnie zagoiła się na tyle, że kolarz wystartował następnego dnia w kolejnym etapie wyścigu, co wydawało się absolutnie nierealne. Sportowcy dzięki uziemieniu też lepiej spali i lepiej się dzięki temu regenerowali i mogli ciężej trenować i nie czuli przy tym tak dużego zmęczenia jak normalnie.Jeden z ciężarowców zauważył, że dzięki uziemieniu wzrosła mu siła i zaczął podnosić większe ciężary. Zbadał poziom testosteronu i okazało się, że nie uległ on zmianie.Po 6 miesiącach uziemiania był w stanie z pozycji kucznej zwiększyć podnoszony ciężar z 235 do 260 kg. A wszystko to w wieku ponad 50 lat!

Kolejny, 14 rozdział dotyczy wpływu uziemienia na kierowców, zwłaszcza zawodowych jeżdżących codziennie po wiele godzin. Kierowcy ciężarówek, którzy zgodzili się wziąć dział w eksperymencie, w którym dano im uziemiające podkładki na siedzenia, połączone z metalową ramą mówili, że mieli mniej napięcia i stresu podczas całej jazdy, byli szczęśliwsi, mniej zmęczeni i mieli mniejsze bóle np. szyi czy nóg.

Rozdział 15 dotyczy wpływu uziemiania na zwierzęta domowe. Nie jest z pewnością żadnym zaskoczeniem, że zwierzęta uziemione miały lepsze zdrowie niż te nieuziemione i miały więcej energii.

Ostatni, 16 rozdział zatytułowany jest śmiało: Powiązania z przyszłością. Nadchodzi uziemiająca rewolucja. Autorzy postulują w nim, że uziemienie wywoła rewolucję w medycynie a także przemyśle produkującym obuwie, łóżka, prześcieradła i materace. Według wizji autorów liczba chorób przewlekłych związanych ze stanami zapalnymi znacznie spadnie i nakłady budżetowe państw na ochronę zdrowia znacznie się zmniejszą, a leczenie będzie dużo prostsze. Wizja ta jest piękna, ale z jednym zastrzeżeniem. Tak z pewnością się stanie, ale dopiero wtedy gdy ludzkość wyzwoli się spod okupacji ciemnych sił, pod którą obecnie niestety się znajdujemy. W takich warunkach jak obecnie na to co przewidują autorzy nie ma żadnych szans, bo to przecież spowoduje, że koncerny produkujące tzw. leki i osiągające biliony dolarów zysku rocznie z „leczenia” w nieskończoność stracą rację bytu. A na to okupanci nigdy nie pozwolą.  Dlatego to od nas, ludzkości i tego jak szybko wzrośnie nasza świadomość, zależy jak szybko piękna wizja przedstawiona przez autorów się spełni.

Na końcu książki znajdują się jeszcze Aneksy. Aneks A przedstawia techniczne aspekty uziemienia, czyli jak się uziemić za pomocą tzw. substytutów, czyli jeśli nie stosujemy bezpośredniej metody, tj. chodzenia czy siedzenia boso na ziemi, trawie czy betonie.
Aneks B dotyczy fizyki uziemiania. Przedstawia to jak należy rozumieć prąd. Dla osób słabych z przedmiotów ścisłych może to być trudne do zrozumienia. Niemniej jednak uważam, że należy to przeczytać.
Aneks C to zachęta do odwiedzenia strony internetowej instytutu prowadzącego badania nad uziemieniem ludzkiego ciała, czyli Instytutu Uziemienia http://www.earthinginstitute.net
Na samym końcu mamy Aneks D, który stanowi karta kontroli objawów. Można w niej wpisywać jak zmieniały się nasze dolegliwości przed uziemieniem i po tygodniu i miesiącu uziemiania.

Książka jest z pewnością bardzo wartościowa i zdecydowanie polecam jej przeczytanie. To co jest tam zawarte jest rewolucyjne. I tego nie dowiesz się z żadnej stacji TV, radia  czy gazety. Tak jak autorzy sądzę, że jest to książka stanowiąca znaczny kawałek odpowiedzi na pytanie o nasze miejsce przyrodzie i nasze związki z kosmosem.

Zainteresowanym rozszerzeniem wiedzy zawartej w książce i znającym język angielski polecam lekturę publikacji naukowych z lat 2000-2018 dotyczących uziemienia, zamieszczonych na stronie groundology: https://www.groundology.pl/badania-naukowe

„Prosto w ślepia” Henryk Pająk

Poniżej link do ww. książki, która przedstawia jak naprawę wyglądały pierwsze rządy PiS w latach 2005-2007. W skrócie były to: filosemityzm, wasalizm wobec USA, porzucenie obietnic wyborczych, niszczenie koalicjantów za ich opór przeciwko zniewalaniu Polski przez UE.

http://wsercupolska.org/przeczytaj/Pajak%20Henryk%20-%20Prosto%20w%20slepia.pdf

Dzwoniące cedry Rosji – Tom I „Anastazja”

Anastazja-Wladimir-Megre-Ksiega I-front (wizualizacja)
Zanim przejdę do charakterystyki książki i jej oceny napiszę, że jest to książka niezwykła. Zawiera unikalną wiedzę i zmienia sposób patrzenia na świat. Po jej lekturze nie będziesz już tym samym człowiekiem co do tej pory. To na ile się zmienisz zależy od tego w jakim stopniu tkwisz jeszcze w starym paradygmacie myślenia, w systemie czy jak wiele osób mówi w matriksie. U mnie ta książka nie wywołała rewolucji choć niewątpliwie wiele ciekawego się dowiedziałem i dała mi ona do myślenia. Bloger Tajne Archiwum Watykańskie twierdzi, że lektura tej książki kilka lat temu przeorała jego świadomość. I to jest jak najbardziej możliwe. Gdybym ja ją przeczytał kilka lat temu z pewnością byłoby podobnie. Przeczytałem ją jednak dopiero miesiąc temu podczas urlopu na Mazurach, a wtedy mój stan świadomości był już zupełnie inny niż kilka lat wcześniej.

Wydawca polskiej wersji językowej Stowarzyszenie „Wartościowa Książka” prosi, aby książkę przeczytać uważnie i najlepiej na łonie przyrody z dala od zgiełku cywilizacji. Ja tak zrobiłem i także polecam czytać tę książkę na łonie natury. Treści w niej zawarte wtedy łatwiej zostają w pamięci i przemawiają do nas.

Powstała cała seria książek pt. „Dzwoniące Cedry Rosji”. Składa się z 10 tomów. Jest to zapis spotkań rosyjskiego przedsiębiorcy Władimira Megre z żyjącą w syberyjskiej tajdze pustelniczką o imieniu Anastazja. Tytułowa bohaterka jest niesamowitą kobietą. Nie chodziła nigdy do żadnej szkoły, do cywilizacji wychodzi rzadko, a posiada wiedzę często wykraczającą poza to co wiedzą nasi naukowcy. Do tego ma zdolności takie aż trudno pojąć że to w ogóle możliwe. Potrafi na zawołanie śpiewać jak najlepsi śpiewacy, robić wygibasy jak światowej klasy gimnastycy jak i rozwiązywać różne problemy. Potrafi też, za pomocą jak to określa promyka, widzieć ludzi i wydarzenia na duże odległości (nawet tysiące km – to, że każdy człowiek ma taki promyk potwierdzili później rosyjscy naukowcy i nawet zarejestrowali to promieniowanie). Jest całkowicie jakby to ująć antymatriksowa i jest żywym dowodem na to jak potężną istotą jest człowiek. Anastazja nie potrzebuje do życia żadnych przedmiotów z naszej cywilizacji. Wszystko co jej potrzebne do życia zapewnia jej tajga. Do tego jak twierdzi autor jej uroda jest taka, że w konkursie na miss świata byłaby faworytką, a biorąc pod uwagę jej intelekt z pewnością by wygrała. Ród Anastazji według tego co mówiła mieszka w tajdze od kilku tysięcy lat. W bezpośredni kontakt z cywilizacją wchodzą bardzo rzadko. Gdy przybywają do osad podają się za myśliwych lub mieszkańców innych miejscowości. Ubierają się tak, aby się nie odróżniać od innych, ale w tajdze swój strój znacznie zmieniają. Anastazja cały czas chodzi po lesie boso i mimo że nie patrzy ciągle pod nogi doskonale wie jak stąpać by się nie potknąć czy nie poranić. Niesamowite. To jaką strategię przyjęli członkowie jej rodu wobec naszej cywilizacji zapewne sprawiło, że dotrwali do naszych czasów żyjąc tak jak tysiące lat temu.

W czym tkwi sekret niezwykłego intelektu, wiedzy i zdolności Anastazji? Według niej każdy człowiek odpowiednio wychowywany w naturalnych warunkach rozwija się i uaktywnia w mózgu pewne komórki dzięki którym czerpie informacje z kosmosu tak, że mając 9 lat rozumie już to co jest istotą wszechrzeczy, czyli sensem jego istnienia na Ziemi. Jest nim prawda i szczęście. Każdy kto pojął istotę wszechrzeczy i umie dostrzegać prawdę z łatwością wyprzedzi w jakiejkolwiek dziedzinie każdego nawet najzdolniejszego, który nie zna istoty wszechrzeczy. My tego co ona nie potrafimy, bo żyjemy w sztucznym świecie i od przyjścia na świat jesteśmy programowani na sztuczność, kłamstwo i oddalamy się tylko od możliwości pojęcia istoty wszechrzeczy. Te komórki w mózgu, które pozwalają na łączność z kosmosem i odbieranie od niego informacji są u nas przez całe życie nieaktywne. Według mnie jest to prawda. Wykorzystujemy bowiem (jak stwierdzili naukowcy) jedynie ok. 20% mózgu,  a do życia w naszym sztucznym świecie wystarcza nam tylko ok. 10%  czy 15% DNA. Do czego służy reszta? Naukowcy nie wiedzą. Dla nich to „śmieciowe” DNA. Ta pozostała część mózgu i DNA musi odpowiadać za zdolności jakie ma Anastazja. Stwórca nie wyposażałby nas w coś co jest nam niepotrzebne. To absurd. A to oznacza, że powinniśmy dokonać ogromnej zmiany nie tylko mentalnej, ale i w sposobie życia i traktowania naszej planety i zamieszkujących ją innych żywych istot.

Rzecz miała miejsce w 1994 r. Wtedy to rosyjski przedsiębiorca i zarazem autor serii książek Władimir Megre wynajętymi 3 statkami rzecznej karawany kupieckiej udał się w wyprawę po liczącej 4000 km rzece Ob z Nowosybirska do Salechardu i z powrotem. Celem wyprawy była wymiana handlowa z ludami Dalekiej Północy Rosji. W jednej z małych wiosek, w której było tylko kilka domów, autor zarządził postój. Schodząc ze statku zauważył 2 staruszków. Jeden z nich zaczął mu opowiadać o tzw. dzwoniącym cedrze. Według staruszków jest to szczególne drzewo, które liczy sobie ponad 500 lat i przez ten czas kumuluje energię ze Słońca. Gdy zaczyna dzwonić oznajmia, że czas kumulacji energii się zakończył i drzewo jest gotowe je oddać ludziom. Żeby tę energię pobrać należy takie drzewo ściąć w ciągu 3 lat, pociąć na kawałki i rozdać ludziom, aby nosili je na piersi. Takie kawałki będą ich chroniły przed chorobami i zapewniały długie życie. Jeden ze staruszków (młodszy, wyglądający na ok. 75 lat) prosił przedsiębiorcę, aby udał się z nim i kilkoma innymi ludźmi 25 km wgłąb tajgi i pomógł im ściąć ten cedr.
W. Megre nie uwierzył i  po zakończeniu handlu w wiosce odpłynął.
Gdy wrócił do Nowosybirska sprawa nie dawała mu jednak spokoju. Ciężko zachorował z powodu wrzodów dwunastnicy i trafił do szpitala. Gdy już poczuł się lepiej zaczął studiować całą dostępną literaturę na temat cedru i stwierdził, że to niezwykłe i mające duże właściwości uzdrawiające drzewo. Przypomniało mu się, że kiedyś rozmawiał z przedsiębiorcą z Turcji który chciał, aby dostarczał do Turcji orzechy cedrowe znajdujące się w szyszkach cedru i że da mu oprócz ceny za szyszki sporą prowizję. To go zaintrygowało i dotarł do informacji, że z orzechów robiony jest olej, który osiąga bardzo wysoką cenę. Produkowany jest w Turcji z rosyjskiego surowca, bo cedry w Turcji nie rosną. Chciał więc sam wytwarzać taki olej oraz sprawić, aby mieszkańcy Syberii produkując olej dźwignęli się z nędzy. W archiwach znalazł informację o sposobie produkcji oleju, ale było tam napisane, że aby olej miał silne lecznicze właściwości ważna jest pora zbioru szyszek i sposób ich przygotowania. Szczegółów jednak nie było i nigdzie nie zdołał ich znaleźć. Wtedy postanowił wrócić do małej wioski w tajdze, odnaleźć staruszków i  spytać ich o brakujące szczegóły.

Tak też W. Megre zrobił i wiosną 1995 r. wynajął statek i popłynął do tej samej wioski co rok wcześniej. Nie znalazł staruszków, jednak spotkał Anastazję, która była ich wnuczką i prawnuczką. Ta zaś powiedziała mu, że zna sekret oleju cedrowego, ale najpierw chce mu pokazać dzwoniący cedr i że chce aby poszedł z nią 25 km wgłąb tajgi i że o jedzenie i spanie nie musi się martwić. Autor po chwili wahania zgodził się i tak jego życie uległo wielkiej zmianie, a za jego pośrednictwem życie milionów ludzi na świecie, którzy przeczytali już jego książki. Spędził w tajdze na rozmowach z Anastazją 3 dni, które zmieniły jego świadomość w sposób nieodwracalny. Zresztą nie tylko na tym polegała zmiana. On miał już wtedy 45 lat i nie miał syna, a ona była młoda, zdrowa, piękna i niezwykle inteligentna. Drugiego dnia gdy kładł się spać w ziemiance wymoszczonej gałązkami cedru, ziołami i sianem pomyślał sobie jak to chciałby mieć syna z Anastazją. Ona leżąc obok niego jakimś sposobem odczytała jego myśli i też chciała mieć z nim syna. Doszło do stosunku, po którym zaszła jak się potem okazało w ciążę. Autor jak twierdzi kochając się z Anastazją doznał takiej błogości i szczęścia jakiej nigdy nie zaznał kochając się z żoną. Anastazja wyjaśniła mu, że takiego doznania doświadczają tylko ludzie którzy naprawdę się kochają i pragną mieć ze sobą dziecko. I że tylko istota ludzka w całym Wszechświecie może tego zaznać. Takie doznanie występuje tylko w przypadku gdy dwoje ludzi pragnie powołać nowe życie.

Według Anastazji „ciemne siły usiłują rozwinąć w człowieku małostkowe cielesne namiętności, aby nie pozwolić mu doświadczyć podarowanej przez Boga błogości. Wszystkimi możliwymi sposobami wpajają mu, że satysfakcję można z łatwością otrzymać myśląc jedynie o zmysłowym zaspokojeniu. Tym samym odwodzą człowieka od prawdy. Biedne zwiedzione kobiety nie wiedząc o tym, przez całe życie szukają zagubionej błogości, a otrzymują jedynie cierpienia. W złym miejscu szukają. Żadna kobieta nie zdoła powstrzymać mężczyzny od rozpusty, jeżeli sama pozwoli sobie na oddanie się mu celem zaspokojenia tylko potrzeb zmysłowych. Jeżeli coś takiego się wydarzyło, to ich wspólne życie nie będzie szczęśliwe. Ich wspólne życie – iluzja, fałsz i umownie zaakceptowane kłamstwo. Sama bowiem kobieta od razu staje się obłudnicą, niezależnie od tego czy jest poślubiona temu mężczyźnie czy nie. O ileż to ludzkość nawymyślała praw i konwenansów, próbując sztucznie wzmocnić ten fałszywy związek. Praw duchowych i świeckich. Wszystko na próżno. One tylko grać zmusiły człowieka, dopasowywać się do nich i tylko udawać istnienie związku. Wewnętrzne zamiary zawsze pozostawały niezmienne oraz niepodległe nikomu i niczemu”.
Przyznam, że sam bym tego lepiej nie ujął. I to powiedziała osoba, która tylko 2 razy w życiu po jednym dniu była w mieście! Ten krótki cytat oddaje cały absurd religii i promowania seksu w mediach. To zniewala i niszczy człowieka.

Intrygujący jest też światopogląd Anastazji jeśli chodzi o Boga: „Bóg to międzyplanetarny Rozum, Intelekt. On nie znajduje się w jednej masie. Jedna Jego połowa jest w niematerialnej przestrzeni Wszechświata. To kompleks wszystkich energii. Druga połowa jest rozproszona cząsteczkami na Ziemi, w każdym człowieku. Ciemne siły starają się te cząsteczki blokować”.

Niezwykłe są też porady Anastazji odnośnie tego co nas może uzdrowić. Według niej Stwórca dał człowiekowi wszystko co mu jest potrzebne do życia w zdrowiu. To wszystko zapewnia mu natura. I kiedyś człowiek umiał z niej korzystać i nie chorował. Niestety utracił tą wiedzę. Oto próbka wiedzy Anastazji na temat możliwości uzdrawiania się poprzez odpowiednie programowanie nasion przed ich wysianiem:
„Każde wysiewane nasionko zawiera w sobie ogromny zakres kosmicznej informacji, którego nie można porównać pod kątem wielkości i dokładności do niczego stworzonego ręką człowieka. Dzięki tej informacji nasionko wie precyzyjnie, co do milisekundy, kiedy powinno ożyć, wykiełkować, jakie soki pobierać z ziemi, jak korzystać z promieniowania ciał kosmicznych: Słońca, Księżyca, gwiazd, w co ma wyrosnąć i jakie płody dawać”.

Płody te mają podtrzymywać życie ludzi. Mają one możliwość uzdrawiania człowieka z jego chorób. Żeby tak się stało należy przed wysiewem nasycić nasionko informacjami o stanie naszego zdrowia. Wtedy będzie ono wiedziało czego nam potrzeba i to znajdzie się w płodach. Jak nasycić nasionko informacjami o naszym stanie zdrowia? Nie będę opisywał szczegółowo. Niech każdy sam przeczyta w książce. Napiszę jedynie tyle, że podczas wzrostu siewki z nasionka nie należy wyrywać wszystkich chwastów. Trzeba z każdego gatunku zostawić chociaż po jednym. Można za to chwasty przycinać. Dlaczego należy je zostawić? Niektóre chwasty dostarczają siewce dodatkowych informacji, a inne chronią ją przed chorobami.

Anastazja mówi też trochę o pszczołach. Według niej nasi pszczelarze źle hodują pszczoły i tylko im przeszkadzają w produkcji miodu. Chodzi o konstrukcje ula i ludzką ingerencję w pszczele gniazdo. Krótko mówiąc według Anastazji należy zapewnić pszczołom warunki jak najbliższe naturalnym i się nie wtrącać do ich działalności. One same bowiem w naturze sobie świetnie ze wszystkim radzą. Jak im zapewnić warunki bliskie naturalnym w naszym świecie? Jest na to sposób i jest on opisany w książce. Jest tu też mowa o tym kogo i dlaczego żądlą pszczoły i że świetnie leczą one rwę kulszową.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat z Anastazji odnośnie jak to ona nazywa wieczornych procedur. „Wieczorem przed snem trzeba koniecznie umyć nogi, wykorzystując do tego wodę z dodatkiem niewielkiej ilości (kilka kropelek) soku z lebiody lub pokrzywy. Można dodać do wody obu razem, nie stosując przy tym mydła ani szamponu. Wodę, w której zostały umyte nogi, wylać na grządki. Następnie, jeśli jest taka potrzeba, można umyć nogi mydłem. Ta wieczorna procedura jest ważna z dwóch powodów. Poprzez pocenie się nóg wydostają się toksyny wynoszące z organizmu wewnętrzne jego choroby i trzeba je zmyć, aby oczyścić pory. Sok z lebiody i pokrzywy będzie dobrze temu sprzyjał. Wylewając wodę na grządki, dajecie dodatkową informację mikroorganizmom i roślinom o swoim dzisiejszym stanie. To też bardzo ważne. Tylko otrzymując tę informację, otaczający was widzialny i niewidzialny świat może wytwarzać, odbierając z Kosmosu i Ziemi, wszystko co jest konieczne dla normalnego funkcjonowania waszego organizmu”.

Anastazja mówi też jak wychowywać dzieci, aby stały się geniuszami (z naszego punktu widzenia, bo dla niej to nie jest nic nadzwyczajnego) oraz dlaczego należy przynajmniej raz w roku, najlepiej w okolicach swoich urodzin, spać pod gwiaździstym niebem. Jest tam też wiele innych niezwykle pobudzających świadomość informacji.
Zdecydowanie polecam tę lekturę. We wstępie członkowie Stowarzyszenia „Wartościowa Książka” piszą, że książki Władimira Megre stanowią najbardziej godne przeczytania i zastosowania w praktyce współcześnie istniejące dzieło literackie. Są w niej unikalne kombinacje słów, które zapadają głęboko w pamięć jeśli nie przeszkadzają nam w ich odbiorze dźwięki sztucznego, cywilizowanego świata. Dlatego książkę najlepiej czytać albo w zupełnej ciszy albo na łonie natury gdzie mamy tylko naturalne dźwięki jak śpiew ptaków czy szum drzew. Całkowicie się zgadzam i również polecam tak robić.

Dodam jeszcze już na sam koniec, że to Anastazja chciała, aby Władimir Megre napisał te książki. On nie był zbyt chętny, bo jak mówił Anastazji jest tylko przedsiębiorcą, a nie pisarzem i nie ma pojęcia jak pisać powieści. Anastazja powiedziała mu, że to jest bardzo proste i żeby pisząc książkę kierował się tylko uczuciami i duszą. Tak autor zrobił. I powstały wspaniałe dzieła literackie przekazujące niewątpliwie unikatową i bardzo cenną dla ludzkości wiedzę. Z pewnością przeczytam kolejne tomy.

Anastazja-Wladimir-Megre-Ksiega II-okładka cała (wizualizacja)

Ariowie Słowianie Polacy

Drugą książką jaką przeczytałem podczas ostatniego urlopu na Mazurach była książka dr hab. Mariusza Kowalskiego pt. „Ariowie, Słowianie, Polacy. Pradawne dziedzictwo Międzymorza”.


W książce przedstawione są wyniki najnowszych badań genetycznych oraz niedawne odkrycia archeologiczne, które wskazują na konieczność zmiany koncepcji odnośnie dziejów cywilizacji, w szczególności na polskich ziemiach. Niedawne odkrycia wykazały m.in., że Ariowie, którzy założyli cywilizację indyjską i irańską oraz stali się symbolem przewagi cywilizacyjnej Europejczyków, nie tylko wywodzili się z ziem polskich (ze społeczności, która 3000-2500 lat p.n.e. wytworzyła kulturę amfor kulistych), ale również pod względem genetycznym najbliżsi byli dzisiejszym Polakom.

W I rozdziale „Haplogrupy i genealogia genetyczna” autor przedstawia wyniki badań genetycznych jakie przeprowadzono w Europie zachodniej, środkowej i wschodniej. Stwierdzono zasadniczą różnicę jeśli chodzi o procentowy udział różnych haplogrup w różnych częściach Europy. W Europie zachodniej dominuje haplogrupa R1b z dodatkiem I1, natomiast w naszej części Europy dominuje haplogrupa R1a z dodatkiem I2. Procentowy udział tych haplogrup w różnych krajach jest różny, ale trend jest zachowany, czyli wszędzie dominują te pary haplogrup w ww. kolejności. Dla ludów słowiańskich jest szczególnie charakterystyczna podgrupa R1a1a7. Granica między dominacją w Europie par haplogrup R1b/I1 i R1a/I2 przebiega podobnie jak granica między Polską a Niemcami, choć się z nią idealnie nie pokrywa. Zatem jesteśmy inni genetycznie niż zachodni Europejczycy. I z tego zapewne wynikają różnice między nami tak w mentalności jak i posłuszeństwie wobec władzy. To, że u nas był komunizm a na zachodzie nie ma na pewno istotne znaczenie, ale według mnie nie stanowi jedynego powodu różnic między nami. Geny z pewnością mają także istotne znaczenie.

W rozdziale II autor przedstawia koncepcję że nasi przodkowie byli Arianami i dotarli na ziemie nad Wisłą i Odrą z Azji gdzie wcześniej mieszkali. Według autora większość badaczy uważa, że nasi przodkowie osiedlili się w dorzeczu Wisły i Odry ok. 4 tysięcy lat temu. Jak dla mnie jednak brakuje konkretów jacy konkretnie badacze i gdzie opublikowane są wyniki ich badań.

W rozdziale III jest mowa o „pierwszym Polaku”. W Karelii, na Wyspie Jeleniej Południowej odkryto szczątki mężczyzny żyjącego około 8 tysięcy lat temu. Niektórzy badacze określają go jako „pierwszego Polaka”, gdyż okazał się nosicielem mutacji markera chromosomu Y, która jest charakterystyczna dla większości (ok. 60%) żyjących w Polsce mężczyzn (haplogrupa R1a). Dodatkowo jego autosomalne DNA jest w 90% tożsame z DNA dzisiejszych Polaków. Badania genetyczne potwierdzają również, że zamieszkujący współcześnie okolice jeziora Onega naród Wepsów jet pod pewnymi względami najbliższy właśnie mieszkańcom Polski. Nie oznacza to jednak, że możemy mówić o bezpośredniej kontynuacji. Daje jednak do myślenia i wskazuje, że jakieś związki między tym Karelczykiem, a przodkami Polaków mogły być. Wskazuje na to opowieść rdzennego Sybiraka, rodzimowiercy pochodzącego z rodu zamieszkującego Syberię od tysięcy lat. Zostało ich już tylko ok. 200. Mówi on, że wg opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie od ok. 14 tysięcy lat(!) Słowianie przybyli na Syberię z północy kilkanaście tysięcy lat temu i stąd rozprzestrzenili się na zachód i trafili do Europy. Zatem ów Karelczyk sprzed 8 tysięcy lat może być naszym przodkiem i wyniki badań DNA zdają się to potwierdzać. Opowieść rdzennego Sybiraka można przeczytać tu. Niech każdy sam oceni na ile jest wiarygodna. Póki co możemy się jedynie opierać na niej, co nie ma wartości naukowej, więc należy tu zachować sceptycyzm.

Rozdział IV omawia sprawę pochodzenia Polaków od Ariów. Z ostatnich badań wynika bowiem że Ariowie, którzy założyli cywilizację indyjską i irańską wywodzili się z ziem polskich. Jest tu też mowa o Niemcach. Badania DNA wskazują, że tzw. naród niemiecki to mieszanka genetyczna powstała w wyniku oddziaływania pra-Ariów na mieszkańców północnej Europy.

W rozdziale V jest mowa o polskiej Troi. Najnowsze odkrycia dowodzą, że cywilizacja na naszych ziemiach rozwijała się niezależnie od inspiracji zachodu, często te inspiracje wręcz wyprzedzając. Autor opisuje tu badania archeologiczne w Maszkowicach (woj. małopolskie) prowadzone pod kierunkiem dr hab. Marcina Przybyły. Prace wykopaliskowe odsłoniły tam na wschodniej krawędzi stanowiska badawczego m.in. bruki kamienne, nasypy i ogromną liczbę fragmentów ceramiki. Wykazały też że pierwszym etapem organizacji osadniczej przestrzeni było wzniesienie muru z płyt piaskowcowych około 1650 lat p.n.e.! A do tej pory nam mówiono, że pierwsze budowle kamienne na ziemiach polskich powstały dopiero w X wieku wraz z nastaniem chrześcijaństwa. To odkrycie cofa pojawienie się budowli kamiennych na polskich ziemiach o ok. 2650 lat!

Rozdziały VI i VII dotyczą Piastów i badań ich genów. Obiecujący pod tym względem jest projekt badawczy prof. Marka Figlerowicza. Na razie niewiele wiemy. Jedyny przebadany przedstawiciel rodu Piastów, ostatni Piast z Mazowsza, książę Janusz (zmarł w 1526 r.) miał jak ustalono haplogrupę R1b. To by wskazywało, że ród Piastów był obcy. Nie można jednak wyciągać takich wniosków na podstawie badania tylko jednego przedstawiciela rodu. Wystarczyło bowiem, że matka księcia Janusza zdradziłaby męża z kimś mającym w genach haplogrupę R1b, aby przeszła ona na księcia Janusza zrywając tym samym ciągłość genetyczną tej gałęzi rodu. Podobnych przypadków mogło być więcej. Hipoteza o tym, że Piastowie byli obcy i nie wywodzili się ze Słowian zostałaby potwierdzona jeśli wszyscy męscy przodkowie Janusza III w linii prostej, w tym też i Mieszko I, mieliby haplogrupę R1b. Jest bowiem niepradopodobne, aby matki wszystkich męskich przodków Janusza III w linii prostej zdradziły swych mężów z nosicielami haplogrupy R1b. Takie prawdopodobieństwo statystycznie jest z pewnością bardzo bliskie zera i pewnie jest mniej więcej takie jak szansa na wygranie 6 w toto lotka.

Kolejne dwa rozdziały dotyczące rozważań związków Magnusa Haroldsona z Polską i pochodzenia książąt Zbaraskich są jak dla mnie mało ciekawe. Dla dziejów naszych przodków nic to nie wnosi, bo Magnus Haroldson był Anglikiem, a co do książąt Zbaraskich rozważania dotyczą ich pochodzenia od Ruryka i Gedymina. Istotnym wartym odnotowania faktem jest to, że Król Michał Korybut Wiśniowiecki jak ustalono był Rurykowiczem.

Rozdział X dotyczy Prus i tego, że były one kiedyś słowiańskie. W Prusach bowiem przeważała ludność pochodzenia słowiańskiego. Często to negowano, ale potwierdzają to najnowsze badania genetyczne. Tabele 2 i 3 na str. 144 pokazują strukturę genetyczną Prus na tle sąsiadów i strukturę genetyczną zniemczonych prowincji Prus. Haplogrupa R1a w Prusach wschodnich jest dominująca i jej udział w Znieczonych Prusach jest większy niż w Czechach (odpowiednio 35,8% i 34%). Co więcej autor pisze że do dziś istnieje ród słowiańskich władców Meklemburgii, którego przedstawiciele panowali tam do 1918 r., a głową tego rodu jest obecnie książę Borwin zu Mecklenburg.

Rozdział XI dotyczy Rosjan. Autor określa ich mianem największego narodu fińskiego. Genetyka wskazuje, że Rosja nie jest wcale takim słowiańskim krajem za jaki się podaje. Oczywiście jest tam sporo Słowian, ale w świetle badań genetycznych kolebką Słowiańszczyzny są obecne tereny Polski i Ukrainy, a Rosjanie w większości są potomkami niesłowiańskich ludów pn-wsch Europy – Ugrofinów, Bałtów i ludów turańskich. Stąd gdy mówi się niekiedy o cywilizacji turańskiej przywiezionej do Polski po wojnie przez komunistów jest w tym sporo prawdy. Jeśli uznać za słowiańskie geny białorusko-ukraińskie i środkoworosyjskie (co nie jest pewne zdaniem autora) daje to tylko ok. 35% osób pochodzenia słowiańskiego w Rosji. Autor zauważa, że choć podaje się wyższy procent haplogrupy R1a w Rosji (ok. 47%) to tą haplogrupę oprócz ludów słowiańskich posiadają także np. żyjący w Azji Środkowej Kirgizi czy Tadżycy którzy Słowianami nie są. W Rosji znaczny udział ma też haplogrupa N (ok. 22%) pochodzącą od ludów ugrofińskich. Według autora najbliższymi krewnymi genetycznymi Rosjan są Mordwini – lud Ugrofiński. Jeśli odjąć od puli Słowian nosicieli genów środkoworosyjskich to pewnych Słowian w Rosji mamy tylko ok. 16%, a wtedy haplogrupa N jest dominująca w Rosji i można postawić tezę o ugrofińskości Rosjan. Moim zdaniem jednak jest to teza mocno naciągana i autor wyraźnie kieruje się niechęcią do Rosji pisząc o rosyjskiej propagandzie i imperialistycznych ambicjach obecnej Rosji, co nie ma oparcia w faktach bowiem to NATO od lat okrąża Rosję, a Rosja się broni, a nie odwrotnie. Poza tym autor ani słowem nie wspomina o ludobójstwie Słowian dokonanym przez żydobolszewię przecież nie tylko w Polsce ale także i w Rosji, zwłaszcza za czasów rządów Lenina. Zamordowano wtedy dziesiątki milionów ludzi. Gdyby zbadać ich DNA to pewnie już mielibyśmy zupełnie inny obraz tego jak kształtowały się geny Rosjan jeszcze ok. 100 lat temu. Rosja jako spadkobierca Rusi była przez chazarskich syjonistów niszczona z wielką zaciekłością, bo to rusiński książę Władimir pokonał kaganat chazarski w X w. i zakończył istnieje tego bandyckiego tworu.

Rozdział XII dotyczy położenia geopolitycznego Polski. Autor odnosi się do historii przytaczając m.in. modele polityczno-ustrojowe nowożytnej Europy na zachodzie i wschodzie. Tu według mnie nic nowego autor nie pisze poza tym co głosi oficjalna nauka. We wstępie odnośnie obszaru Międzymorza M. Kowalski pisze „Miejscowe społeczeństwa dość długo znajdowały się poza głównym nurtem rozwoju europejskiej cywilizacji”. Ciekawe jak zdaniem autora ma to się np. do faktu, że Henryk Walezy po ucieczce z Polski aby objąć tron we Francji wprowadził w swoim rodzinnym kraju na dworach wychodki, bowiem dotąd potrzeby fizjologiczne załatwiano tam do kominków, a pałace co jakiś czas wietrzono przenosząc się do innych? Albo to, że od nas Francuzi nauczyli się jeść widelcami? Albo to, że gdy w Europie zachodniej trwała krwawa jatka na tle religijnym w czasie reformacji, to w ówczesnej Rzeczpospolitej współistniały ze sobą różne wyznania, a Polska uważana była na zachodzie Europy wtedy za kraj heretyków? Kto tu więc tak naprawdę był cywilizowany i gdzie naprawdę była cywilizacja?

Rozdział XIII dotyczy czasów współczesnych i jest zatytuowany „Międzymorze przyszłością Europy”. Autor pisze m.in., że wydaje się iż po okresie przewagi i świetności państw sąsiednich czyli Niemiec i Rosji/ZSRR ich możliwości rozwojowe uległy wyczerpaniu i teraz do głosu mają szansę dojść państwa Międzymorza. Zgadzam się z autorem choć nie do końca, bowiem uważam że Rosja ma jak najbardziej szanse na rozwój jeśli definitywnie zwalczy syjonistyczną mafię na swoim terenie. Prezydent Putin jest na dobrej drodze ku temu, ale droga jeszcze daleka do tego. Rosja z pewnością będzie krajem znaczącym i jeśli chcemy odnieść sukces i stać się silnym krajem to musimy zmienić zasadniczo politykę wobec Rosji. Dzisiaj bowiem jesteśmy jak ratlerek ujadający na buldoga. Nic dobrego nam z tego nie przyszło i nie przyjdzie. Nie musimy się od razu kochać z Rosją, ale powinniśmy stopniowo dążyć do poprawy i normalizacji naszych stosunków. Władimir Putin wysyłał sygnały że jest na to gotowy, ale syjonistyczne media polskojęzyczne w Polsce to oczywiście przemilczały i nie podały opinii publicznej. Putin to bowiem straszny KGBowiec i lud ma w to wierzyć i koniec.

Następne dwa rozdziały dotyczą rytmu pokoleniowej zmiany i analizy pokoleniowych buntów od czasów Konfederacji Barskiej do Majdanu. Oba rozdziały są interesujące i warte przeczytania. Jednak (pewnie aby nie okrzyknięto go teoretykiem spiskowym) autor opisując te rewolucje mające miejsce w kolejnych pokoleniach nie pisze nic o tym, że znaczna część z nich była inspirowana przez tajne siły – masonerię. Tak było np. z rewolucją francuską i bolszewicką, a i tzw. ukraiński Majdan nie był wcale oddolną inicjatywą Ukraińców, ale był inspirowany, finansowany i kierowany przez USA, które dokonało w tym kraju zamachu stanu. Na kijowskim Majdanie cukierki rozdawała Victoria Nuland, a przemawiał właśnie zmarły republikański senator John Mc Caine. To podważa tezę o tym, że lud dokonuje co jakiś czas rewolucji i świat idzie do przodu. Raczej należy powiedzieć, że lud jest sterowany przez tajemne siły i dokonuje co jakiś czas rewolucji korzystnej dla tych sił, a dla samego ludu to raczej nie. Czy bowiem po rewolucji francuskiej chłop był zadowolony z pracy w fabryce po 12 h bez zapewnienia dachu nad głową i wyżywienia, a był rzekomo wolny? Przed rewolucją odrabiał pańszczyznę, ale jego pan miał obowiązek zapewnić mu dach nad głową i wyżywienie. Wtedy był zniewolony. Raczej więc ów chłop wolał być niewolnikiem pana niż rzekomo wolnym pracownikiem przemysłowca nie widząc jeszcze Słońca przez większość dnia. Po rewolucji bolszewickiej zwykłemu mieszkańcowi ZSRR żyło się dużo gorzej niż za cara Mikołaja II. Takich przykładów można podać z historii dużo więcej.
Polemizowałbym także ze stwierdzeniem autora „Gdyby ludzie żyli wiecznie i nie występowało następstwo pokoleń, zmiany społeczne by nie zachodziły albo nie miały tak daleko idących skutków. Nie byłoby rozwoju, a jedynie trwanie.” Moim zdaniem jest to w oczywisty sposób nieprawdą. Po pierwsze dlatego, że żyjemy wiecznie, bo nasze dusze są nieśmiertelne. Po drugie planetą Ziemia rządzą ciemne siły, które tak programują ludzkość na życie w matriksie (świecie iluzji), że właśnie tego rozwoju nie ma. Gdyby ciemne siły przestały rządzić na Ziemi rozwój nawet bez wymiany pokoleniowej byłby znacznie szybszy niż obecnie, choć nasze ciała wieczne nie są i nie będą. Tak wybitne jednostki jak Nicola Tesla zdarzały się w historii ludzkości nieraz i niewiele z tego ludzkość zyskała. Gdyby Tesla mógł rozwinąć to co chciał czyli dać ludzkości wolną i tanią czy wręcz darmową energię przesyłaną bezprzewodowo dzisiaj byśmy nie siedzieli w pracy za grosze od 8 do 16 (bo tak naprawdę nie oszukujmy się 1000 euro w Polsce czy nawet 4000 euro na zachodzie to tak naprawdę są grosze w porównaniu z tym ile powinien co miesiąc mieć na utrzymanie każdy mieszkaniec Ziemi by móc godnie egzystować przy obecnych cenach) tylko byśmy pewnie już latali od dawna w kosmos i kolonizowali inne planety. Nie dane jednak było nam i ludzkości tego dokonać, bowiem ciemne siły wykorzystując bankierów i przemysłowców od ropy naftowej zablokowały działania Tesli posługując się Einsteinem i tzw. teorią względności, którą on firmował swoim nazwiskiem.

Ostatni rozdział ma tytuł „Czy Rosja upadnie jak Prusy?”. M. Kowalski prognozuje, że Rosja w ciągu najbliższych kilkunastu lat upadnie, bo realizuje imperialistyczną politykę przy słabej gospodarce tak jak to robiło ZSRR i upadło przez to. Ja się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. Rosja Putina nie prowadzi wcale żadnej imperialistycznej polityki. To jest syjonistyczna propaganda, której uległ też autor albo ją świadomie głosi dezinformując swoich czytelników. Rosja jest okrążana przez NATO i realizowana jest wobec niej przez USA polityka jaką przedstawił Zbigniew Brzeziński w książce „Wielka Szachownica”. Teraz się to zmienia za sprawą działań Donalda Trumpa, który zamiast walczyć z Rosją próbuje się z nią porozumieć. Putin wie, że Rosja po czasach komunizmu i Jelcyna była w katastrofalnej sytuacji gospodarczej i działa w kierunku zmiany tego stanu rzeczy. Obniżył podatki, rozwinął przedsiębiorczość, a w wyniku sankcji ze strony UE rozwija się w Rosji także rolnictwo. Putin tworzy blok gospodarczy krajów BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) który ma 3 mld ludzi  obejmuje znacznie większą część świata niż UE nawet wraz z USA. Rosja ma w tej chwili dług publiczny na poziomie kilkunastu proc. PKB podczas gdy my ok. 56%, a Francja czy Włochy 100% czy nawet więcej. Jeśli więc ktoś upadnie to prędzej Włochy czy Francja niż Rosja. Zresztą Rosja ma dziś broń przewyższającą tą którą ma NATO np. wyłączającą elektronikę, którą zaprezentowała w Syrii czy paraliżując na Morzu Czarnym amerykańskiego niszczyciela Donalda Cooka. A z pewnością Rosja nie pokazała wszystkiego i ma tego znacznie więcej. Chodzą słuchy o posiadaniu przez Rosję broni plazmowej i jakiejś broni z satelitów w przestrzeni okołoziemskiej. Myślę, że sankcje w ciągu 2 lat zostaną zniesione (już chyba nowy włoski rząd zaczął o tym mówić), a nawet jak nie to Putin jest człowiekiem z głową na karku i sobie poradzi. Pogłoski o upadku Rosji są mocno przesadzone.

Na koniec polemika z recenzją blogera se czytam. Mówi się wprawdzie, że z głupimi nie ma sensu polemizować, bo sprowadzi Cię do swojego poziomu i pokona doświadczeniem jednak ciężko mi się powstrzymać. Osoba ta musi być albo jakimś opłaconym syjonistycznym kiepskim propagandystą albo kimś kogo Lenin określał jako pożyteczny idiota. Ta niby recenzja to bowiem w większości bełkot, manipulacja i inwektywy. Merytoryki co kot napłakał. Widać, że turbokatolików czy turboateistów albo turbolewaków (przez analogię do terminologii blogera) bardzo wkurzyła ta książka i ich strasznie uwiera. Jak kogoś ciekawi niech sobie wejdzie na tego bloga i poczyta. Ja tu całości recenzji nie będę cytował, a jedynie istotniejsze fragmenty albo streszczenia.

Na początku bloger zarzuca Mariuszowi Kowalskiemu, że nie jest historykiem, genetykiem ani archeologiem tylko geografem. Dodaje przy tym wcześniej, że ma tytuł dr hab. i że to rzadkość w środowisku jak to określa trubosłowian/turbolechitów. Co do określenia turbosłowian/turbolechitów pominę to milczeniem bo inaczej musiałbym ostro gościa zjechać za oczernianie ludzi o innych poglądach niż on. Napiszę jedynie, że autor słowa Lechici używa w książce raptem kilka razy i ani razu nie pisze o imperium Lechitów, więc nazywanie go turbosłowianem czy turbolechitą to totalna bzdura.
Co do wykształcenia odpowiem tak: czy np. matematyk nie ma prawa wypowiadać się o historii i napisać o tym książki jeśli ma odpowiednią wiedzę? Jeśli będzie ona merytorycznie dobra to może.

Kolejnym pseudozarzutem jest to, że M. Kowalski jest zwolennikiem ugrupowań korwinowskich i publikuje w tygodniku „Najwyższy Czas”. Jak rozumiem według autora recenzji gdyby M. Kowalski był zwolennikiem partii Razem i publikował w „Faktach i Mitach”, „Nie” albo „Gazecie Wyborczej” byłby wówczas wiarygodny. Po prostu żałosna propaganda nic nie wnosząca do oceny książki.

Będzie dość krótko, bo całe „dowodzenie” Kowalskiego oparte jest na idiotycznym wręcz założeniu – że etnos dziedziczony jest genetycznie. Kowalski, jak niemieccy naziści, uważa, że mało istotny jest język, mało istotna jest samoidentyfikacja ludzi (często mająca tradycję sięgającą tysięcy lat) – ważna jest krew.”
Założenie to wcale nie jest idiotyczne tylko jak najbardziej zasadne. Język i samoidentyfikacja ludzi mogą na przestrzeni wieków ulegać zmianie np. w wyniku podboju przez inne ludy. Tak się stało np. ze Słowianami Połabskimi, którzy zostali zniemczeni, stracili w większości swoją tożsamość i język, ale ich geny mimo wieków mieszania z Niemcami wciąż od niemieckich odbiegają i wskazują na ich pochodzenie.
Idiotyczne jest założenie że etnos nie jest dziedziczony genetycznie. Gdyby tak było to hipotetycznie za kilkaset lat naukowcy badający obecne tereny Polski natrafiając na fragmenty telewizorów kineskopowych na pewnych obszarach i telewizorów płaskich w innych uznaliby, że stworzyły je dwie oddzielne grupy etniczne mimo iż z DNA wynikałoby że to jedna grupa.

I to prowadzi go do tak idiotycznych wniosków, że pewnego Karelczyka (Karelia to kraina na pograniczu Rosji i Finlandii) sprzed ośmiu tysięcy lat można by nazwać nie tylko „pierwszym Polakiem”, ale również „pierwszym” Indusem i Irańczykiem. Co prawda, co chwila Kowalski się mityguje i podkreśla, że nie można tak daleko w przeszłość przenosić współczesnych identyfikacji etnicznych, po czym dalej pisze, jakby nie rozumiał własnego wniosku.
Manipulacja i bzdura! M. Kowalski pisze już we wstępie do rozdziału o Karelczyku, że nie można uznać go z pewnością za przodka Polaków. Nie wiem gdzie rzekomo autor pisze jakby nie rozumiał własnego wniosku. Nic takiego nie widzę.

Wiecie, że mieszkańcy wschodniej części Niemiec są Lechitami? Tak, nieważne, że od setek lat uważają się za Niemców, że posługują się językiem niemieckim – nie im decydować kim są, powołanym do tego jest Kowalski. Więc nazywa ich „zgermanizowanymi Lechitami zachodnimi”.
Oczywiście, że wschodni Niemcy nie w całości, ale w pewnej części są zgermanizowanymi lechitami zachodnimi. Genetyka na to wskazuje. Nie ma znaczenia że posługują się językiem niemieckim, bo ulegli wpływom niemieckim i przyjęli ich język zatracając swój. Stracili swą tożsamość, ale geny mówią jasno kim są. Czy Polak wyjeżdżający do Anglii i mówiący po angielsku staje się z automatu Anglikiem? Nie wciąż jest Polakiem.

Ba. widzi nawet, że w przeszłości była szansa na utworzenie odrębnego od Niemiec zachodniolechickiego państwa, a jego podstawą miała być Brandenburgia… Przy czym nasz (pseudo)naukowiec ma nadzieję, że Lechici ze wschodnich Niemiec przypomną sobie o słowiańskim pochodzeniu, co będzie pierwszym przejawem wzrastania znaczenia Słowiańszczyzny na arenie międzynarodowej. Czyli odlatujemy w stronę literatury SF (a może nawet fantasy).

To było możliwe. Cytat z rozdziału o Prusach „Lechici zachodni, choć zniemczeni również uzyskali możliwość uformowania własnego, odrębnego od Niemiec bytu politycznego. Władcy Brandenburgii ze stulecia na stulecie wzmacniali swoją pozycję w Rzeszy i na arenie europejskiej. Wykorzystując duży w porównaniu do innych władztw niemieckich potencjał terytorialny i ludnościowy swego państwa, dorobek cywilizacji niemieckiej oraz władzę nieskrępowaną przywilejami stanowymi, mogli z powodzeniem wprowadzać reformy administracji, gospodarki i wojska. Wzrost potęgi szedł w parze z ekspansją terytorialną. Do władztwa elektorów brandenburskich włączono Prusy Książęce (1618 r.), Księstwo Pomorskie (1637 r.) i Śląsk (1742 r.). A więc większość obszarów niemieckiej słowiańszczyzny”.
Powyższy cytat pokazuje jaka była argumentacja autora za jego tezą. Moim zdaniem słuszna. Skoro bloger „se czytam” to kwestionuje powinien dokonać polemiki z tym zacytowanym fragmentem. Niczego takiego nie mamy. Jest tylko stwierdzenie to jest bzdura, bo to bzdura.
Co do drugiej części jest to opinia i nadzieja autora, a nie żadne stwierdzenie na podstawie analiz geopolitycznych czy prognoz. Moja opinia jest podobna jak M. Kowalskiego. Uważam, że to jest możliwe, gdy będzie stopniowo wychodziła prawda o bandyckim państwie o nazwie Niemcy. Wówczas ludność wschodnich landów może właśnie chcieć się odciąć od tego bandyckiego państwa i wrócić do korzeni swoich przodków. Jednak może być inaczej. Nikt tego nie wie. Bloger „se czytam” może mieć odmienną opinię od M. Kowalskiego i mojej i ma do tego prawo. Jednak widać, że jest prostakiem i chamem pisząc o „odlatywaniu w kierunku literatury SF”.

Ktoś może zwrócił uwagę, że Słowianie dopiero mają zyskać znaczenie na arenie międzynarodowej? Może nawet zadał sobie pytanie: To Rosja znaczenia nie ma? Ma. Ale Rosjanie, wg naszego wybitnego dyrdymalisty, to nie Słowianie. Według dyrdymalisty, Rosjanie to największy naród fiński.

Co do tego to jest to bodaj jedyna rzecz w której się zgadzam z blogerem „se czytam”. Teoria o Rosjanach jako o narodzie fińskim jest mocno naciągana. To jednak raczej nie „dyrdymalizm” ale przejaw ulegnięcia syjonistycznej propagandzie o złej Rosji i wspaniałej Ameryce czy też świadomym rozpowszechnianiu tej propagandy. Co do mających zyskać znaczenie Słowian M. Kowalski miał zapewne na myśli Słowian z obszaru określanego jako Międzymorze, co ma jak najbardziej realne geopolityczne podstawy.

Zdaniem blogera dywagacje autora o migracjach w starożytności robią żenujące wrażenie. Jeśli ktoś ślepo wierzy we wszystkie oficjalne wersje wydarzeń, które zawsze piszą zwyciezcy to tak. Ja jednak w oficjalne wersje dawno przestałem wierzyć, bo z mentalności dziecka wyszedłem. Bloger „se czytam” najwyraźniej albo ma dalej tą mentalność albo tylko udaje będąc opłaconym syjonistycznym propagandystą. Co do Kliosowa autor powołuje się na niego, ale nigdzie nie pisze, że to co twierdzi Kliosov to prawda objawiona i jedynie słuszna. Pisze tylko, że zdaniem Kliosowa…, według Kliosowa. Jest to po prostu jakaś teoria którą uznać należy za ciekawą i wartą rozważenia. Nie musi ona wcale być prawdziwa. W publikacjach naukowych także rozważa się różne teorie, które nie muszą być prawdziwe i później często są obalane.

Świat naukowy traktuje Kljosowa tak, jak naszych turbolechitów – czyli jak oszołoma, a jego metody „badawcze” uznaje za pseudonaukę. Naszemu geografowi nie przeszkodziło to jednak w braniu pełną garścią tez z wypocin rosyjskiego „naukowca”.
To samo można powiedzieć np. o doktorze Wakefieldzie i zabraniu mu prawa wykonywania zawodu za rzekome głoszenie związku szczepień z autyzmem podczas gdy on w swojej pracy napisał jedynie, że taki związek może istnieć. Współautor tej publikacji, jego promotor, wygrał w sądzie z odpowiednikiem Naczelnej Izby Lekarskiej w UK i przywrócono mu prawo wykonywania zawodu. Dziś wiemy już na pewno, że szczepionka MMR powoduje autyzm, co ujawnił pracownik CDC przyznając się do sfałszowania wyników badań. Oto ile warta jest tzw. nauka.

Co do badań starożytników i mediewistów i znajomości ich przez M. Kowalskiego nie będę się wypowiadał, bo nie jestem kompetentny w tej materii. Bloger najwyraźniej udaje wielkiego znawcę, ale zarzutu nie uzasadnia. Może po prostu koncepcja książki nie miała na celu przedstawianie tych badań, które zapewne są zgodne z historyczną wersją oficjalną, bo wątpliwe aby były inne. Informacji na temat polskich ziem z czasów starożytnych jest bardzo niewiele czy wręcz ich nie ma. Nie znaczy to wcale że tutejsi mieszkańcy biegali z dzidami i byli na poziomie rozwoju Pigmejów jak pewnie uważa bloger „se czytam”. Nasza historia przechrześcijańska w wersji oficjalnej stanowi białą plamę. Nie wiemy prawie nic. Poza ojcem, dziadkiem i pradziadkiem Mieszka I wszystko jest rzekomo mitem, a Mieszko I zjednoczył rzekomo dzikie ludy i już 6 lat po przyjęciu chrześcijaństwa pokonał pod Cedynią niemieckiego cesarza. To się po prostu nie trzyma kupy. Musiała tu istnieć cywilizacja na długo przed Mieszkiem I. Nie wiemy jednak nic bo nie chciano żebyśmy o tym wiedzieli i wszystko co okupanci przez wieki zdołali to zniszczyli. Jednak wszystkiego nie zdołali zniszczyć i prawda stopniowo wychodzi na jaw. I żadne brednie „se czytam” tego nie zmienią.

A ostatnie zdanie o tym, że Uniwersytet Warszawski gdzie pracuje dr hab. Mariusz Kowalski powinien zareagować na tą książkę jest skandaliczne. Nie wiem czy nie kwalifikuje się do prokuratury, ale niech to już ocenia dr hab. Kowalski i ewentualnie jego prawnicy. Jak dla mnie jest to podżeganie do tego, aby cenzurować wolność słowa i badań naukowych.

Konkludując spodziewałem się więcej po tej książce i jestem trochę rozczarowany. Z pewnością tej publikacji naukową nazwać nie można, a jedynie być może popularnonaukową. Autor wiele razy pisze o jakichś badaniach, ale nie podaje konkretnie jakich. Nie ma odniesień do publikacji wyników tych badań naukowych w filadelfijskich czasopismach co znacznie by podniosło wartość tak badań jak i książki. Autor np. nic nie pisze o bitwie pod Tollensee i publikacji naukowej na ten temat. Wiele jest rozważań, hipotez itp. Końcówka książki jest w zasadzie polityczna i nacechowana co najmniej niechęcią do Rosji wbrew obiektywnym faktom (tych w głównych mediach rzecz jasna nie ma). Osobie z tytułem dr hab. nie przystoi powielać kłamliwej syjonistycznej propagandy o Rosji. Moim zdaniem książkę można przeczytać, ale żadną wielką pozycją ona nie jest. Wnosi trochę nowych informacji na temat Słowian i tyle.

 

Niewidzialna Chazaria

Niewidzialna Chazaria Algorytmy geopolityki i strategie zakulisowych tajnych wojen światowych - Tatiana Graczowa | okładka

Będąc na urlopie przeczytałem książkę Tatiany Graczowej pt. „Niewidzialna Chazaria”. Książka jest mało aktualna bo pisana w 2008 r. Wówczas była pewnie jedną z pierwszych poruszających zagadnienie tzw. Nowego Porządku Świata (NWO – New World Order) i stojącego za nim ukrytego masońskiego rządu światowego, który kontroluje wszystkie oficjalne rządy na świecie. W książce tej autorka przedstawia także to kim są Chazarzy, jak wyglądało ich państwo, kiedy istniało i kiedy upadło. Tego nie uczą w żadnej szkole.
Z mojego punktu widzenia niczego szczególnie odkrywczego się nie dowiedziałem, jedynie trochę rozszerzyłem swoją wiedzę w temacie. Dla kogoś kto jednak wierzy do dziś w oficjalne wersje wydarzeń z mediów będzie to z pewnością szokująca książka.

Na początku autorka pisze, że wojna wcale się nie skończyła w 1945 r. tak jak nam się wydaje. To, że bomby nam na głowy nie spadają nie oznacza, że wojny nie ma. Ona wciąż jest tylko zmieniła swój charakter. Należy bowiem brać pod uwagę jako kryteria wojny nie użyte środki ale cele do osiągnięcia. Tak kiedyś jak i dziś głównymi celami wojny są: grabież, zniszczenie, zmiana reżimu i okupacja. Dziś cele te można osiągnąć bez użycia broni (np. za pomocą tzw. kolorowych rewolucji w Gruzji czy na Ukrainie gdzie pod pretekstem demokracji zainstalowano proamerykańskie rządy).

Celem obecnie toczącej się od 1945 r. wojny (bo ona tylko zmieniła charakter) jest zlikwidowanie państwowości narodowej i zastąpienie jej państwem globalnym z jednym światowym rządem i podległymi mu rządami regionalnymi.

Cel ten osiągany jest etapami. W pierwszym etapie doprowadza się do tworzenia coraz większej liczby subkultur i plemion o zawężonej tożsamości i lojalności, czyli po prostu dzieli się ludzi na jak najwięcej różnych grup, które mają ze sobą mało wspólnego lub nic i każdą z nich nastawia się przeciwko państwu np. dezawuując jego historię tak ja to ma miejsce u nas (tzw. pedagogika wstydu). Prowadzi to do rozbicia wspólnoty narodowej i rozpadu państwa.
W drugim etapie takie upadłe państwo zastępuje się ponadpaństwowymi tworami w polityce, gospodarce i kulturze (twory takie to m.in. ONZ, UE, NATO, MFW, BŚ).

Dalej autorka rozbija strategię wojenną NWO na różne składowe. Pisze o głównych składowych państwa tj. fizycznej, mentalnej i duchowej. Wszystkie one są celem ataku mafii NWO. Te trzy składowe powiązane są z fundamentalnymi podstawami życia człowieka jak ciało (składowa fizyczna), świadomość (składowa mentalna), dusza (składowa duchowa). Wszystkimi NWO musi zawładnąć jeśli chce ustanowić swój totalitarny reżim światowy.

Dalej autorka szczegółowo opisuje walkę z każdą z tych składowych państw narodowych. Do sposobów walki ze składową fizyczną należy niszczenie ciała (toksyczne szczepienia czy powodujące bezpłodność jak to miało miejsce w Afryce, ale ma też teraz miejsce w Europie – szczepionka na raka szyjki macicy, „leki” a właściwie trująca chemia, „leczenie” raka za pomocą chemioterapii itd., tzw. planowanie rodziny czyli promowanie aborcji i antykoncepcji w mediach i przez organizacje takie jak Planned Parenthood), sposoby ekonomiczne (to przećwiczono zwłaszcza na naszym narodzie po 1989 r. gdzie ograbiono nas z niemal całego majątku narodowego i zrobiono roboli za przysłowiową michę zupy).
Składowe walki z przestrzenią mentalną (świadomością) to przede wszystkim media jakby to ująć kłamiące od rana do wieczora jeśli chodzi o informacje i kształtowanie postrzegania świata i promowanie sodomii takiej jak LGBT, aborcja, eutanazja, rozwiązłość seksualna itp.
Walka ze składową duchową (dusza) polega przede wszystkim na ideologii marksistowskiej. Zmodyfikowano ją rzecz jasna do obecnych czasów i walkę klas zastąpiono walką o prawa mniejszości zwłaszcza tych seksualnych. No i oczywiście wmawianie ludziom że należy korzystać z życia ile się da, bo żyje się tylko raz więc można pić, palić, brać narkotyki, dawać d… na prawo i lewo. To przecież jest wolność.

W dalszej części książki są ciekawe informacje o tym że USA jest głównym krajem wprowadzającym NWO i że jest pod kontrolą Izraela. Jest tu mowa m.in. o celu wojen w Iraku i Afganistanie oraz jak można się domyśleć także Syrii (książka została napisana przed jej wybuchem). Chodzi o to, aby odebrać Rosji wpływy na Bliskim Wschodzie i zmienić reżimy ze świeckich na religijne, fundamentalnie islamskie. Dziś się to w większości już udało – tylko w Syrii panuje wciąż władza świecka w postaci prezydenta Asada. W innych krajach islamskich Bliskiego Wschodu są rządy religijne islamskie. I m.in. dlatego tak w syjonistycznych mediach (a tylko takie u nas są niestety – mam na myśli te tzw. mainstreamowe w tym TV Trwam) pomstują na „reżim Asada” i trąbią o „łamaniu praw człowieka” przez Asada, a sami nie pisną nawet słówkiem kto stworzył i finansował ISIS oraz tzw. umiarkowanych rebeliantów (a tak naprawdę zwykłych bandytów i morderców). A są to USA i państwo położone w Palestynie. Autorka podaje ciekawe dane oficjalne (ONZ), że za rządów Talibów w Afganistanie niemal wyeliminowano produkcję opium. Natomiast po „zaprowadzeniu demokracji” przez NATO i USA w Afganistanie produkcja opium w tym kraju wzrosła w ciągu 5 lat kilkunastokrotnie! A za tym stało zwłaszcza CIA.

Jest też mowa o prywatnych armiach które wykonują różne wywrotowe działania, które oficjalne wojsko nie może robić gdyż po pierwsze wywołałoby to wielkie oburzenie obywateli, a po drugie wiąże je prawo krajowe i międzynarodowe. Prywatne armie takie jak np. Blackwater działają poza tym prawem i mogą robić wszystko. Często prowadzą działania wywiadowcze, dywersyjne, dokonują zamachów lub szkolą zamachowców czy rebeliantów lub strzegą reżimu zainstalowanego w jakimś kraju przez USA.

Interesująca jest także informacja na temat Żydów w tej książce. Autorka podaje, że tak naprawdę Żydzi w zdecydowanej większości nie są semitami, a więc nie są potomkami biblijnych Izraelitów. Tylko 2% Żydów to semici. Pozostali tak naprawdę nie są prawdziwymi Żydami. Dlatego słowo antysemityzm tak naprawdę jest zupełnie błędne i należy je zastąpić słowem antysyjonizm lub antychazaryzm.

Autorka jest Rosjanką, więc dużo skupia się na Rosji choć nie pisze wiele o czasach Władmimira Putina, ale o wcześniejszych to jest katastrofy gospodarczej i narodowej za rządów Borysa Jelcyna i o czasach komunizmu jak i rządach ostatniego cara Mikołaja II i o tym, że wbrew uprawianej przez bolszewików propagandzie wcale ludziom się tak źle wtedy nie żyło. Wręcz przeciwnie. W 1913 r. robotnik w Rosji zarabiał 20 złotych rubli miesięcznie. Chleb kosztował wtedy 3-5 kopiejek, 1 kg wołowiny 30 kopiejek, 1 kg ziemniaków 1,5 kopiejki. Podatek dochodowy wynosił 1 rubel na rok i był najniższy na świecie. Za Mikołaja II Rosja przeżywała wielki rozkwit materialny. W latach 1894-1914 budżet państwa wzrósł 5,5-krotnie, a rezerwy złota 3,7-krotnie, a waluta rosyjska była jedną z mocniejszych na świecie. Dochody państwa rosyjskiego rosły bez zwiększania obciążenia podatkowego. Podatki w Rosji były 4 razy niższe niż w Niemczech i ponad 8 razy niższe niż w Anglii. Nawet w czasach I wojny światowej wzrost gospodarki Rosji wyniósł 21,5%.  Przyrost naturalny w latach 1897-1914 wyniósł 50,5 miliona osób! To dowodzi, że ludziom źle się wcale nie żyło. I tego właśnie należy upatrywać jako przyczyny rewolucji bolszewickiej w Rosji. Chodziło o zniszczenie silnego słowiańskiego narodu i pozbycie się konkurenta dla USA.
Autorka podaje ciekawe informacje o tym jak to bankierzy z USA m.in. Jacob Schiff byli zaangażowani w przygotowywanie rewolucji bolszewickiej w Rosji i jak to dostarczyli Trockiego do Rosji z USA.

Ogólnie rzecz biorąc książka bardzo ciekawa i warta przeczytania, choć jak dla mnie autorka za bardzo sprowadza wszystko do religii i często przytacza różne cytaty z Biblii. Widzi odrodzenie Rosji i świata tylko w oparciu o rosyjską cerkiew prawosławną czy ogólnie chrześcijaństwo. Ja jestem przeciwnikiem religii i choć uważam Karola Marksa za zbrodniarza i psychola to w jednym z nim się zgadzam „religia to opium dla mas”. Do wiary w Boga i rozwoju duchowego nie potrzebujemy żadnych zakłamanych ksiąg zwanych Biblią czy Koranem jak i pośredników w postaci księży. Potrzebna jest nam wiedza o prawach funkcjonowania Wszechświata, co umożliwi nam rozwój duchowy. Religia jest zaprzeczeniem duchowości. Prawdziwa duchowość jest np. w książce „Anastazja” a jej uosobieniem jest główna bohaterka. O tej książce już jednak kiedy indziej.